Sobór, rozwój rytu a jedność – ks. Robert Woźniak

Msza święta po staremu się odprawia – to znaczy, że zmieniają się tylko akcenty, które kładziemy w jej interpretacji, ale trzon od wieków się nie zmienia i Kościół jej nigdy nie zmieni.

ks. Robert WoźniakDawid Gospodarek: Czy teologie liturgii w tradycyjnym rycie rzymskim i posoborowym różnią się od siebie?

Ks. Robert Woźniak: Według mnie nie różnią się.

DG: A czy postawione są inaczej akcenty teologiczne?

RW: To ciekawe, dużo o tym ostatnio myślałem. Jednym z zarzutów pod adresem „nowej liturgii” (w cudzysłowie, bo bronię stwierdzenia, że to nie jest żadna nowa liturgia) było to, że po Soborze Watykańskim II przeakcentowane w mszale konwiwialny charakter Mszy św. jako uczty. Że zaniedbano ofiarniczy charakter. Zorientowano się, że tak jest i dokonano korekty. Istota teologiczna jest zachowana.

Jeśli Pan pyta o akcenty, myślę, że ogromne podkreślenie ofiary, związane z teologię kontrprotestancką, spowodowało, że w liturgii przedsoborowej nie zwracano uwagi na moment Zmartwychwstania. To zaś jest podkreślone w teologii liturgii posoborowej – zdecydowanie celebrujemy moment Zmartwychwstania. Święty Tomasz z Akwinu mówił, że śmierć Chrystusa na krzyżu jest przyczyną wysługują nasze zbawienie, ale nie jest przyczyną sprawczą – jest nią Zmartwychwstanie. Samo podkreślanie ofiary byłoby bez sensu, jeśliby nie miała ona pokazać się nam w świetle Zmartwychwstania, czyli w świetle żyjącej wspólnoty, która celebruje obecność żywego Chrystusa działającego między nami. Teologia soborowa podkreśla faktycznie związek Zmartwychwstania z tajemnicą Chrystusa Zmartwychwstałego – i być może to właśnie stąd miało miejsce ciążenie w kierunku liturgii rozumianej jako uczta.

Msza święta po staremu się odprawia – to znaczy, że zmieniają się tylko akcenty, które kładziemy w jej interpretacji, ale trzon od wieków się nie zmienia i Kościół jej nigdy nie zmieni. Liturgia wciąż zawiera wszystkie integralne momenty, podobnie jak nie mamy do czynienia z jednym momentem konsekracyjnym, lecz z całością. Jest to wspomnienie: życia Chrystusa, nauczania, męki, śmierci, Zmarwtychwstania, Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego. Sądzę, że w teologii posoborowej zamiast wyakcentować ofiarę Chrystusa, zaakcentowano Zmartwychwstanie. I tak doszliśmy do wspólnotowości, z tej prostej przyczyny, że w teologii Nowego Testamentu Zmartwychwstanie Chrystusa jest wybitnie eklezjogeniczne. To nieco śmieszne, że współczesna teologia nie wyrobiła sobie jeszcze integralnego ujęcia obu aspektów. Na tym powinna polegać dobra katecheza – to wyzwanie najbliższego czasu.

Ważną kwestią jest też skomponowanie nowego mszału. Patrząc na modlitwy, które tam się znalazły, mam wrażenie, że nikt ich nie komponował od nowa. Większość modlitw w mszale ma wielowiekową tradycję. Podobnie w przypadku brewiarza: Liturgia horarum zawiera dużo hymnów ambrozjańskich.

A wracając jeszcze do Pańskiego pytania: cały problem sporu między dwoma rytami to, co zauważył też kard. Ratzinger, spór między chrześcijaństwem a kulturą chrześcijańską, czyli Christianitas. To bardziej spór wizji politycznej niż teologicznej. Słyszałem już od niektórych, że Sobór Watykański II był dziełem diabła. W takim razie możemy mieć pretensje do Jezusa, że był leniem, bo nic nie pisał, tylko pozostawił siebie w pamięci niedouczonych apostołów. Ci, którzy pisali dokumenty soborowe i próbowali wcielić teksty w życie, znaleźli się w strasznej sytuacji. Cały czas czytam ten mszał i porównuję go z obecnym. Odmawiałem nawet kiedyś brewiarz sprzed reformy z ’62 roku. Szybko wróciłem do obecnego, ale wiele tekstów stamtąd bym ocalił. Myślę, że twórcy tych tekstów bardzo opierali się na świadectwach patrystycznych. To nie są pierwotne liturgie, które się odbywały spontanicznie w domu. Dzisiaj brakuje nam tego doświadczenia, które miał pierwotny Kościół. Na pewno lepiej się to wszystko rozumie i przeżywa, kiedy przeczyta się o tym, co jest w mszale. Do tego też Kościół zobowiązuje.

Myślę, że zdecydowana większość tekstów oddaje ducha tradycji Kościoła. Poza tym nie widzę zupełnie aż tak „radosnej twórczości” w samej strukturze Mszy świętej. Struktura liturgii jest taka, jak przed wiekami, poczynając od rzeczy podstawowych: mamy liturgię słowa, liturgię eucharystyczną w starej kolejności, niczego tu nie przestawiono. Największa różnica pewnie tkwi w samym ofertorium.Teologicznie jednak na pewno nic się tu nie zmienia. Nie uważam zatem, byśmy mieli tu do czynienia z nadużyciem.

DG: Pytanie sformułuję inaczej – czy reformy nie można było przeprowadzić w inny sposób? Czy nie lepiej byłoby robić to stopniowo, organicznie, jak opisywał rozwój rytu kardynał Ratzinger?

RW: Nie rozumiem, dlaczego uważać, że jest to nieorganiczny rozwój liturgii, że on narusza tradycję. Cały czas mówimy o rozwoju rytu, o wielkiej kwestii poruszonej w książce kard. Ratzingera, w której pisze, że papież nie jest właścicielem liturgii i nie może modyfikować samej formy. Nie byłbym tego zupełnie pewny. Przede wszystkim nie istnieje jedna forma liturgiczna w Kościele rzymskim, o co, trochę schizofrenicznie, wszyscy walczą i chcą pokazać, że nadzwyczajny i zwyczajny ryt to jedno. Mnie w niczym by nie przeszkadzało, gdyby nazwać je dwoma rytami. Nie z formy rodzi się jedność Kościoła. Uważam, że im głębsza jedność, tym głębsze akcentowanie różnych momentów w przeżywaniu liturgii. To wcale nie jest nieortodoksyjne, oczywiście przy zachowaniu sedna, które jest podstawą wiary wszystkich. Innymi słowy, naprawdę nie mam wrażenia, że ktoś tutaj zadał gwałt liturgii. Jestem oczywiście wychowany w liturgii posoborowej, ale niejednokrotnie uczestniczyłem w liturgii trydenckiej [mówiąc ogólnie] i nigdy, nawet przez chwilę, nie miałem przekonania, że uczestniczę w czymś innym albo że ktoś mi tutaj coś popsuł. Być może, patrząc filozoficznie, zmienił się trochę obraz świata, ale na pewno nie zmieniła się nasza wiara w Boga. Delikatnie zmienił się przykładowo kierunek odprawiania Eucharystii. Kard. Ratzinger mówi, że zatraciliśmy orientację, bo Chrystus jest oczekiwany jako wschodzące słońce, czyli ze wschodu. Ale to właśnie papież był głównym konstruktorem [w dobrym tego słowa znaczeniu] Dogmatycznej konstytucji o Kościele i tam mówi wyraźnie, że Chrystus jest realnie obecny w ludzie Bożym. Stąd nie jest to, jak mówią, „gapienie się twarzą w twarz“. Zdarza się oczywiście przerost formy, gdy ksiądz jest aktorem, co widziałem np. w Stanach Zjednoczonych. Ale z drugiej strony, jeśli w osobie celebrująego jest asceza, teologia, duchowość, a wierni uczestniczący w Eucharystii są odpowiednio wychowani, to nie jest to spotkanie tłumu sympatyków tej samej idei, tylko głębokie spotkanie z Chrystusem. Tym, którego Kościół przyjmuje jako swoje własne ciało i w nim oddaje chwałę Ojcu, przeżywając całą swoją cielesność teraz. Stąd, kiedy czytałem książkę Ratzingera, bardzo mnie uderzyło, że tak znakomity teolog potrafi postawić na tej samej płaszczyźnie symbol i rzeczywistą obecność Chrystusa w ludzie Bożym.

Małgorzata Gadomska: Tak jak ja to rozumiem, Papież, jak każdy analityk, poddaje w wątpliwość słabe miejsca w formie, dlatego analizuje, co konkretnie w nowej liturgii może ułatwiać kapłanowi wejście w rolę aktora czy showmana.

RW: Jednak każda forma ma swoje słabości. Można wyraźnie powiedzieć, że pewne rzeczy poszły źle nie dlatego, że były źle zaplanowane, ale dlatego, że zabrakło dobrej formacji liturgicznej. Bardzo cenię to, co mówił Jan Paweł II, który uważał, że nie potrzebujemy następnej „reformy reformy“, ale dobrej katechezy liturgicznej. I wciąż tego nie mamy. Zarówno przed reformą, jak i po niej ksiądz potrafił podejść do ołtarza z jednym ministrantem i odprawić Mszę w 15 minut. Pytanie o formę jest ważne tylko do pewnego momentu, za którym zaczynają się rzeczy jeszcze ważniejsze. To, co widział Ratzinger na zachodzie jako profesor, ale także później w trakcie sprawowania Eucharystii, to jest dramat Kościoła.

MG: Zgadza się, tu trzeba pamiętać o kontekście zachodnim. Staje się to dla nas coraz jaśniejsze, gdy na seminariach otwartych w redakcji analizujemy źródła zachodnie, ostatnio głównie niemieckie, np. Odo Casela, starsze pisma kard. Ratzingera. Jest to doświadczenie Kościoła, którego my nie mamy i pewnie to z niego wypływają bardzo radykalne idee.

RW: Te radykalne idee dotyczące celebracji czy strony teologicznej nie powstawały zrodzone „duchem Soboru“. Wymyślono go i miał usprawiedliwić wszystko. „Czujmy się zwolnieni z obowiązku czytania tekstów, źródeł, bo znamy `ducha Soboru`“. Uważam, że w pewnym momencie nie było w ogóle recepcji Soboru Watykańskiego II, ani tego, co chciał w liturgii wprowadzić. To dlatego teraz potrzebujemy dobrej analizy socjologicznej Kościoła tamtego czasu. Świat się wyzwalał, zbliżała się rewolucja `68 roku. Wierni myśleli, że dzięki Soborowi Kościół pójdzie w tym kierunku, w którym poszedł świat. Teksty pokazują wyraźnie, że nie poszedł. Chciano zrobić wszystko, aby, jak mądrze powiedział ojciec Le Guillou „na twarzy Kościoła wyraźniej było widać twarz Chrystusa zmartwychwstałego, który niesie nadzieję”. Ale po prostu go nie czytano i do dziś się nie czyta.

MG: Identyczną sytuację mamy obecnie w przypadku recepcji pism Jana Pawła II w Polsce. Wkrótce pewnie zemści się na nas ciche przyzwolenie na „ducha kremówek“.

DG: Zmieniając nieco wątek, zarzuca się nowej mszy, że jest humanistyczna, że to niechrześcijański humanizm.

RW: Pan wypowiedział słowo „niechrześcijański“. Czym w ogóle jest „niechrześcijański humanizm“?

DG: Według mnie chrześcijański humanizm polega na tym, że zdajemy sobie sprawę ze swojej godności jako dzieci Bożych, oraz na tym, że Bóg się wcielił, stał się człowiekiem i nas pociągnął do siebie. A niechrześcijański widziałbym jako postawienie siebie zamiast Boga.

RW: A mógłby Pan podać konkretny przykład wspólnoty, która tak celebruje Eucharystię? Zupełnie z wykluczeniem Boga? Myślę, że nie ma takiej. A to właśnie zarzuca się ‘nowej’ Mszy. Niechrześcijański humanizm nie istnieje. Poza Chrystusem nie ma humanizmu. I teraz trzeba ustalić, co ta teza oznacza, bo Chrystus może się dawać każdemu komu chce, kiedy chce i jak chce. Nie jest w żaden sposób związany Kościołem. Oczywiście w Kościele chce się dawać normalnie, a tam gdzie nie może, znajdzie jakiś sposób, aby do człowieka dojść. Przychylam się do tego, co powiedział De Lubac: taka definicja humanizmu: „Ateizm w imię Boga” nie istnieje. Wydaje się raczej, że najprawdziwszy humanizm rodzi się wtedy, kiedy człowiek zwraca się ku Bogu. Źródłem naszej godności jest Ten, który nas wyciąga z prochu ziemi.

MG: A jak ksiądz odbiera coraz liczniejsze informacje o masowym zjawisku nieprzystępowania do spowiedzi świętej, a przystępowania do komunii na Zachodzie, np. casus Wielkiej Brytanii?

RW: Ja sam wiele czasu spędzam w Stanach i nie wydaje mi się, że tam ludzie nie mają poczucia grzechu. Oni bardzo mocno przeżywają spowiedź powszechną, a kiedy w konfesjonale pojawia się ksiądz, od razu pojawiają się też ludzie. I spowiadają się często, dzwonią na plebanię i mówią, że chcieliby się wyspowiadać. W centrum Manhattanu przy katedrze św. Patryka jest nieustanna adoracja, a także Msza święta i konfesjonał oblegany w zwykły dzień. Oczywiście nie da się oddzielić Eucharystii od pokuty w tym stanie naszego pielgrzymowania. Powróćmy na moment do kwestii humanizmu. Pojęcie humanizmu niechrześcijańskiego jest sprzeczne samo w sobie. Dotknęliśmy tematu bardzo rzadko poruszanego w Kościele. Nowożytność, która sprzeciwia się Bogu rodzi się z Jego fałszywego obrazu. Przedstawiano Boga, który nie jest rzecznikiem dobra człowieka, a jest odległy, widzący, liczący i sądzący. Nie jest Bogiem, który umożliwia moją świętość przez ofiarowanie siebie, a nie na tylko zasadzie wysiłku moralnego. Tego Boga trzeba było w końcu odrzucić. Św. Paweł pisał o tym – o czczeniu samego siebie. To jest problem bardzo stary. W perspektywie litugii jest to jedna z największych potrzeb Kościoła. Pokazać i na nowo przeżyć prawdziwość zdania św. Ireneusza z Lyonu, które jest sumą Ewangelii: „Chwałą Boga jest człowiek żyjący, a życiem człowieka jest oglądanie Boga“. Innymi słowy – nie ma czegoś takiego jak konflikt między Bogiem a człowiekiem. Jest konflikt, który wynika z grzechu i jest on po naszej stronie, ale od strony ontologicznej, egzystencjalnej jesteśmy całą siłą naszej natury uwarunkowani ku Niemu. Dramat współczesnego świata polega na tym, że mamy neopogan, tj. ludzi, którzy nie wiedzą, jaka jest ich prawdziwa natura. Nie możemy przeciwstawiać teocentryczności i antropocentryczności, mówiąc o Mszy św. Kiedy mówimy „skończmy z człowiekiem w liturgii, zwróćmy się tylko ku Panu Bogu“, tracimy kontakt z Bogiem.

Ojcowie mówili, a Sobór to powtórzył, że Chrystus jednocząc się z ludzką naturą, zjednoczył się z każdym człowiekiem. To nasza schorowana po grzechu pierworodnym wyobraźnia mówi: „albo Bóg, albo ja“. Im więcej Boga, tym mniej mnie. Im więcej mnie, tym mniej Boga – to jest przecież Nietzsche. Liturgia jest cudowną wymianą, gdzie człowiek i Bóg mogą być w centrum. Co więcej – człowiek może tam być tylko dlatego, że Bóg stawia go w centrum własnego życia. Przedostatnia książka Mariona, genialnego filozofa francuskiego, „Au lieu de soi” jest, moim zdaniem, genialnie liturgiczna. Tytuł ten można przetłumaczyć jako „zamiast siebie“, ale chodzi raczej o „w moim miejscu”.

MG: Dokładnie „w miejsce samego siebie“.

RW: Nie mogę patrzeć na Boga jako na przedmiot mojego myślenia, bo Bóg jest miejscem, z którego ja mogę myśleć o wszystkim. Gdzie ja tak naprawdę spotykam siebie? Tam, gdzie siebie samego spotykam w Bogu. Inaczej – w miejscu, w którym spotykam Boga, spotykam siebie. To jest cud liturgii. Oczywiście zdarzały się i zdarzają elementy obłąkańcze: celebrujmy człowieka, tańczmy wokół ołtarza, wyprawiajmy jakieś cuda. Wynikają one z niezrozumienia Boskiego dynamizmu życia, który nie usuwa nas, ale sprawia, że kwitniemy. My, ludzie odpowiedzialni za liturgię, musimy to bardzo podkreślać. Antropocentryzm i teocentryzm nigdy się nie wykluczają. Zawsze, kiedy wyróżnimy któryś z nich, zatracimy sens liturgii i chrześcijaństwa w ogóle. To nie jest łatwe, wymaga ciągłych studiów, nawet w znaczeniu najprostszym – poznawania Eucharystii, liturgii. Wymaga też poznawania wiary i dużej ascezy. To jest skarb ukryty i chyba Pan Bóg nie chce, aby został uproszczony i podany jak jajecznica na talerzu. Bóg chce, żeby Królestwo było zdobywane. Kiedy mówi „gwałtownicy je zdobywają“, to mówi o ludziach kochających, zainteresowanych. Nie ma łatwych odpowiedzi, trzeba się sugerować tym, co mówi Kościół, a w tym, przede wszystkim tym, co znajdujemy u świętych. Zarówno „stara", jak i „nowa” Msza stale rodzi świętych. I kiedyś i dzisiaj przez sprawowane sakramentów świętych widać, że Bogu i człowiekowi dobrze jest być razem. Kiedy Bóg naprawdę spotyka się z człowiekiem, a człowiek widzi przychodzącą do niego Miłość Boga, to nie ma miejsca na współzawodnictwo. Ja bardziej centralne, moja wola nad Twoją wolą. To nie jest naiwne, tak jakby grzech nie istniał. To, że grzech istnieje sprawia, że musimy jeszcze bardziej ascetycznie podchodzić do liturgii i bardziej, niż w emocje, wsłuchiwać się w głos tradycji.

MG: Ciekawe jest to, że kiedy zbliżamy się do zrozumienia tego zdania „w miejsce siebie Bóg“, to wtedy różnorodność form rytów niczemu nie zagraża. Nie osłabia Kościoła, wręcz go wzbogaca. Bez względu na to, w jakiej formie rytu biorę udział, nie czuję niepokoju o swoją duszę. 

RW: Dzisiaj koncelebrowałem Mszę z kardynałem Angelo Scolą w rycie mediolańskim z setką księży z Mediolanu. Mają oni rewelacyjny brewiarz z bizantyjskimi partiami „Kyrie eleison, kyrie eleison…“. Nasz brewiarz też jest bardzo piękny, ale cały czas można go jeszcze jakoś ubogacić. Oni mają lucenarium, które jest też bardzo piękne i można by je wprowadzić. Liturgia musi być także żywa. Sesboüé mówi, że jedyna wierność tradycji zawsze polega na kreatywności, ale nie rozumianej jako samowola. Ten, kto naprawdę z wiarą podchodzi do Eucharystii, do studiowania teologii, dziedzictwa Kościoła, ten zawsze czuje się zainspirowany. I rzadko pójdzie po niewłaściwej drodze. Jeśli oczywiście robi to z wiarą.

DG: Wróćmy jeszcze do eschatologicznego wymiaru liturgii. Czy prawda o tym jej szczególnym aspekcie (który określa się jako „już i jeszcze nie”) nie jest lepiej ukazywana przez zwrócenie wszystkich, również kapłana, w jedną stronę – symbolicznego lub rzeczywistego wschodu? Gdy kapłan jest zwrócony w stronę ludzi, „kompozycja” zgromadzenia wydaje się zamknięta.

RW: Tak jak na przykład nasze przeżywanie czasu. Chrystus zmartwychwstał, my wszyscy musimy umrzeć. Czemu? Czemu łaska Boża, sakramenty nie wyciągają nas z zaklętego kręgu przeżywania czasu? Dlaczego się starzejemy, mamy ograniczoną przestrzeń, ktoś ma taką czy inną chorobę? Jest takie zdanie, według mnie jedno z najgenialniejszych w teologii XX wieku. Napisał je w jednej ze swoich książek człowiek, któremu von Balthasar zawdzięcza najwięcej – i to nie jest Peter Seewald, o którym często się mówi, ani Adrienne von Speyer. To Ferdinand Ulrich, dosyć nieznany filozof niemiecki. Zdanie, które mam na myśli, brzmi mniej więcej tak: „miłość to ruch czyniący istnienie skończonym”. Bóg udziela nam się tu, gdzie jesteśmy – pośrodku naszego życia i śmierci. On nie gwałci, nie unieważnia naszej kondycji bycia skończonymi i zamkniętymi co do naszych możliwości. Dlatego krąg, o którym mowa, może wydawać się zamknięty, ale wcale nie musi taki być. Jeśli z wiarą celebrujemy obecność Chrystusa w ludzie, czytanym Słowie Bożym, kapłanie i przede wszystkim (bo tu do vere, realiter dodaje się jeszcze substantialiter) w Eucharystii na ołtarzu, to to, co wydawało się zamkniętym kręgiem, „przekleństwem wspólnoty”, „przekleństwem czasu”, staje się otwarte – ale już nie symbolicznie, poprzez zwrócenie się ku wschodowi. Otwartość kręgu liturgicznego nie pochodzi z mojego ustawienia się w kierunku Boga, tylko Bożego wejścia w sam środek tej nocy, czy też anus mundi, naszej skończoności. I to jest niesamowite.

MG: W Księdza wypowiedzi wyczułam przez chwilę ton przeciwstawienia obu form. Zastanawiam się, czy można uciec od wartościowania.

RW: Nie przeciwstawiam. Przyznam nawet, że od czasu do czasu kocham odprawić Mszę Świętą w kierunku wschodu. Chciałem tylko pokazać, że nie jest tak, że nowa forma jest nieuprawniona czy „nieteologiczna”. Powiedziałbym nawet (ale to nie jest przeciwstawienie), że wymaga ona więcej od kapłana celebrującego i uczestniczących, a raczej od kapłana, który sprawuje Eucharystię i „kapłana powszechnego”, który jest na zasadzie powszechnego kapłaństwa w jakiś sposób żywym uczestnikiem Mszy Świętej.

MK: Pozostaje jednak pytanie związane z formacją liturgiczną – czy tak radykalne usunięcie tej symbolicznej „podpory” w postaci zwrócenia na wschód nie sprawiło, że symbolika kręgu nie mogła obronić się w konkretnych warunkach kulturowych przed interpretacją „zamkniętą”. Ten znak z jednej strony pomaga podkreślić znaki rzeczywistej obecności Chrystusa, a z drugiej, wrzucony w kontekst spłyconego rozumienia wspólnoty, oczekiwań ukształtowanych na przykład przez media i imprezy masowe, wiąże się ze znacznym ryzykiem, jeśli nie towarzyszy mu odpowiednia formacja liturgiczna. Tymczasem stało się tak, że usunięto „stary” symbol i nie wprowadzono dostatecznie w nowy. Nie wytłumaczono, w jakim sensie ma on jeszcze głębiej prowadzić ku Chrystusowi.

RW: Z zastrzeżeniem, że to już nie jest symbolika, albo symbolika w bardzo mocnym, ontologicznym sensie. To jest prawdziwa i rzeczywista obecność (w konsekrowanych postaciach eucharystycznych jeszcze substancjalna). Uważam, że do dzisiaj nie mamy teorii symbolu w chrześcijaństwie ani nawet w liturgii. Jeśli mnie zapytacie, jakie jest miejsce symbolu w liturgii, nie potrafię odpowiedzieć. Symbol w liturgii nabiera zupełnie nowego znaczenia. Zawiera w sobie pokłady archetypiczne, związane tym, że człowiek zawsze tworzył symbole – ale wewnątrz liturgii działa zupełnie inaczej. Wystarczy powiedzieć, że do sakramentu należy jednocześnie symbol i rzeczywistość niewidzialna, która go wypełnia i to zmienia radykalnie znaczenie symbolu, który zwykle opisywany jest jako jedna część przełamanej monety, a tu okazuje się, że jest jedna i druga. Inna jest relacja między nimi.

Mamy dwie wielkie teologie symbolu. Jedna Dionizego pseudo Aeropagity, a druga – Karla Ranhera. Obie są bardzo skomplikowane i piękne, i łączą się bardzo mocno z życiem sakramentalnym. Często, kiedy mówi się o symbolu w liturgii, rozumie się za mało, albo rozumie się go przez odniesienia analogiczne upraszczające, spłycające w stosunku do tego, co jest.

DG: Czy ryt nowy jest sprotestantyzowny?

RW: W jaki sposób ryt jest sprotestantyzowany?

W niczym nie widzę protestantyzacji rytu. Inaczej – to biedni bracia protestanci, odłączeni, wzięli od nas czytania i lekcjonarz wprost, choć to oni mają sola scriptura. Jeśli protestantyzacja ma miejsce, to w świadomości celebrującego lub uczestniczącego. Nie wiem jak jest ze świadomością substancjalnej obecności Chrystusa w Eucharystii, ale myślę, że mnóstwo katolików ma z tym problemy. W obie strony: albo ją zbyt reifikują, albo zbyt uduchawiają. Dużo ludzi myśli, że to jest symbol. W słabym tego słowa znaczeniu.

MG: W Eucharystii widzą tylko archetyp, a liturgia wymaga przekroczenia standardów definicji symbolu.

RW: Na ten temat mamy dobre studia Hansa Boersa La nouvelle théologie. Stawia tam tezę, że la nouvelle théologie, czyli teologia, która zrodziła Sobór zrodziła się z doświadczenia realizmu sakramentalno–liturgicznego. I rzeczywiście – Sobór zrodził się z odkrycia patrystyki, które poszło w kierunku odnowienia rozumienia liturgii [tu przypomnijmy sobie Rok liturgiczny Guardiniego]. I w końcu mamy Sobór, który daje nam pisma i Ojców, czyli najżywszą tradycję, i dotyka z głębi tych odkryć istoty liturgii. Cała teologia soborowa mogłaby być tłumaczona liturgicznie. To, że dokument liturgiczny jest pierwszym dokumentem Soboru stało się pierwszym może być jakimś powiewem Ducha Bożego.

MG: W środowisku sympatyków starszej formy rytu słychać zarzuty, że nowa forma jest spreparowana, że zmiany poszły za daleko, w kierunku eliminacji np. elementów liturgii o charakterze egzorcyzmu. Jak Ksiądz to widzi?

RW: To są przekonania, dla których nie ma żadnych argumentów. Liturgia nie rozpoczęła się od Trydentu, on był dla niej pierwszym walcem. Jeśli ktoś może powiedzieć, że któryś Sobór dokonał gwałtu na liturgii, to był to Trydent. On pozbierał wszystkie sposoby sprawowania w jedno. Dominikanie mieli swój ryt, Franciszkanie swoją liturgię, a Trydent powiedział, że odtąd będzie jedna.

Wrócę jeszcze do wątku protestantyzacji. Niestety mamy dzisiaj do czynienia z sytuacją, kiedy wystarczy powiedzieć ‚protestancka’, aby stwierdzić, że Msza jest zła.. Różne odłamy protestantyzmu korzystają z katolickich ksiąg liturgicznych, Nie tylko z lekcjonarza, ale i II modlitwy eucharystycznej.

To najstarsza modlitwa jaka mamy. To Kościół niepodzielony. Słowo ‚protestant’ nie oznacza słowa ‚diabeł’. Miłość wymaga tego, aby każdego przyjąć nie z tolerancją, ale właśnie z miłością. Miłość też wymaga tego, aby powiedzieć, gdzie każdy z nas zbłądził. Zarówno oni, jak i my mamy swoje błędy. To, że Kościół katolicki tak wyraźnie widzi prawdę, jest darem Bożej łaski, ale to nie znaczy, że ma się tą prawdą chełpić. I rzeczywiście – protestancka wizja teologiczna jest dużo bardziej pesymistyczna, a dużo mniej realistyczna, niż katolicka.

DG: Wrócę do wątku protestanckiego na chwilę. Czy nie jest tak, że nowa Msza powinna jednoznacznie pokazywać, jaka jest katolicka doktryna?

RW: Konkretnie, proszę pokazać, gdzie współczesna liturgia nie pokazuje, czym jest katolicyzm? Gdzie kłamie na temat Boga albo przemilcza prawdę o Chrystusie, albo o naturze zbawienia?

Fakt, że tekst mszału nie jest polemiczny z protestantami świadczy o tym, że jest on adresowany do katolików, a nie był pisany w celu polemiki z kimkolwiek.

Generalnie jestem przekonany o tym, że nie ma miłości tam, gdzie nie ma wielości. Kiedy wszystko jest ujednolicone do jednej formy, jest duże ryzyko, że stanie się martwe. Piękne jest to, że człowiek wnosi do Kościoła bogactwo swego doświadczenia, które jest w różnych miejscach zupełnie inne. Byle tylko nie została zakłócona jedna prawda, że jest to dzieło Boga, który absolutnie, zawsze pierwszy kocha. To On tworzy nam świat, który my później możemy mu oddać.


Ks. Robert Woźniak – doktor teologii, adiunkt Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie. Doktorat z teologii dogmatycznej obronił na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie. Studiował także w Rzymie. Pracuje w katedrze Antropologii Teologicznej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Laureat nagrody im. ks. Józefa Tischnera za książkę Przyszłość, teologia, społeczeństwo. Zajmuje się historią i doktryną teologii trynitarnej, problemem możliwości i natury metafizyki trynitarnej, teologiczną teorią poznania. Członek Towarzystwa Teologów Dogmatyków.

 

Zobacz także