Rzeszowska przygoda

(wstęp) W latach 1998-99 mój przyjaciel pisał pracę o graduale znajdującym się w Bibliotece Czartoryskich w Krakowie. Opasła, w deski oprawna księga z 1512 roku zawierała śpiewy mszalne o świętych – po prostu Graduale de Sanctis. Notacja i kalendarz zdradzały proweniencję franciszkańską.

Prześledzenie dziejów księgi wskazało na Leżajsk jako miejsce powstania, a więc została ona sporządzona przez tamtejszych bernardynów dla potrzeb liturgii własnego klasztoru.

Oryginalna cześć księgi nie wyróżniała się niczym szczególnym – no może nieco odbiegające od standardu było Credo zapisane z uwzględnieniem wartości rytmicznych (notacja kwadratowa z elementami notacji menzuralnej). Credo Cardinale! Ale wtedy nie zwróciłem na to większej uwagi.

Księga ta była używana przez kilka wieków (tak w praktyce wyglądała reforma liturgiczna soboru trydenckiego w Polsce), a świadkiem tego są dopisy i dodane karty. „Frater Damianus scripsit” – brat Damian był jednym z dopisujących. Na papierowych kartach dołączone zostało kilka nowych utworów. Dwa Patrem (jedno z nich – „Italicum”) i msza rozpoczynająca się od Kyrie z dopiskiem „Romagnanum”. Właśnie ta msza od początku przykuła moja uwagę. Po pierwsze notacja – jasno precyzująca rytm i z oznaczeniami metrum. Po drugie – wygląd tej notacji, a wyglądała dokładnie jak zapisy muzyczne w rękopisach franciszkańskich z Korsyki, które stały się słynne dzięki niezwykłej płycie nagranej przez Ensemble Organum pod kierunkiem Marcela Peresa.

Ciekawy był też inny fakt. Na wyglądzie podobieństwa się kończyły. Kyrie „Romagnanum” i następujące po nim fragmenty Gloria, Sanctus i Agnus Dei (fragmenty, gdyż zapisane zostały tylko niektóre partie tekstu – te, które nie mogły być zastąpione grą na organach) okazały się melodyjkami wesołemi, skocznemi, przywodzącemi na myśl znane każdemu (w czasach mojej młodości) melodie z filmów o Bolku i Lolku. Tak też sobie na nie mówiłem – „bolki-i-lolki” (M. Peres nieco bardziej elegancko, choć kolokwialnie, nazwał ten styl „barocco-rokoko”). I tak przeleżały w szufladzie kilka ładnych lat. Nie miałem pomysłu, jak te „bolki-i-lolki” przemienić w muzykę liturgiczną. Pomysłu nie było, nie było, aż się pojawił. A pojawił się wraz z ich zharmonizowaniem. Okazało się, ze musiałem się wyzwolić od przemożnego wpływu śpiewu korsykańskiego i zrobić to po swojemu, normalnie. Około roku 2005 zaczęliśmy te utwory śpiewać w Brochowie na próbach miejscowego bractwa śpiewaczego. Nie szło to łatwo. Melizmaty za długie, tonacja wysoka. Potem w 2007 roku raz zaśpiewaliśmy to w Warszawie u św. Benona. Słabo. Pamiętam, bo miałem zapalenie krtani. Ale muzyczny kształt został nadany i jego ziarno zasiane zostało w pamięci brochowskich śpiewaków.

Od lipca 2012 roku w pierwszą niedzielę miesiąca odprawia się w Brochowie msza trydencka. Z racji historycznych i dla celów popularyzatorskich nazwaliśmy ją „mszą świętą czasów Chopina”. Śpiewaliśmy podczas niej głównie utwory zapisane w rękopisie XX. Misjonarzy z 1769 roku. Od kwietnia 2013 zaczęliśmy śpiewać bernardyńskie Ordinarium Missae – moje niegdysiejsze „bolki-i-lolki”. Na początku lipca wykonaliśmy tę muzykę podczas mszy otwierającej festiwal Galicja w Górze Ropczyckiej, a kilka dni temu, 6 września, w Rzeszowie u bernardynów. Zaprosiło nas rzeszowskie Muzeum Etnograficzne, w którym tego dnia została otwarta wystawa „Bernardyni – zgodnie z regułą”.

Przepraszam za ten przydługi wstęp!

Jechaliśmy do Rzeszowa ponad 6 godzin. Dotarliśmy ok. 20 minut przed mszą. Szybko na chór. Pierwsze rozpoznanie organów – mechaniczna traktura. Języki!!! Jeszcze tylko „Bogarodzica” i msza. Msza!!!

Święte obrzędy w bocznej kaplicy – wprost przed obliczem Pani Rzeszowa. Organista ze śpiewakami na chórze muzycznym (traktura mechaniczna, a więc siedzący tyłem) obserwujący to na ekranie IPoda z kilkusekundowym opóźnieniem. XXI wiek… Uff (a może raczej „Tfu!”).

Po mszy otwarcie wystawy w muzeum. Przy fisharmonii należącej niegdyś do bernardyńskich tercjarzy odśpiewaliśmy pieśń „Wierni chrześcijanie pozdrówmy Maryję” z repertuaru Kapeli Brodów i „Gwiazdo morza głębokiego” z własnego repertuaru.

Moją uwagę przykuł od razu jedyny na wystawie rękopis muzyczny. Krakowscy bernardyni udostępnili księgę należącą niegdyś do rzeszowskiego klasztoru. Pisana na papierze, a pisał brat Wincenty w 1753 roku. Przy końcu mocno podklejane brzegi kart – widać były często używane. Używane tu – w Rzeszowie. Delikatnie przerzuciłem kilka stronic. I już wiecie co. Nie wiecie?

Ta częściej używana część rękopisu zawierała śpiewy Ordinarium Missae. I pośród nich było to bernardyńskie (i też w jakiś sposób nasze) Kyrie „Romananum” i dalsze części mszy w stylu „barocco-rokoko”, tej którą przed godziną śpiewaliśmy. Śpiewaliśmy w miejscu, gdzie była śpiewana 260 lat temu, aż do zdarcia brzegów kart, na których została zapisana. My zdarliśmy gardła ćwicząc ją od 2005 roku, ale warto było.

Ot, taka to rzeszowska przygoda.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Rzeszowska przygoda

Zobacz także

Bartosz Izbicki

Bartosz Izbicki na Liturgia.pl

Miłośnik wypowiedzi Msgr Domenico Bartolucciego, przyjaciel Jakóba (zwanego czasem Lwie Ucho) i Brata Horhe, z którymi przeżywa moc przygód