Rozmowa z o. Dawidem Kuszem OP, twórcą śpiewów na płycie „Witaj Maryjo”

Na temat jego nowej płyty „Witaj Maryjo“, inspiracjach i planach, muzyce sakralnej i liturgii z ojcem Dawidem Kuszem, dominikaninem i kompozytorem, rozmawia Tomasz Dekert z Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego.

Ojciec Dawid Kusz, dominikaninTomasz Dekert: Czy za doborem pieśni zawartym na płycie „Witaj Maryjo“ stoi jakiś konkretny projekt? Mogłoby na to wskazywać występowanie tam mszalnych części stałych. Czy też jest to po prostu zbiór kompozycji, połączony niejako wspólnym tematem czyli postacią Maryi?

Dawid Kusz OP: Z powstaniem tej płyty wiąże się kilka wątków. Dlaczego płyta maryjna? Maryja jest dla mojej wiary szczególny ważną postacią. Przede wszystkim jest to mój zakonny patron i praktycznie od początku mojego zajmowania się muzyką liturgiczną osoba Maryi była mi bardzo bliska. Nigdy nie zakładałem, że będę skupiał się na tworzeniu muzyki, która ma wysławiać Maryję, wychodzi to po prostu spontanicznie. Mogę powiedzieć, że to, iż jest Ona moją patronką jest takim swojego rodzaju „naznaczeniem“. Teksty, których używam nie są tekstami jakimiś wymyślonymi czy odgrzebanymi. Są to modlitwy powszechnie znane, brewiarzowe – po prostu modlitwy Kościoła, które staram się jakoś umuzyczniać. Jeżeli zaś chodzi o msze, to bardzo się cieszę, że udało się to ostatecznie złożyć w jakiś cykl. Utwory zawarte na płycie są kompozycjami, które które powstawały przez ostatnie trzy lata. Oczywiście zawsze, kiedy zaczyna się pisać jakąś część stałą, Kyrie czy Gloria, to gdzieś w perspektywie pozostaje dopisanie części pozostałych. Wiadomo, że zabierając się za nie, ma się tą pierwszą w tyle głowy i stara się nią sugerować czy też do niej nawiązywać. Wracając zaś do wątku maryjnego to uważam, że pisanie takiej muzyki jest ważne chociażby z takiego względu, że pobożność maryjna jest pobożnością wypływającą z Biblii. Przecież nawet Magnificat, ta najbardziej chyba znana „Pieśń Maryi“, a szczególnie słowa „oto błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia“ jest  nie tylko zapisem pewnej tradycji funkcjonującej w pierwotnym Kościele, ale również pewnym drogowskazem, pokazującym, że Kościół nie oddaje czci Bogu w sposób doskonały, jeżeli pomija Maryję. Boga poznajemy również poprzez człowieka i ten teologiczny wątek również jakoś towarzyszył powstaniu tej płyty. Zbiegło się ono również z przygotowaniami do Pielgrzymki Dominikańskiej, z myśleniem o konferencjach również temu tematowi poświęconych. I wreszcie ostatnia rzecz. Kończyłem wówczas swoje dyrektorowanie w Ośrodku Liturgicznym i płyta miała być takim akcentem końcowym.

T.D.:Jakimi tradycjami muzycznymi inspirowałeś się Ojcze przy tworzeniu „Witaj Maryjo“?

D.K.: Przeszedłem długą drogę poszukiwań muzycznych. Początek miał miejsce jeszcze przed zakonem, kiedy jako kantor często posługiwałem w różnych parafich. Aktualnie stoję na takim stanowisku, że współczesna muzyka liturgiczna musi nawiązywać do tego, co Kościół uważa za swoje i co we wszystkich dokumentach, które dotyczą muzyki liturgicznej nieustannie powtarza. Jest to przede wszystkim chorał, a także polifonia renesansu i baroku. Oczywiście połączenie współczesnego języka muzycznego z tym skarbcem muzyki dawnej jest bardzo trudne, ale myślę, że to jest właściwy kierunek poszukiwań. Wydaje mi się, że tworząc nową muzykę liturgiczną nie będziemy w stanie wypracować zupełnie nowego języka muzycznego, tzn. takiego, który byłby wykorzeniony z tradycji. Takie próby podejmowano chociażby na polu samej muzyki, ale dobrze wiemy jak to się skończyło. Krótko mówiąc były to tylko pewne epizody, coś, do czego się już nie wraca. Myślę, że tak samo jest na polu liturgii – muzyka musi być zakorzeniona w tradycji. Dlatego właśnie głównymi źródłami inspiracji jest dla mnie chorał i muzyka renesansu i baroku.

T.D.: Słuchając płyty można odnieść wrażenie, że łączysz Ojcze wspomniane przez ciebie typy muzyki. Przykładowo KyrieGloria mają zaśpiewy chorałowe, ale dalej rozwijają się już w śpiew polifoniczny.

D.K.: Jeżeli posłuchamy Kyrie śledząc jednocześnie partyturę to stanie się widoczne, że jest ono, szczególnie w pierwszej części, oparte na I tonie. W najwyższym głosie mamy zaśpiew chorałowy, a pozostałe głosy są dla niego kontrapunktem. Druga część czyli Christe jest napisana techniką imitacji, stanowi więc nawiązanie do muzyki renesansu, zaś drugie Kyrie jest połączeniem tych dwóch pierwszych, a więc zawiera zarówno technikę imitacji jak i cytat z chorału gregoriańskiego. Natomiast Gloria, jest najstarszą kompozycją na tej płycie, gdyż powstała już w 2005 r., a inspiracją dla niej była muzyka Grzegorza Gorczyckiego, krakowskiego kompozytora, kapelmistrza na Wawelu, żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku.

T.D.: Większość utworów na płycie „Witaj Maryjo“ jest pod względem muzycznym bardzo ambitna, a co za tym idzie trudna do wykonania. Na ile istnieje możliwość liturgicznego zastosowania tych śpiewów?

D.K.: Nie będę ukrywał, że ta płyta jest jakimś wyrazem moich poszukiwań muzycznych i w porównaniu z pierwszą, „Pieśną o nadziei“, jest to na pewno muzyka trudniejsz. Jak pisałem ostatnio na swoim blogu, już od pewnego czasu towarzyszy mi przeświadczenie, że muzyka liturgiczna związana z kręgami klasztorów dominikańskich „stoi na zakręcie“. Mam niestety wrażenie pewnej nadmiernej powtarzalności schematów i moim zdaniem nie powinniśmy się na tym zatrzymywać, ale pójść nieco dalej. Wiadomo, że te dominikańskie kompozycje wielogłosowe, które są zawarte w śpiewniku „Niepojęta Trójco“ są stosunkowo proste i łatwo przyswajalne i z pewnością jest to ważna rzecz, że wierni mogą się w ten śpiew włączać. Czy jest to jednak argument, który ma nas zatrzymywać w poszukiwaniu i w rozwijaniu form muzycznych? Ja uważam, że nie. Dla mnie osobiście bardzo ważne jest to, co napisał kiedyś kard. Joseph Ratzinger, że czynne uczestnictwo w liturgii może polegać również na słuchaniu, że tak naprawdę chodzi przede wszystkim o otwarte serce, o słuchanie tego, co Pan Bóg chce do mnie powiedzieć. Przecież to jest jedyna ofiara, jakiej On od nas oczekuje – pozwolić mu w sobie działać. I to się dzieje na liturgii również poprzez słuchanie. Muzyka liturgiczna z „Witaj Maryjo“, która z pewnością nie jest muzyką łatwą, to propozycja zwrócenia uwagi, że czynny udział w liturgii dokonuje się również poprzez słuchanie, otwieranie serca. Oczywiście na liturgii jest miejsce i na muzykę prostszą, ale jeśli faktycznie uważamy liturgię za źródło i najważniejszą modlitwę Kościoła, to bez wątpienia wymaga ona również bardziej wyrafinowanego śpiewu.

T.D.: Jak Ojcze oceniasz muzykę tworzoną i wykonywaną aktualnie w polskim Kościele?

Ojciec Dawid Kusz podczas prac nad płytąD.K.: Przyznam się, że nie mam w to zbyt dobrego wglądu. Czasami, kiedy jestem na prymicjach moich braci mogę zaobserwować, co się dzieje w parafiach. Jakieś trzy lata temu zdarzyło się, że byłem trzy niedziele pod rząd w trzech różnych miastach, na trzech różnych mszach prymicyjnych i pamiętam, że to, co mnie uderzyło to fakt, że wszędzie tam śpiewano te same pieśni. Trzeba jednak zwrócić uwagę na mnożące się inicjatywy warsztatów muzyki liturgicznej. Co chwilę zgłaszają się do nas duszpasterstwa z różnych miast z prośbą o pomoc w organizacji warsztatów. W najbliższym czasie jadę do Krosna, Sanoka, Wrocławia i jeszcze w inne miejsca. Myślę, że to ma głęboki sens, widać też, że to promieniuje, że ludzie zapalają się do tej muzyki. Jest na tym polu mnóstwo do zrobienia, dlatego też, że Kościół w Polsce do tej pory nie wykorzystuje w pełni tego bogactwa tradycji, które ma. Bardzo wiele pięknych pieśni, choćby ze śpiewników Mioduszewskiego czy Siedleckiego jest nieznana i nie śpiewa się ich. Krótko mówiąc: jest co robić.

T.D.: Kompozycje na płycie „Witaj Maryjo“  są też w jakiś sposób efektem Twoich studiów na Akademii Muzycznej. Jak reaguje środowisko akademickie na Twoją muzykę. Czy ma ona tam jakiś odzew?

D.K.: W nagraniach wzięło udział kilku studentów Akademii. Mogę powiedzieć, że odźwięk jest pozytywny, ludziom się to bardzo podoba, wszyscy mówią, że jest to coś zupełnie nowego, coś z czym nie zetknęli się w swoich parafiach czy w swoich miastach. Z pozytywnym odbiorem spotyka się ona również ze strony profesorów. Ja się jednak szczegónie z tym nie obnoszę, zwłaszcza, że na Akdemii bardzo wiele osób podejmuje takie prywatne działania muzyczne.

T.D.: Ale nie spotykasz się Ojcze z podejściem, że muzyka ściśle sakralna to jest coś, co należy już raczej do historii, że współcześnie nie ma już na nią miejsca?

D.K.: Jeżeli chodzi o krakowską Akademię Muzyczną i o Wydział Kompozycji to nacisk kładziony jest raczej na muzykę współczesną, kameralną, po prostu świecką. Oczywiście wykorzystuje się też teksty religijne, ale krakowscy kompozytorzy nie tworzą na potrzeby liturgii, lecz dla publiczności, dla celów koncertowych.Wydaje mi się, że w powszechnej świadomości nie funkcjonuje przekonanie, iż muzyka liturgiczna stanowi pole do wykorzystania, i że tak naprawdę Kościół tego oczekuje. Najprawdopodobniej wynika to z tego, że Kościół za mało podejmuje dialogu z ludźmi kultury i sztuki. To właśnie od Kościoła powinna wychodzić pewna inicjatywa i myślę, że wielu krakowskich kompozytorów, choćby tych z Akademii Muzycznej bardzo chętnie by podjęło takie wyzwanie.

T.D.: To mi nasuwa pytanie bardziej ogólne, a mianowicie o formację muzyczną księży. Jak ona w ogóle wygląda, a jak powinna wyglądać?

D.K.: W każdym seminarium na pewno uczy się chorału gregoriańskiego, mam jednak wrażenie, że nauka ta jest trochę pojmowana jako zajęcia z „historii muzyki“. W rzeczywistości bowiem chorału się praktycznie nie wykonuje, albo wykonuje się go bardzo mało. Dokumenty mówią co prawda, że jest to pierwszy śpiew Kościoła, ale tak naprawdę nauka sprowadza się tylko do zapoznania z pewną formą, która kiedyś istniała. Wynika to z założenia, że ksiądz powinien kojarzyć co to jest chorał gregoriański i powinien umieć odczytać zapis chorałowy. Moim zdaniem formacja muzyczna i w ogóle kuturalna w seminariach powinna zostać nieco rozszerzona. Chodzi o uwrażliwienie  na coś takiego jak sztuka, jak piękno, pobudzenie jakiejś aktywności muzycznej, branie udziału w różnych koncertach, zapraszanie ciekawych osób: artystów, kompozytorów, muzyków, ale też architektów czy malarzy. Wydaje mi się, że trochę tego brakuje, bo nauczenie kleryków kilku pieśni nic przecież nie załatwia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ogromie zajęć seminaryjnych, filozoficznych, teologicznych jest to przedmiot, który trzeba „odbębnić“ i zaliczyć. Jakkowliek to porównanie jest może trochę przesadzone, ale wystepuje tu podejście podobne do tego, jakie mają uczniowie do religii w szkołach. Nie wiem, jak to dokładnie teraz wygląda, ale jeden ze starszych księży opowiadał mi, że on w seminarium miał naukę gry na fortepianie. Myślę że to było bardzo cenne doświadczenie.

T.D.: Pomimo tego, że fortepian zasadniczo nie jest instrumentem liturgicznym?

Ojciec Dawid Kusz dyryguje zespołemD.K.: Tak, była to po prostu formacja muzyczna. Każdy z księży wychodzący z seminarium znał nuty, a to jest coś bardzo cennego. I to później rzutuje w pracy w parafiach. W ilu kościołach proboszczowie dbają o nową posadzkę, a nie dbają o organy. W ilu,  zabytkowe organy są zżerane przez robaki i wymagają gruntownego remontu a nic się na tym polu nie robi. Opowiadano mi, że w pewnym kościele podczas remontu wstawiono nową ambonę, a starą, zabytkową, XIX-wieczną wyrzucono na stertę siana za kościołem. To też pokazuje, że księżom brakuje wrażliwości na muzykę, na sztukę, na piękno w kościele.

T.D.: Na koniec chciałbym jeszcze  zapytać o Twoje Ojcze plany na najbliższy czas.

D.K.: Aktualnie chciałbym przygotować zespół na parę koncertów promocyjnych płyty. Mamy kilka propozycji zaśpiewania koncertów, np. w Gdańsku czy w Sanoku i myślę, że po zdanej sesji to będzie moim głównym zajęciem. Na potrzeby tych koncertów piszę też nowe utwory poświęcone Maryi, ostatnią kompozycją jest 6-głosowe Sub tuum („Pod Twoją obronę“), w planach mam też Ave maris Stella. Takie koncerty są zresztą dobrym motorem do pisania, taką konkretną motywacją. Ale najpiękniejszą rzeczą byłoby, gdybym usłyszał napisane przeze mnie utwory na samej liturgii. W międzyczasie powstało też trochę materiału ze śpiewami wiekopostnymi, z którego chciałbym przygotować nową płytę.

T.D.: Ale będą to nowe opracowania tradycyjnych śpiewów czy zupełnie nowe kompozycje?

D.K.: I takie i takie, zarówno nowe kompozycje, jak też trochę poprzerabiane znane pieśni wielkopostne. Także tutaj chciałbym nawiązać do muzyki renesansu w tym sensie, że głos podstawowy, sopranowy zostanie umieszczony jako cantus w tenorze. Polifoniczną muzykę w renesansie pojmowano i tworzono w inny sposób, niż robimy to dzisiaj. My myślimy raczej harmonicznie, pionowo, mamy głos podstawowy, z którym nuta po nucie harmonizujemy głosy pozostałe. Wtedy pisano inaczej, linearnie, każdy głos stanowił tak naprawdę niezależną linię melodyczną. Wszystko się harmonizowało, pięknie brzmiało. Przykładem może być tutaj pieśń „Żołtarz Jezusów“ Władysława z Gielniowa. Tę technikę chcę zastosować w śpiewach wielkopostnych.

T.D.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Rozmawiał: Tomasz Dekert

 

Zobacz także