Serce jest tylko jedno

Dziś jest patronalna uroczystość mojej siostry, Róży od Serca Jezusa, OCD. Napiszę więc o sercu, z myślą o niej szczególną. Na początek jednak ostrzeżenie – jak to już wiele razy bywało: Jeśli kogoś nie interesują słowa, ich historia, prawa fonetyczne i Jakub Grimm – niech sobie daruje czytanie, bo i tak wiele nie zrozumie, za to się zanudzi na śmierć.

We wszystkich prawie językach z grupy indoeuropejskiej ‘serce’ jest określane jednym i tym samym słowem, pochodzącym od jednego rdzenia. Innymi słowy, polskie ‘serce’, angielskie ‘heart’ i łacińskie ‘cor’ są ze sobą blisko spokrewnione, chociaż na pierwszy rzut oka – oka laika – tego nie widać.

Wszystkie te słowa sprowadzić można do proto-indoeuropejskiego rdzenia, zapisywanego *k’ērd (mniej więcej tak, bo nie umiem tutaj wstawić odpowiedniego znaku przy ‘k’, oznaczającego jego zmiękczenie). Wszystkie słowa, oznaczające ‘serce’, od tegoż właśnie rdzenia pochodzą. Z greką jest najprościej, bo można się dopatrzyć podobieństwa między podanym wyżej rdzeniem a greckim kardia; istniała też, w dialekcie jońskim, forma kradie, z metatezą, czyli przestawieniem dwóch głosek. Łacińskie cor wydawać by się mogło niekompletne, ale wszelkie wątpliwości rozwiewa genetivus – cordis, gdzie pojawia się też ‘d’. A z łaciny już prosta droga do włoskiego cuore czy francuskiego coeur. Celtyckie języki może tu reprezentować staroirlandzki – cride. Mamy wreszcie tajemniczy, a jakże ważny język hetycki – kir.

Ale co np. z angielskim heart? Sprawa jest prosta: w językach germańskich nastąpiły pewne zmiany spółgłosek, po polsku się to nazywa nieładnie pierwszą przesuwką spółgłoskową. Bardziej elegancko nazywamy to zjawisko prawem Grimma, gdyż jako pierwszy zaobserwował je i opisał niemiecki filolog, Jakub Grimm. (Tak, z TYCH Grimmów.) Według tego prawa, ‘k’ przechodzi w ‘h’, a ‘d’ – w ‘t’. (Nie są to jedyne głoski, temu prawu podległe, ale tylko te są nam teraz potrzebne.) W związku z tym, gockie haírto, staroangielskie heorte (i stąd współczesne heart), starosaksońskie herta (i stąd współczesne holenderskie hart), staroislandzkie hjarta – wszystkie pochodzą od tego samego, prajęzykowego rdzenia. Niemieckie herz, ze staro-wysoko-niemieckiego herza, podlega innemu jeszcze prawu, kolejnej spółgłoskowej przesuwce, dlatego mamy tam dźwięk zapisywany literą ‘z’, który powstał z proto-germańskiego ‘t’.

No dobrze, ktoś zapyta, ale co ma do tego polskie ‘serce’? Wbrew pozorom, pochodzi z tego samego rdzenia, tylko owo zmiękczone, początkowe ‘k’ w językach słowiańskich – i w kilku mniej znanych większości ludzkości indoeuropejskich językach – dało ‘s’. (W związku z tym dzieli się nawet języki na dwie grupy, ze względu na różnicę w rozwoju zmiękczonego indoeuropejskiego ‘k’.) W samym słowie ‘serce’ nie mamy za to ‘d’, które zachowało się jednak w przymiotniku ‘serdeczny’.

A na zakończenie – sanskryt: hrd – i hrdaya- (pod ‘r’ powinno być małe kółeczko, na oznaczenie wokalizmu, a nad nim – znak akcentu).

crucifixus

W litanii do Serca Jezusowego mamy wezwanie: Cor Iesu, lancea perforatum, Serce Jezusa, włócznią przebite. Tak podaje Ewangelista: "Jeden z żołnierzy włócznią przebił Jego bok" (J 19:34), po grecku: autou ten pleuran enuksen. Jednak w niektórych manuskryptach istniała wersja autou ten pleuran enoiksen – bok Jego otworzył, gdyż takie tłumaczenie znajdujemy w niektórych kodeksach z przekładem starołacińskim, a także w Hieronimowej Wulgacie (aperuit latus eius) i w jednej z wersji syryjskich. Nie jest to jednak jakieś świadome fałszerstwo tekstu, ale skutek innego prawa językowego, nazywanego itacyzmem, które działać zaczęło w grece już w epoce hellenistycznej. Brzmienie długiego ‘e’ (eta) upodobniło się do dźwięku ‘i’; ten sam los spotkał jeszcze kilka innych głosek i dwugłosek, wśród nich ‘oi’, które mamy w formie enoiksen – otworzył, od czasownika anoigo, jak również ‘u’, wymawianego początkowo jak ‘ü’, które pojawia się w czasowniku nusso (od tego czas przeszły enuksen), który znaczy ‘przebić, przeszyć’. Otwarcie boku Ukrzyżowanego, otwarcie skarbca Bożej miłości i Bożej łaski – tak to często widzieli Ojcowie Kościoła i średniowieczni mistycy.

Roberta Frank napisała kiedyś: For a philologist, even a small word can mask a shaft so bottomless that probes dropped into it produce no more than an echo. Dla niefilologa praca filologa wydaje się podejrzana, nudna i zupełnie nieprzydatna. No cóż, unicuique suum.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.