Spowiednik – nieznośne lustro

Sakrament pojednania to przede wszystkim rzeczywistość teologiczna. Istotne jest tu działanie Boga. W tym konkretnym przypadku odpuszczenie grzechów i przywrócenie łaski uświęcającej. Wszystko, co jest ludzkie, psychologiczne, co wynika z interakcji dwóch osób, ma drugorzędne znaczenie.

Agata Adaszyńska-Blacha: Ile osób spowiadasz na stałe?

Tomasz Grabowski OP: Nie prowadzę statystyki. Myślę, że około 20–30.

Czy uważasz, że Twój wiek i doświadczenie mają wpływ na jakość tych spowiedzi? Panuje przekonanie, że stały spowiednik powinien być starszym kapłanem…

Polecam starszych kapłanów, bo to są ojcowie ze starej szkoły teologicznej. Świetnie znają podręczniki typu Trzy okresy życia wewnętrznego ojca Reginalda Garrigou–Lagrange’a OP i część Summy Teologicznej poświęconą cnotom i wadom. Mają wspaniały zasób wiedzy i wieloletnie doświadczenie. Tego nie da się przecenić. W naszej kulturze czy wśród młodych katolików, uwagę przykłada się do tego, żeby ksiądz był sympatyczny, zrozumiał mój nastrój, czy mówił podobnym językiem. Znacznie mniej liczy się to, co mówi. Starsi ojcowie, nawet jeśli są oschli, mają dużo więcej do powiedzenia niż ci młodzi. Z reguły odsyłam szukających stałego spowiednika do księży ze starszego pokolenia. Problem w tym, że niewielu z nich chce się tego podjąć.

Dlaczego?

To wymaga odwagi prowadzenia kogoś w określonym kierunku. By się tego podjąć, trzeba być wyrobionym albo szalonym. Jak w opowieści o Żydzie do którego przyniesiono brylant wielkiej wartości. Właściciel chciał przeciąć go na dwie części, żeby zrobić żonie kolczyki. Wcześniej żaden jubiler nie chciał się tego podjąć. Żyd się zgodził. Zawołał młodzika, który u niego terminował. Ten chwycił odpowiednie narzędzie i przeciął brylant. Na pytanie klienta, dlaczego się tego podjął, jubiler odpowiedział: ten Icek, co to zrobił, nie ma pojęcia, ile to jest warte i ile by musiał zapłacić, gdyby mu się nie powiodło. Trzeba być albo wyrobionym, albo szalonym.

Mam wrażenie, że tak po ludzku sytuacja spowiedzi domaga się więzi. Czy gdy przychodzę do zupełnie obcego księdza, musi zaistnieć choćby nić porozumienia? Nie po to, żeby łaska była, ale po to, by móc się na nią otworzyć…

Sakrament pojednania to przede wszystkim rzeczywistość teologiczna. Istotne jest tu działanie Boga. W tym konkretnym przypadku odpuszczenie grzechów i przywrócenie łaski uświęcającej. Wszystko, co jest ludzkie, psychologiczne, co wynika z interakcji dwóch osób, ma drugorzędne znaczenie. Bez względu na to, czy spowiadam się przed księdzem, którego znam, czy mam poczucie, że mnie zrozumiał, powiedział mi coś ważnego, czy był sympatyczny, spowiadam się w jego osobie przed Jezusem Chrystusem.

Otwarcie się na łaskę jest dziwną kalką językową, coś mówi, ale zarazem wprowadza w błąd. Co ma niby znaczyć sformułowanie, że muszę otwierać się na łaskę chrztu świętego, która odnawia się podczas spowiedzi? Jak to zrobić? Pojednanie z Bogiem, to Jego miłosierne działanie, przebaczenie i przybranie za synów. Spowiednik wyłącznie służy Bogu, by w sakramencie objawić Jego przebaczenie. Psychologiczne aspekty są całkowicie poboczne. Bożego przebaczenia nie mam przyjmować emocjonalnie, a jedynie przez wiarę. Spowiedź stawia mnie w sytuacji, w której wierzę lub nie w to, że Bóg mnie usynawia, przyjmuje na powrót jako swojego syna.

Inną sprawą jest to, czy z łaską otrzymaną w sakramencie współpracuję. Tu potrzebny jest nie sympatyczny, ale mądry ksiądz. To prawda, że w samym akcie wyznania grzechów postawa księdza może pomóc. Zdarza się, że ktoś przychodzi z ciężkimi grzechami, które go trapią od lat, a bał się je wyznać. Wtedy przyda się łagodny spowiednik, który pomoże wydobyć wyznanie. Nie można jednak mylić łagodności z pobłażliwością.

A jeżeli mam wrażenie, że ksiądz mnie zupełnie nie zrozumiał, i nie wiem, czy grzechy z których się wyspowiadałam są mi odpuszczone?

Zasada jest taka, że ksiądz odpuszcza grzechy, które wyznajemy, a nie tylko te, które rozumie. To spowiadający się nadaje treść wyznaniu. Oczywiście lepiej dopytać penitenta, aby to, co mówi, było szczere, zamiast stanowić rodzaj zasłony dymnej. Klasyczny przykład to sformułowanie: zachowywałem się nieskromnie. Może kryć się za nim szereg znaczeń, łącznie z tym, które jest najczęściej pod to podkładane, czyli: przespałem się ze swoją dziewczyną. Penitent powinien być świadom tego, że to od jego wyznania w dużej mierze zależy odpuszczenie grzechów. Jeśli coś zatai, to spowiedź jest nieważna, a przecież można taić przez sam sposób nazywania. Czasem penitent nie jest pewien, czy coś jest grzechem. Zachęcałbym, żeby starać się wtedy rozwiewać swoje wątpliwości. Ze swojej strony zawsze dopytuję, jeśli nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem wyznanie. Jeżeli ktoś mówi, że się mało modli, a ksiądz wyciąga z tego wniosek, że się nie modli, to jest to wniosek uprawniony doświadczeniem, ale nie musi być prawdziwy w tym konkretnym przypadku. Ale czy żeby się zrozumieć, trzeba się znać? Wydaje mi się, że nie. Niektóre osoby łatwiej się otwierają przed tymi, których znają. Inne – wręcz przeciwnie, łatwiej jest się im otworzyć przed tymi, którzy są dla nich anonimowi i pełnią konkretny urząd. Naprawdę trzeba pamiętać o tym, że grzechy wyznaję przed Tym, który poniósł za nie karę – przed Chrystusem. Wobec Niego jest wręcz bezczelnością taić, zaciemniać wyznanie. Przecież On za te grzechy przelał krew. To nie jest metafora! Jezus umarł za mnie, by przez swoją krew mnie oczyścić z tych wszystkich świństw.

A więź, która łączy stałego spowiednika i penitenta? Pomaga, czy raczej zagraża sakramentowi pojednania?

Zagraża wtedy, kiedy zapominam, po co się spotykam, i gdy relacja staje się ważniejsza od sakramentu. Gdy przychodzę do spowiednika ze względu na niego. Bo jest mądry, życzliwy, czuły, ma mi coś ważnego do powiedzenia. Lub jeżeli jako kapłan chętniej spowiadam urocze, młode dziewczyny niż starszych panów. To w takich przypadkach powinna zapalić się czerwona lampka.

Stały spowiednik jest powiernikiem. Zna tajemnice tego, kogo spowiada. Siłą rzeczy to powoduje przywiązanie. Zna nas od tej negatywnej strony, ale nas nie odrzuca. Jest tą osobą, która powtarza z uporem: I ja odpuszczam tobie grzechy. Staje się bliski już nie tylko ze względu na powierzony sekret, ale także ze względu na pewne dobro, które od niego otrzymujemy. Jest kimś, kto okazuje nam Bożą czułość. Ale dobry model stałego spowiednictwa zakłada, że pomimo życzliwości księdza penitent nie traktuje go jako kogoś, kto go usprawiedliwi, ponieważ go zna. Jeżeli wątek znajomości jest przeakcentowany, to stanowi zagrożenie dla sakramentu.

Spowiednik zawsze pełni rolę sędziego i musi dokonać sądu nad wyznaniem, które usłyszał. Potępić je lub usprawiedliwić. Jeśli automatycznie przyjmuje postawę usprawiedliwiającą, to coś jest nie tak. Jeżeli spowiednik czuje się bardziej zobowiązany relacją, którą ma z penitentem, a mniej urzędem czy rolą, którą pełni, to oznacza, że nastąpiło jakieś niebezpieczne nadużycie. W skrajnym przypadku może to prowadzić do wiecznego potępienia. Kiedy spowiednik jest nadmiernie łagodny i pomija moment sądu, a więc także konsekwencji grzechu, to de facto prowadzi kogoś do zatracenia, do utraty sumienia. Przygotowuje mu przyjemną drogę do czyśćca – długiego i żmudnego.

Więc dzieje się tak, jak w przypadku robienia interesów ze znajomym, bo czujemy się zobowiązani do jakiejś taryfy ulgowej, tylko że w tym przypadku stawka jest wyższa, bo chodzi o zbawienie?

Otóż to. Spowiednik musi pozostać obiektywny. Nieznośny jak lustro, w którym chcąc nie chcąc dostrzegam wszystkie swoje niedoskonałości. W sakramencie chodzi o prawdę. Nigdzie indziej nie można mocniej doświadczyć tego, że ona realnie wyzwala. To, że usprawiedliwiam się sam przed sobą, albo że usprawiedliwi mnie Kowalski czy Grabowski, który akurat jest księdzem, nie ma większego znaczenia. Chodzi o usprawiedliwienie, które dokonuje się w Chrystusie. Takie usprawiedliwienie wymaga, bym najpierw uznał, że jest mi niezbędne, zrezygnował z usprawiedliwień szafowanych przez inne osoby lub mnie samego. Sytuacja samousprawiedliwienia podobna jest do tej, którą piętnuje Paweł w Liście do Galatów. Pełną energii mowę kończy zdaniem: „Jeśli usprawiedliwienie dokonuje się przez Prawo, to Chrystus umarł na darmo” (Ga 2,21). Jeśli usprawiedliwienie dokonuje się przez spowiednika, mnie samego, okoliczności etc., to Chrystus umarł na darmo. Jeśli umarł na darmo, to znaczy, że nie mam możliwości być zbawionym.

Jaka jest, Twoim zdaniem, zależność pomiędzy spowiedzią a terapią?

Wiele problemów, z którymi przychodzimy do spowiedzi, ma charakter emocjonalny. Próbujemy poddać ocenie moralnej nie tylko nasze czyny, ale także nasz sposób ich przeżywania. Spowiednik powinien skupić się na tym, co moralne i wewnętrzne w sensie duchowym. Nie zawsze da się to oddzielić. Na przykład brak przebaczenia ma swój charakter duchowy, ale także oddźwięk w sferze emocji. Zamknięcie, depresje, złość, które wiążą się z myśleniem o konkretnej osobie. Kiedy w procesie stałego spowiednictwa dochodzi się do faktu przebaczenia, wówczas to, co psychiczne, podlega modyfikacji. Można powiedzieć, że to samo dzieje się w terapii. Różnica polega na tym, że spowiedź ma przede wszystkim wymiar teologiczny: przebaczyłem, odpuściłem winę ze względu na przykazanie Boga i dzięki Jego łasce.

Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że terapie uczą radzenia sobie ze swoimi emocjami, poznania siebie samego, swoich ograniczeń i umiejętności funkcjonowania pomimo nich. Umiejętności, która pozwoli funkcjonować z satysfakcją, z poczuciem szczęścia. W spowiedzi często dochodzi się do tych samych efektów, ale od innej strony. Inna jest przyczyna zmian. Poznajemy samych siebie, bo to warunek pokory. Odzyskujemy szczęście, ponieważ uczymy się kochać Boga i być posłusznym Jego woli. Efekt podobny, ale zmiana jest innego rodzaju i inne jest jej Źródło. Wydaje mi się, że tak być powinno. Źle by było, gdyby spowiedź posługiwała się takimi samymi metodami co terapia. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, powinny odbywać się równolegle. Wtedy wzmacniają się i uzupełniają. Tam, gdzie radzę sobie na terapii z gniewem na mojego ojca, w spowiedzi dochodzę do przebaczenia, choć wcześniej nazywam krzywdę i zło, którego doznałem lub którego jestem spadkobiercą, a które także rozwijam. To co się dokonuje, ma kompleksowy charakter.

Co to znaczy, że ktoś rozwija zło, którego jest spadkobiercą?

Najbliższym moim bliźnim jestem ja sam. Mój stosunek do samego siebie wpływa na relacje z innymi i z Panem Bogiem. Niemniej jednak to, jak siebie postrzegam, często wynika z tego, jak jestem postrzegany. Jeśli ktoś słyszy zbyt często, że jest nieudacznikiem, traci wiarę w siebie. Brak miłości lub inne konkretne krzywdy wyciskają w nas piętno. Działamy wówczas obarczeni skutkiem czyjegoś zła. Często nieświadomie je powielamy. Ale zło pozostaje złem. Spowiedź pozwala nam to sobie uświadamiać i przekraczać.

Zdarzyło Ci się wysłać kogoś na terapię?

Tak. Zdarza to się nawet dość często.

Wtedy spowiedź i terapia odbywają się równolegle?

To zależy od opinii psychologa. Zdarza mi się uzależnić od konsultacji psychologicznej to, czy podejmę się kogoś stale spowiadać. Pewne ograniczenia psychologiczne mogą być tak silne, że stałe spowiednictwo będzie dla tej osoby szkodliwe. Na przykład gdy penitent czyni sobie ze spowiednika coś na kształt protezy, którą podpiera się zupełnie nieświadomie. Wówczas potrzeba konsultacji psychologicznej, żeby ten mechanizm przerzucenia odpowiedzialności regulować. Potrzeba też stanowczości księdza, by na zaistnienie takiego mechanizmu nie pozwolił.

Czy to Ty wtedy konsultujesz się z terapeutą, czy odbywa się to tylko za pośrednictwem penitenta?

Robi to sam zainteresowany. Zdarza się natomiast, że konsultuję się z psychoterapeutami na własną rękę, bez udziału penitenta. Wówczas rozmawiamy o problemach, przypadkach, nie o konkretnych osobach.

Najtrudniejsza spowiedź?

Moja własna.

Tomasz Grabowski OP

 

Zobacz także