Rodzenie się z Boga

31 grudnia, liturgia słowa: 1 J 2, 18–21; Ps 96; J 1, 1–18

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga (J 1,1). Bóg, wypowiadając je, stworzył świat a na nim człowieka. Święty Jan wyraźnie do tego nawiązuje. Podejmując w swoim prologu ten wątek z Księgi Rodzaju, dopowiada do końca sens owego stworzenia.

W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła (J 1,4n).

Celem stworzenia było obdarowanie życiem, które było w Słowie. Wspomniana ciemność jest przypomnieniem mroków grzechu, który odcina nas od Boga, a tym samym od życia-światła. Ciemność jednak nie może całkowicie ogarnąć światła. Światło, które pochodzi od Boga, nie może być pochłonięte przez ciemność. Ale na świecie pojawił się swoisty dramat walki ciemności ze światłem i wielkie oczekiwanie na prawdziwe światło.

Święty Jan, powtarzając wątek stworzenia, odsłania jego drugą część, która przez przyjście Jezusa Chrystusa na świat właśnie się zaczęła dopełniać:

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego –
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili (J 1,12n).

O ile w pierwszym akcie stworzenia Bóg obdarował świat i człowieka istnieniem, nie pytając o to samego człowieka, bo
go jeszcze nie było, o tyle nowy etap obdarowania przez Słowo życiem już zależy od ludzkiego wyboru, dotyczy tych: którzy Je przyjęli … którzy wierzą w imię Jego. Oni to z Boga się narodzili.

Stajemy przed niesamowitą tajemnicą „rodzenia się z Boga”, która zawiera się w określeniu: „wierzyć w imię”. Co znaczy wierzyć w imię Jego? Trzeba na wstępie wyjaśnić, że po hebrajsku wierzyć oznacza zawierzyć, zaufać. Imię natomiast objawia właściwą istotę osoby. Wierzyć w imię Jego oznacza zatem rzeczywiście przyjąć za prawdę, że Jezus jest Słowem Bożym, że jest Światłem, w którym jest życie, i to życie Jezus daje temu, komu chce. Pan Jezus wypowiada tę prawdę wiele razy w Ewangelii św. Jana: Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego (J 3,18; zob. 3,36; 6,40.47; 11,25n; 12,46).

Od wiary zatem zależy nasza przynależność do Boga i udział w Nim. Pierwszy List św. Jana odsłania przed nami dramat tej przynależności. Jak widzimy, już w I wieku pojawiły się odstępstwa od Boga, które były świadectwem braku prawdziwej przynależności. Święty Jan pisze:

Wyszli oni spośród nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami; a to stało się po to, aby wyszło na jaw, że nie wszyscy są naszego ducha (1 J 2,19).

O właściwej przynależności rozstrzyga duch. W tym miejscu tłumacze używają słowa „duch” pisanego małą literą, co oznacza po prostu ducha ludzkiego, czyli to, co człowiekiem tu i teraz kieruje, nadaje jego życiu dynamizm. Inaczej mówiąc – to, czym człowiek żyje, co dla niego prawdziwie stanowi wartość, to jaka jest jego autentyczna nadzieja, ku czemu dąży. O prawdziwej przynależności do Boga lub braku tej przynależności decyduje poziom autentyzmu życia Bogiem, co jest innym określeniem
owego wierzyć w imię Jego. Można uważać się za jednego „spośród uczniów Chrystusa”, ale naprawdę tym uczniem nie być. Obawiam się, że istnieje bardzo wiele takich postaw wśród chrześcijan, które wskazują na brak autentycznego zawierzenia Bogu. Dotyczy to także osób konsekrowanych i wówczas jest wyjątkowo tragiczne. Nie dość na tym, wiele z tych osób wydaje się bardzo „wierzącymi”, głośno deklarują one swą wiarę czy wręcz obnoszą się z nią, ale nie ma w nich owego ducha. Święty Jan wyraźnie pisze w swoim liście (czytaliśmy to przedwczoraj):

Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności (1 J 2,9).

Każdy z nas musi sobie postawić pytanie, czy rzeczywiście jest uczniem Chrystusa, czy też przypadkiem nie przynależy do uczniów Chrystusa jedynie zewnętrznie. Wszystko zależy od autentyczności wiary, rozumianej nie jako uparte trzymanie się doktryny, pewnych sformułowań – choć i to czasem może być wyrazem prawdziwej wiary i wręcz może być konieczne do dania świadectwa – ale jako autentyczne zawierzenie prawu Chrystusa, prawu miłości, prawdziwe otwarcie się na to, by On nas kształtował. Z naszej strony potrzebne jest zdecydowanie, aby pójść za Chrystusem, a nie za czymkolwiek innym. Zawsze wymaga to odwagi stawania w prawdzie, mimo że czasem może nam ona nie odpowiadać, może być prawdą bardzo trudną. Ale otwieranie się na tę trudną prawdę jest świadectwem autentycznego zawierzenia Jego imieniu, zrodzenia się z prawdy.

Każdy z nas ma dostęp do prawdy i jest w stanie tę prawdę rozpoznać. Dramat polega na tym, że często nie idziemy za nią, lecz szukamy innych ścieżek, staramy się obronić nieprawdę, udowodnić sobie i innym, że jest inaczej niż jest… Istnieje cała skomplikowana gra pozorów, nieprawdy. Prawda natomiast milczy, nie podejmuje polemiki, sporu z kłamstwem. Ileż energii tracimy na usprawiedliwianie siebie, tworzenie pozorów! A przecież w istocie znamy prawdę albo przynajmniej ją wyczuwamy. Jakże trudno jest nam konsekwentnie otwierać się na nią! Ale jedynie takie otwarcie stanowi prawdziwą wiarę w Jego imię. On przecież jest Słowem i prawdą.

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi (J 1,12).

Trzeba powiedzieć więcej: tylko tym, którzy Je przyjęli, daje moc, aby się stawali dziećmi Bożymi. Oby to dokonało się rzeczywiście w nas.

Włodzimierz Zatorski OSB

Fragment książki „Rozważania liturgiczne na każdy dzień”, t. 1, Tyniec 2010. Zapraszamy do zapoznania się z ofertą Wydawnictwa Benedyktynów Tyniec.

 

Zobacz także