Sprawa „pewnego śpiewnika”

Na początek muszę stwierdzić, że główną zaletą tego artykułu jest to, że jest stosunkowo krótki. Lektura dłuższego tekstu mogłaby przyprawić o ból głowy. Autor ma niesamowitą wręcz zdolność do rzucania poważnych oskarżeń w taki sposób, że brzmią one właśnie poważnie. Posługując się wielkimi słowami i swoiście interpretowanymi przepisami liturgicznymi, sprawia wrażenie jedynego widzącego w gronie ślepców, zatroskanego o jedność liturgii, która w sposób podstępny i niecny została zagrożona przez wydanie (z imprimatur!) śpiewnika „Niepojęta Trójco”.

Kilka(naście) uwag na temat artykułu Łukasza Wolańskiego „Śpiewnik liturgiczny Niepojęta Trójco – krótka analiza krytyczna”

Na początek muszę stwierdzić, że główną zaletą tego artykułu jest to, że jest stosunkowo krótki. Lektura dłuższego tekstu mogłaby przyprawić o ból głowy. Autor ma niesamowitą wręcz zdolność do rzucania poważnych oskarżeń w taki sposób, że brzmią one właśnie poważnie. Posługując się wielkimi słowami i swoiście interpretowanymi przepisami liturgicznymi, sprawia wrażenie jedynego widzącego w gronie ślepców, zatroskanego o jedność liturgii, która w sposób podstępny i niecny została zagrożona przez wydanie (z imprimatur!) śpiewnika „Niepojęta Trójco”.

Czytając ten artykuł[1] ma się wrażenie, że druk śpiewnika „Niepojęta Trójco, może być porównywany co najmniej do przybicia owych słynnych tez przez Marcina Lutra na drzwiach kościoła uniwersyteckiego w Wittenberdze.

Pytaniem jest, czy powinno się dyskutować z kimś, kto o przedmiocie dyskusji ma wiedzę wyłącznie teoretyczną (nigdy przypuszczalnie nie uczestniczył z liturgii w której występowały by „utwory” krytykowane w artykule, ani nie słyszał zapisu ich wykonania[2]) i to niepełną (jako, że nie jest w stanie ocenić przedmiotu swoich rozważań od strony jej wartości muzycznej, co w przypadku krytyki dzieła muzycznego ma niebanalne znaczenie). Jednak, ponieważ w artykule padają wielkie słowa i wielkie oskarżenia (niegodziwość czy wręcz nieważność sprawowanej w ten sposób liturgii, sprzeczność z przepisami liturgicznymi, degradacja, zawłaszczenie itp.), odniosę się do jego uwag i zarzutów.

Propozycja, nie „próba zawłaszczenia”. Liturgia jako spotkanie z Chrystusem

Wbrew temu co sugeruje autor, Śpiewnik jest wyłącznie propozycją, alternatywną muzyczną opcją; interesującą i pociągającą dla wielu, ale jednak opcją. Nie normą. Nie ma, także w kościołach dominikańskich, nakazu, aby podczas Mszy Świętej wykonywać utwory ze Śpiewnika. Celem powstania Śpiewnika nie było stworzenie jakiejś nowej tradycji, podziemnego nurtu liturgicznego, ale troska o przywrócenie i pokazanie piękna istniejącej liturgii. Autorzy zaznaczają to wyraźnie pisząc, że powstawał on jako doświadczenie liturgiczne i modlitewne wspólnoty, a nie zimna kalkulacja. Nie jest także czymś stałym. Przy klasztorach dominikańskich powstają ciągle nowe utwory (w przygotowaniu jest druga, nowa część Śpiewnika), tworzone zarówno przez zakonników jak i ludzi świeckich, mające na celu ciągle to samo: oddać modlitwę śpiewem, ubogacić liturgię i uczulić ludzi na prawdy, godność i piękno w niej zawarte. Ale wszystkie są zawsze tylko i wyłącznie propozycją.

Autor natomiast sugeruje, jakoby autorzy Śpiewnika (czyli – w domyśle – środowisko dominikańskie w którym Śpiewnik powstał)[3] próbowali przez niego zmieniać liturgię jako taką. Pisze: „W sytuacji, w której członkowie wspólnoty nie odnajdują sensu i głębi celebrowanej w sposób zgodny z rubrykami liturgii, jej zmienianie jest wyrazem niezrozumienia Eucharystii, którą to istotę próbuje się zastąpić rozbudowaną lub zmienioną formą. Ponieważ stanowi ona emocjonalne novum jest chętnie przyjmowana. Przyzwyczaja jednak wspólnotę do rozmaitości form, wśród których wyraźnemu zniekształceniu ulega sama istota przenajświętszej ofiary”; dodaje też wcześniej, że: „tego rodzaju zawłaszczanie(!) liturgii jest (…) każdorazowo próbą poprawiania rzeczywistości Boskiej”.

Czyżby autor sugerował tym zdaniem, że liturgia Kościoła Katolickiego, taka jaką „zapisano w przepisach”, została nam dana z nieba? Czy jest to wynik jakiś osobistych wizji na temat tego w jaki sposób jest sprawowana liturgia Niebios? Czy raczej nie wskazuje na nieznajomość historii liturgii, która była (i jest nadal) kształtowana przez człowieka i przez społeczności, które w niej uczestniczą? Nikt nigdy jej nie objawił. Jest wynikiem modlitw i doświadczenia wspólnoty chrześcijańskiej, gromadzącej się od dwóch tysięcy lat na „modlitwie, czytaniu Pism i łamaniu Chleba”, zgodnie ze słowami Pana: „to czyńcie na Moją pamiątkę”. Wspólnota ta jest różnorodna, nawet w ramach Kościoła rzymskokatolickiego (pomijając już kościoły Wschodnie) i Eucharystia sprawowana w Afryce jednak trochę się rożni od Eucharystii sprawowanej w Polsce. Czy jest przez to nieważna lub niegodziwa? Poza tym sądzę, że w sytuacji kiedy „członkowie wspólnoty nie odnajdują sensu i głębi celebrowanej w sposób zgodny z rubrykami liturgii”, odpowiedzialni za liturgię powinni się zastanowić dlaczego wierni jakoś nie odnajdują głębi „w rubrykach liturgii” i może trochę bardziej, zgodnie z zaleceniami Soboru Watykańskiego II, skupić się na duchu liturgii, zrozumieniu jej głębi. Albo trochę poszerzyć swoje rozumienie „rubryk liturgii”. Każdy kto przeczytał Konstytucję o Liturgii czy Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego wie, jak dużą troskę poświęcają ich „rubryki” temu by wierni na nowo odnaleźli w liturgii prawdę, godność i piękno.[4] By liturgia stała się na powrót tym czym jest – spotkaniem z Panem, a nie tylko i wyłącznie „wypełnieniem przepisów prawa”. Ojcowie soborowi, inicjując odnowę liturgiczną, dostrzegli bowiem rzecz ważną, która gdzieś na drodze została zapomniana: zbawienną moc Eucharystii zawdzięczamy nie drobiazgowemu wypełnieniu „rubryk liturgii” ale naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, który za nas umarł i zmartwychwstał i czego Eucharystia jest przypomnieniem i uobecnieniem. Zatem liturgia Eucharystii nie ma być „wypełnieniem rubryk” ale spotkaniem z Nim wszystkich wiernych razem i każdego z osobna.

Istotą liturgii jest Chrystus. Podczas Eucharystii celebrujemy Jego śmierć i zmartwychwstanie a nie „rubryki”, o czym autor zdaje się, niestety, zapominać. Wielu teoretyków liturgii o tym zapomina. Ludzie nie przychodzą, nie chcą i nie powinni przychodzić na Eucharystię aby wypełnić rubryki, czy aby „nie mieć grzechu”. Powinni przychodzić aby tam spotkać się z Chrystusem. Żywym, zmartwychwstałym, mającym moc ich przemienić, nadać ich życiu sens. Temu służy liturgia. A tymczasem autor próbuje podporządkować liturgii człowieka dla którego przecież powstała. Przypomina się tu pytanie Chrystusa „czy szabat jest dla człowieka, czy człowiek dla szabatu”. Z punktu widzenia autora „człowiek jest dla szabatu”. Po prostu musi dokładnie zachować każdy przepis i koniec (ignoruje przy tym fakt, że większość tych przepisów wcale nie jest tak rygorystyczna jak sugeruje). A przecież Chrystus odpowiada „szabat został ustanowiony dla człowieka” (Mk 2,27). Bardzo podobny problem ma miejsce w kaznodziejstwie: ciągle próbuje się ludziom mówić co mają robić, zamiast ukazywać im Chrystusa, głębię tego w co wierzą. A przecież jeśli ludzie pójdą za Chrystusem, jeśli Go pokochają, będą wiedzieli co robić. Może będą dalej upadać, ale będą tego świadomi i będą chcieli wrócić. Podobny problem dotyczy liturgii: jeśli ludzie ujrzą piękno i wartość liturgii to nie opuszczą jej łatwo, to będą chcieli w niej uczestniczyć, będą za nią tęsknić, znajdą w niej zarówno swój cel jak i źródło. A jeśli ją opuszczą, będzie ich to bolało.

Kilka uwag o liturgii „dominikańskiej”[5]

„Liturgia”, – pisze autor – „jak zresztą każde obcowanie z Bogiem w modlitwie, w swojej istocie nie może opierać się jedynie na obcowaniu z doskonała formą, ani sprowadzać się do stanu ducha i emocjonalnych przeżyć”.

Liturgia dominikańska nie przyzwyczaja do „rozmaitości form”. Ona przyzwyczaja do liturgii. Do tego, że liturgia jest ważna[6]. Ponieważ liturgia, podobnie jak modlitwa jest obcowaniem z „doskonalą formą” bo jest obcowaniem z Bogiem. I powinna wyrażać starania wszystkich by ta forma obcowania była jak najpiękniejsza i najstaranniejsza. Wbrew potocznemu mniemaniu liturgia Eucharystii – przynajmniej ta niedzielna – nie powinna odbywać się na zasadzie „jakoś to będzie” bo przecież wszyscy wiedzą co mają robić: ksiądz – ma przecież wszystko napisane, na kazaniu coś tam powie, a jak dobrze pójdzie to trafi się list biskupów, lub ściągnie się kazanie z Internetu; organista – ma od lat utrwalony repertuar, może go wykonać z zamkniętymi oczami; wierni[7] przyjdą, odstoją swoje i pójdą z poczuciem spełnionego religijnego obowiązku i świętego spokoju aż do następnej niedzieli. Wystarczy popatrzeć co dzieje się kiedy w parafii ma być wizytacja biskupia. Jak dużo czasu poświęca się na przygotowania, jak wiele osób się w nie angażuje. I to zazwyczaj z czysto ludzkiej motywacji: aby „dobrze wypaść” w oczach wizytującego. A przecież, podczas każdej Mszy, przychodzi do nas nie kto inny tylko sam Bóg, jakby nie było ktoś o wiele większy, któremu nawet najpierwszy z nas „nie jest godzien zawiązać rzemyka sandała”. Dlaczego więc cotygodniowe dbanie o to, by jak najstaranniej przygotować się do spotkania z Nim miałoby być czymś złym, albo wręcz „niegodziwym”? Tym bardziej, że chodzi tu o coś więcej niż o „pokazanie się w dobrym świetle”. Tu chodzi o nawiązanie relacji. Relacji, która jest, jak wierzymy, kwestią życia i śmierci.

Druga sprawa jest kwestia „emocjonalności”: dla autora wydaje się być jedną z ważniejszych jeśli chodzi o ocenianie „prawowierności” liturgii. Pisze: „ponieważ stanowi ona (liturgia) emocjonalne novum jest chętnie przyjmowana”. Jakby uważał, że człowiek nie ma prawa liturgii przeżywać także w sposób emocjonalny. Jakby przychodząc na liturgię powinien pozbywać się tej części swojej natury.

Ludzie są emocjonalni, są wrażliwi. Także wrażliwi na piękno, które niesie liturgia. Ono ich przyciąga. Czy to jest złe? Czy złe jest piękno muzyki, które niesie ze sobą poczucie tęsknoty i jednocześnie bliskości tego za czym się tęskni, dlatego, że „wzbudza emocje? Lepiej wszakże odczuwać tęsknotę niż gniew, kiedy widzi się w jaki sposób można liturgię kaleczyć, jak bardzo można lekceważyć Chrystusa, jak bardzo nie pozwalać ludziom Go poznać i pokochać, wypełniając przy tym „wszystkie przepisy prawa”.

Dodajmy jeszcze, że człowiek jest wrażliwy także na piękno, które pobudza jego intelekt. Większość wierzących nie miała nic wspólnego z teologią i liturgiką wkładaną na uniwersytetach, za to bardzo dużo z liturgią praktyczną, parafialną. To co widzą, pobudza ich do refleksji. A ta refleksja może być różna. Słyszymy ubolewania, że tylu młodych odchodzi od Kościoła. Ale to, co proponuje im Kościół, obraża ich inteligencję. Bo bylejakość próbuje się sprzedać jako sakralność, a nie daje się im szansy by tej sakralności doświadczyli. To już inne pokolenie niż ich dziadków: wychowali się zazwyczaj w pogańskich, choć „praktykujących” rodzinach, uczono ich raczej wątpić niż wierzyć, wbijano im do głowy że „prawdziwe” równa się „naukowe”. Aby się nawrócili naprawdę potrzebują czegoś więcej niż tylko przypomnienia o rubrykach i obowiązku. Potrzebują doświadczenia piękna, prawdy i przestrzeni. A to liturgia odprawiana zgodnie ze swoim duchem (nie tylko z rubrykami) może zapewnić. I nie potrzeba fajerwerków, przedstawień. Trzeba tylko wykorzystać dziedzictwo, które już mamy, trzeba zarówno liturgię jak i ludzi w niej uczestniczących potraktować poważnie. I, jak pokazuje to doświadczenie dominikańskich kościołów, przynosi to efekty.

Liturgia „dominikańska” bowiem owszem, pobudza emocje, ale nie jest „emocjonalna”. Nie ma w sobie nic z tych prostackich chwytów czy zagrań (nie wspominając o tandetnej, efekciarskiej i pustej muzyce), jakie, niestety, pojawiają się szczególnie na mszach dla młodzieży. Ma w sobie naturalną godność, ale nie sztywna. Łączy mistykę z normalnością.

Trzecia sprawa. Liturgia „dominikańska” nie jest koncertem, ani tym bardziej „teatrem”. Jeśli już o to chodzi, to są nimi bardziej msze „papieskie” czy „biskupie” szczególnie te z udziałem chórów, które wykonują pieśni nie do powtórzenia przez zwykłych wiernych, nawet tych ze sporym wykształceniem muzycznym. Tutaj jest inaczej: pieśni służą temu by cała wspólnota mogła lepiej się modlić, a śpiewać je może, w krótkim czasie, każdy. Każdy też, jeśli chce, może śpiewać w scholii. W przeciwieństwie bowiem do różnych „chórów” kościelnych, nie są one tworem zamkniętym, ale grupą osób, które po prostu lubią i chcą śpiewać.

Po czwarte, uczestnictwo w niej (szczególnie jeśli chodzi o liturgię Triduum) powoduje, iż człowiek wie, czuje, że to o czym liturgia mówi dzieje się naprawdę. A tego ludzie szukają. Nie rzeczywistości prawnej, ale rzeczywistości Prawdy. Czy Bóg faktycznie istnieje? Czy Chrystus naprawdę umarł i zmartwychwstał? Bo jeśli nie to „próżna jest nasza wiara” i „ze wszystkich ludzi najbardziej godni jesteśmy politowania” (por. Kor 15,13-19). Kiedy uczestniczy się w liturgii Triduum jest się tam, tak jak mówi liturgia, uczestniczy w tych wydarzeniach, przeżywa się je. Czy można podejść obojętnie do śmierci swego Pana? Czy można nie cieszyć się kiedy On zmartwychwstaje?

Można. Niestety.

Ale trudno dziwić się ludziom, że szukają miejsca gdzie mogą nie tylko być ale i uczestniczyć. Bo tym jest liturgia w swoim podstawowym sensie – uczestniczeniem. Eucharystia jest dziękczynieniem. Jest wyrazem potrzeby człowieka, który pragnie spotkać swego Boga. Dlatego ważne jest by zaznaczyć, że liturgia „dominikańska” nie łamie prawa liturgicznego. Ona to prawo wypełnia. I to wypełnia je w jego najgłębszym sensie – a sensem prawa jest miłość.

Przejdźmy teraz do krytyki utworów.

Kanon Rzymski

Autora najbardziej niepokoi muzyczna interpretacja Kanonu Rzymskiego, on to ma być standardowym przykładem na kryptozmiany jakie zamierzają wprowadzić „autorzy śpiewnika” w liturgii powszechnej. Jednak po uważnym przyjrzeniu się jego zarzutom można stwierdzić, że są one raczej pozbawione podstaw.

Zacznijmy od podstawowej uwagi: Kanon Rzymski, wykonany na sposób podany przezŚpiewnik, jest wydarzeniem. Jeśli ma się szczęście, usłyszy się go dwa, może trzy razy w ciągu całego roku liturgicznego (o ile przebywa się w miastach gdzie są duże dominikańskie klasztory). Wymaga ogromnego przygotowania, co podkreślają autorzy śpiewnika,[8]dlatego jako taki wyśpiewywany jest tylko podczas szczególnie uroczystych liturgii, aby w ten sposób podkreślić ich rangę i niejako oddzielić od „zwykłych” liturgii niedzielnych. Można go zatem usłyszeć (co nie oznacza, że się usłyszy) przede wszystkim w czasie Wigilii Paschalnej i w czasie (jeśli główny celebrans umie śpiewać, jako, że jest nim zazwyczaj przełożony klasztoru) Mszy Wieczerzy Pańskiej. Bywało, że pojawiał się na Eucharystii prymicyjnej o ile możliwości wokalne neoprezbiterów na to pozwalały.

Nie jest więc to utwór, który, jak obawia się autor, ma „w sposób bardzo znaczący” wyróżniać „tę grupę wiernych spośród innych, a jej celebracje liturgiczne od liturgii nie ograniczającej się do jej członków, sprawowanej w sposób w pełni publiczny i powszechny – liturgii parafialnej”. Wszystkie wyżej wymienione liturgie odbywają się przecież nie w miejscach pokątnych, w czasie znanym tylko wtajemniczonym ale w kościołach ogólnie dostępnych dla każdego kto zechce do nich wejść. Większość kościołów dominikańskich jest też parafiami, ich liturgia więc jest zatem jak najbardziej „powszechna i publiczna”. Poza tym, jak wspomnieliśmy, wykonanie Kanonu Rzymskiego wymaga od celebransów naprawdę wiele pracy i sporo wokalnego talentu. To nie jest coś co wykonuje się „spontanicznie”. Próby scholii do Triduum, odbywają się przez cały Wielki Post. Celebransi muszą w śpiewie czuć się na tyle pewnie aby w czasie liturgii skupiać się nie na wykonaniu Kanonu, ale na niej samej. Nie ma więc zbytniej możliwości aby Kanon, tak po prostu, stał się stałym elementem liturgii konkretnej wspólnoty, jej znakiem charakterystycznym, odcinającym ją od innych.

Drugi, „poważny” zarzut dotyczy wielogłosowego wykonania słów przeistoczenia. Dla autora jest to rzecz, która „niszczy całą symbolikę aktu koncelebry”, „akt jedności” itp.

Pytaniem jest: w jaki sposób wielogłosowość może zniszczyć „całą symbolikę aktu koncelebry”? Przecież nie żąda się od koncelebransów aby, kiedy recytują formułę przeistoczenia, recytowali ją tym samym tonem i tą samą barwą głosu. Ludzie mają różne głosy i jest to dar Boga. Dlaczego zatem wyśpiewanie słów przeistoczenia na głosy, zamiast wypowiedzenia ich, de facto, także na głosy miałoby „zniszczyć jedność kapłanów”? Gdzie tu logika? Koncelebra jest wszakże, posługując się terminologią muzyczną, wyrazem harmonii, tego, że wiele głosów śpiewa „jedną pieśń Pańską”. Każdy z nas jest kim innym, ale w Chrystusie stajemy się jedno: tym jest koncelebra, tym jest wspólnota wierzących i tego wyrazem jest harmonia. Śpiewamy różnymi głosami, bo jesteśmy inni, zgodnie z wolą Boga, ale śpiewamy to samo. Zatem harmonia nie tylko nie niszczy owej jedności ale bardziej jeszcze podkreśla to, że kapłaństwo poszczególnych prezbiterów łączy w jedynym kapłaństwie Chrystusa. Zresztą, jak zauważa autor, „Mszał Rzymski, zachęca do śpiewania słów ustanowienia i konsekracji”, a to, że „podaje proste melodie” nie świadczy o tym, że zabrania stosowania melodii trudniejszych, jeśli ktoś potrafi je wykonać i jeśli odpowiadają one standardom muzyki liturgicznej.

Aby podeprzeć swoje zarzuty autor powołuje się na przepis z Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, który ma potwierdzać jego tezę o nieprawomyślności harmonii, pisząc: „pośród wszystkich głosów, jak podaje Wprowadzenie wyróżnia się głos głównego celebransa, w stosunku do którego głosy koncelebrantów mają być nieco przyciszone, aby wierni słyszeli słowa wypowiedziane niejako una voce”. Tymczasem przepis ten stwierdza[9]: „słowa przeznaczone do wspólnego odmawiania (w czasie modlitwy eucharystycznej) przez wszystkich koncelebrujących, koncelebransi mają odmawiać głosem przyciszonym, aby można było wyraźnie słyszeć głos celebransa głównego. W ten sposób ułatwia się wiernym zrozumienie tekstu.”[10] Nie ma w tym miejscu mowy o una voce, ale jest troska o wiernych, o to by tekst był dla nich zrozumiały, a przypuszczalnie nigdy tak dobrze go nie słyszą jak wówczas, kiedy jest wyśpiewywany w liturgii podczas której wykonywany jestKanon Rzymski. Jest to jeden z jej najpiękniejszych i najbardziej kontemplacyjnych momentów, podczas którego odczuwa się wręcz ową kulminację dziejów zbawienia jaka miała miejsce w czasie ukrzyżowania, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

Inna sprawa, że autor wydaje się nie rozumieć tego jaką rolę, tak naprawdę, w liturgii pełni śpiew i muzyka. Traktuje je jako coś drugorzędnego, formę mającą urozmaicać lub „uteatralnić” liturgię i nie mającą żadnego, poza czysto estetycznym i subiektywnym doświadczaniem wiernych, na nią wpływu. A przecież śpiew jest najwyższą formą odczytywania Słowa. Jest Jego wyniesieniem ponad to co ziemskie.

Śpiew należy do istoty liturgii od samego początku. Widać to w zachowanej od pokoleń tradycji żydowskiej, z której przecież wyrosła tradycja chrześcijańska: słów Tory, które są czytane w Szabat w synagodze de facto się nie czyta. Je się śpiewnie recytuje. Widać to w Kościołach Wschodnich, gdzie odprawia się o wiele starszą niż nasza (nawet gdyby wziąć pod uwagę liturgię Trydencką) – jest ona w całości śpiewana. Wynika to z przekonania, że liturgia ziemska powinna odwzorowywać liturgię Nieba, liturgię anielską. A w tym przypadku samo słowo czytane nie wystarczy. Nie odda tego czym naprawdę jest Tekst Święty. Czy i w naszej „tradycji” nie ma zwyczaju, aby w dni szczególnie uroczyste wyśpiewać, a nie tylko odczytać słowa Ewangelii? Czy nie śpiewa się opisu Męki Pańskiej, jeśli jest to tylko możliwe? Bo śpiew daje to czego nie daje zwykle przeczytanie tekstu: zwraca uwagę, że to co się dzieje przynależy do innej, wyższej rzeczywistości. Dodanie więc melodii do słów Pisma, nawet jeśli są to słowa Przeistoczenia, nie może więc ich w niczym umniejszyć.

Trzeci zarzut dotyczy słowa „amen”, odpowiedzi wiernych pojawiającej się po słowach przeistoczenia. Według autora „może być to powodem wypaczenia sensu obrządku”, mimo, że słowo amen pojawia się w tym miejscu w liturgiach wschodnich. Wszystko dlatego, że, wg autora „w liturgiach wschodnich rozumie się to jako manifestację wiary w to, co dokonuje się na ołtarzu, swoiste tak wierzymy w to”. Natomiast, według niego „w liturgii rzymskiej słowo to oznacza raczej akceptację, potwierdzenie i uznanie za swoich słów, które wypowiada kapłan. Odpowiada to sformułowaniu niech się tak stanie. Czy więc należy rozumieć, że modlitwa i w ogóle cały akt przeistoczenia do swojej ważności wymaga zgody wspólnoty?”

Niestety autor nie podaje skąd wziął taką „rzymską” interpretację słowa „amen”, co pokazuje, że jest ona raczej jego interpretacją prywatną, a nie liturgiczną[11]. Aklamacja „”amen pochodzi nie z „greckiej’ (wschodniej) ani „łacińskiej” (zachodniej) ale żydowskiej tradycji liturgicznej. Słowo „amen” jest słowem hebrajskim i jako takie, od przynajmniej trzech tysiącleci, tłumaczy się: „taka jest prawda” „tak jest”, a więc nie oznacza (przynajmniej dosłownie) ani „wierzymy w to” ani, tym bardziej, „tak niech się stanie”[12][.] Zatem użycie słowa „amen” po przeistoczeniu jest jak najbardziej uzasadnione i niczego „nie wypacza”.

Te nieliczne hebrajskie słowa, które zachowały się w liturgii powszechnej (amen, alleluja, hosanna) zachowane zostały właśnie dlatego, że najlepiej wyrażają to, co wyrażają. Nie ma możliwości dowolnej ich interpretacji. Nie ma, wbrew sugestiom autora, jakiejś oficjalnej „wschodniej” czy „zachodniej” tradycji, która usprawiedliwiałaby nadanie aklamacji „amen” innego znaczenia niż to, które już posiada. Interpretacja autora jest wręcz niebezpieczna dla pojmowania liturgii, albowiem stwierdza jakoby każda modlitwa, jaką kończy słowo „amen” (a więc prawie każda), miała charakter wyłącznie życzeniowy. Tymczasem słowo „amen”potwierdza naszą wiarę a nie zakłada jej życzeniowość. Nie życzymy sobie Eucharystii „w Imię Ojca, Syna i Ducha,” ale rozpoczynamy ją w to Imię; kończąc ją, kapłan nie życzy nam „łask Bożych i błogosławieństwa w życiu codziennym”, ale nas błogosławi.

Czwarty zarzut dotyczy „niewyszukanych aklamacji” dodanych do Kanonu, a wykonywanych przez wiernych. Jest to jeden z dwóch zarzutów, co do którego można by się zgodzić, że jest słuszny. Ze ściśle prawnego punktu widzenia.

Prawo, które zabrania zmieniania modlitw eucharystycznych, powstało po to by chronić liturgię przed „radosną twórczością” marnej jakości i często na pograniczu herezji, co bardziej „wyzwolonych” kapłanów. To co proponuje śpiewnik jest od tego bardzo odległe. Po pierwsze nie zmienia w niej żadnych słów. Dotyczy to także aklamacji po przeistoczeniu:Wybawiłeś nas przez krzyż i przez zmartwychwstanie Twe. Tyś odkupił świat, której autor zarzuca, że wprowadza „nieznany przekład” i „zmienia formę wykonywania modlitwy eucharystycznej”. Podczas gdy w rzeczywistości nie różni się ona (a na pewno nie zmienia sensu) od „oficjalnego” przekładu: Panie, Ty nas wybawiłeś przez krzyż i zmartwychwstanie Twoje. Ty jesteś Zbawicielem świata. Po drugie, żadna kwestia „kapłańska” nie jest wykonywana przez wiernych, co mogło by być podstawą do zarzutów o „niezgodność z przepisami”. Natomiast owe „niewyszukane aklamacje” są wyrazem głębszego zrozumienia tego czym owa modlitwa jest, oraz samej natury liturgii. Jak mówi Wprowadzenie: „W modlitwie eucharystycznej chodzi o to, by całe zgromadzenie zjednoczyło się z Chrystusem w głoszeniu wielkich dzieł Bożych i w akcie złożenia ofiary”[13] oraz „ponieważ odprawianie Mszy ma z natury charakter społeczny, dlatego wielka siła oddziaływania tkwi z dialogach między celebransem a zgromadzeniem wiernych, oraz aklamacjach; są one bowiem nie tylko zewnętrznymi znakami odprawiania, lecz także tworzą i podtrzymują łączność między kapłanem a ludem”[14]. Taka jest też rola owych aklamacji: całe zgromadzenie czynnie uczestniczy w tym co się dzieje dodając głos swojej modlitwy i prośby tam, gdzie jest na to miejsce i milcząc tam, gdzie milczenie powinno być zachowane.

Kanon rzymski jest modlitwą (jak mówi sama jego nazwa), a owe aklamacje mają umożliwić wiernym się w nią włączyć. Gdyby autor kiedykolwiek usłyszał liturgiczne wykonanie Kanonu Rzymskiego wiedziałby, że owe „aklamacje”, wbrew jego zarzutom, wcale nie brzmią „sztucznie” ani nie przerywają ciągłości modlitwy eucharystycznej. Raczej wymuszają ciągłą uwagę, konieczność wsłuchiwania się w tekst modlitwy, uczestnictwo w niej. Wierni, przez te krótkie modlitwy realizują swoje powszechne kapłaństwo, w którym uczestniczą z racji chrztu. Natomiast, jak wspomnieliśmy, milczą tam gdzie głos ma prezbiter, nie wypowiadają żadnej z kwestii należących do celebransa. Dlatego też owe aklamacje mają ową prostą formę („przyjmij je, Panie”, „pamiętaj Boże” „Panie, zjednocz nas”, „niech stoją przed Tobą wstawiając się za nami”), są „niewyszukane”, co potwierdza, że zostały dodane by umożliwić wiernym włączenie się w modlitwę eucharystyczną i głębsze jej zrozumienie (z całym poszanowaniem dla niej samej), nie zaś dlatego by tym wiernym dać poczucie uczestniczenia w „innej” „lepszej” liturgii. Zatem jest raczej mało prawdopodobne by mogły zaburzyć „jedność i godność liturgii”.[15]

Uwagi do innych utworów

Miserere

Śpiew ten od kilku lat nie jest praktykowany, przynajmniej w krakowskim kościele. Zresztą autorzy wyraźnie napisali: „powyższy utwór można (zatem nie trzeba) wykonywać po chwili ciszy, w trakcie śpiewania pasji po słowach i skłoniwszy głowę wyzioną ducha”. Jego celem nie jest więc zastępowanie ciszy (jak sugeruje autor), ale przedłużenie jej, uświadomienie, że to co jest czytane wydarzyło się naprawdę. Teraz się wydarzyło. I wydarzyło się z powodu naszego grzechu. Daje niejako czas na to by słowa ewangelii dotarły do wiernych z całą swą mocą, by usłyszeli to co ujrzą podczas odsłonięcia krzyża – Pan naprawdę umarł.

Orędzie wielkanocne

Jest to drugi zarzut kiedy można by zgodzić się z autorem. Faktycznie – liturgiczny i uroczysty moment śpiewania Alleluja, po Wielkopostnej przerwie, przypada w Wigilię Paschalną po ósmym czytaniu, przed ewangelią. W Exsultecie proponowanej przez Śpiewniknie pełni jednak roli liturgicznej (jest to jasne dla każdego kto go słyszał) – jest to tło wyrażające narastającą radość ze zmartwychwstania Pana, która wyraża się w tych słowach „chwalcie Pana – hallelu jah”: chwalcie Go za to co uczynił, za dar zmartwychwstania, którego obrazem jest Paschał i jego światło. Jest to odpowiedź słuchających orędzia na wezwanie: „Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, abyśmy z całego serca i z całej duszy, jednym głosem chwalili niewidzialnego Boga”. Bynajmniej nie traci przez to sens Exsultetu „jako radosnej wieści, której osoba śpiewająca jest głosicielem” z tym, że tutaj ta wieść spotyka się z pełną radości odpowiedzią. Można by to porównać do ludu, który zbiegł się by posłuchać zaskakujących wieści a teraz, początkowo jeszcze jakby z niedowierzaniem, a potem z coraz większą radością, wymienia między sobą spojrzenia i szepty. Jest to jak gdyby ilustracja psalmu 19: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza. Dzień dniowi głosi opowieść, a noc nocy przekazuje wiadomość. Nie jest to słowo, nie są to mowy, których by dźwięku nie usłyszano; ich głos się rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata ich mowy.”[16] Dodajmy też, że nie detronizuje, w tak dramatyczny dla Wigilii Paschalnej sposób jak usiłuje przedstawić to autor (oczywiście padają tu określenia jak: „poważne naruszenie”, „znaczna degradacja” itp.), uroczystego Alleluja, wykonywanego przed Ewangelią. Kiedy się je słyszy nikt raczej nie ma wątpliwości co do tego, że zmienił się czas: przywrócono czas wesela i radości, obwieszczono czas świąteczny, czas wypełnienia się słów Pańskich. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wielu parafialnych kościołów, owe uroczyste „alleluja” wykonuje się przy pustym już grobie, a nie w obecności monstrancji zasłoniętej welonem i czekającej na „zmartwychwstanie” podczas porannej rezurekcji. Co, moim zdaniem, jest jednak dużo poważniejszym naruszeniem przepisów i zaburzeniem jedności liturgii niż „alleluja” jako śpiew, na tle którego wyśpiewywany jest Exsultet.

I znowu nie jest to interpretacja, która nie może ulec zmianie (albo którą trzeba stosować). Obecnie od trzech lat, na bazie tych samych poszukiwań najpełniejszego wyrażenia treści liturgii, na tle których postawał pierwszy Śpiewnik, odchodzi się od tej melodii na rzecz melodii gregoriańskiej pochodzącej z XIII – wiecznej dominikańskiej tradycji liturgicznej.

Pierwsze czytanie

Autor krytykując tą interpretację ubolewa: „w jego treść wpleciono kilka śpiewów, w tym część nie mających związku z odczytywaną treścią”, dając tym dowód, że sama znajomość (wybranych) przepisów nie wystarczy by móc zrozumieć liturgię i ukazać jej bogactwo. Dobrze jest też posiadać znajomość jej źródeł: Pisma Świętego i tradycji Kościoła.

Teksty, które zostały „wtrącone” w tekst perykopy to nie „kilka śpiewów” na dodatek „nie mających związku z odczytywaną treścią”. To są fragmenty psalmów (Ps 104, 1-2, 5-6; Ps 148, 1-4; Ps 8, 1, 5-7), jak najbardziej obrazujących tekst czytanego Słowa[17] i będące same Słowem natchnionym. Czyżby dodanie trzech psalmów ilustrujących dzieło stworzenia było większym przewinieniem niż skrócenie czytań Wigilii do trzech (to przecież można zrobić zgodnie z przepisami)?

Autor zastanawia się czy, być może, nie ma to na celu „ułatwienie” ludziom wysłuchania długiego przecież tekstu. Gdyby ludzie przychodzący do dominikanów baliby się tego, że liturgia czy jej elementy będą za długie to poszliby gdzie indziej. Wigilia Paschalna w krakowskim klasztorze potrafi trwać nawet do pięciu godzin. A zaczyna się, jako jedna z nielicznych w Polsce – zgodnie z przepisami – po zmroku, ok. dziewiątej. Co powoduje, że kończy się dobrze po pierwszej w nocy, w czasie kiedy spora część przybywających z dalszych części miasta, nie ma za bardzo czym wrócić do domu. A mimo to ludzie tłumnie na nią przychodzą. I to przychodzą dwie, trzy godziny przed liturgią aby znaleźć sobie miejsce, jeśli się uda (wbrew tendencjom występującym w kościołach) jak najbliżej ołtarza albo w ogóle znaleźć sobie miejsce. Długość ich nie przeraża, ani nie zniechęca. Jest wręcz przeciwnie – oczekują „długiej” liturgii. Oczekują, że będą mogli bez pośpiechu liturgią Wigilii, każdą jej częścią, się rozkoszować[18]. To w końcu najważniejsza liturgia roku z której wypływają wszystkie inne, która nadaje sens ich wierze. Chcą w niej uczestniczyć jak najpełniej, jak najdłużej (podobnie jak wcześniej uczestniczyli w Mszy Wieczerzy Pańskiej i w liturgii Męki Pańskiej). Bo czują, że bez tego uczestnictwa cały dzień następny byłby pusty, mimo suto zastawionych stołów i obecności rodziny. Że świętowanie nie miałoby sensu gdyby nie uczestniczyli w tym co sens mu nadało a tym nie jest bynajmniej „tradycyjne” święcenie pokarmów.

Liturgia Wigilii Paschalnej jest liturgią którą chce się smakować. Autor zarzuca jednak dominikanom nadmierną jej teatralizację[19]. Niesłusznie zresztą. Nie ma podczas niej nic co nie było by zapisane w Mszale Rzymskim. Albowiem Wigilia Paschalna sama w sobie jest jedną wielką wizualizacją, żadna inna liturgia nie posiada tak wielu gestów i nie używa tak wielu symboli – wystarczy pozwolić im zaistnieć w całej pełni, także tej pełni muzycznej.

Stąd wzięła się rozbudowana forma pierwszego czytania. Wtedy ma naprawdę miejsce stworzenie świata: ciemny Kościół do którego wnosi się Paschał przypomina ten czas kiedy „ziemia była bezkształtna i pusta”, a „ciemność była nad bezmiarem”– Bóg rzekł: „niech się stanie światło”, a tym światem jest Chrystus. W Chrystusie umarł cały świat i w Chrystusie cały świat został stworzony na nowo. Chce się o tym słuchać. Forma, jaką proponuje śpiewnik (oczywiście jak wszystkie inne tylko opcjonalna) należy do najstarszych tradycji opowiadania[20], tego opowiadania w które włączają się wszyscy, a kiedy opowiadający milknie słuchający podpowiadają („tak upłynął dzień…”) prowokując aby opowiadanie ciągnęło się dalej. Bo choć wszyscy znają tę historię, zawsze są gotowi posłuchać jej raz jeszcze. Bo dla nich to nie tylko zapis mitu jednego z plemion palestyńskich, to coś co dzieje się naprawdę tu i teraz. I osobiście ich dotyczy. Stąd psalmy i stąd mormorando. To jest inny czas. Czas wyłączony ze zwykłego czasu, czas święty. O tym opowiadamy. A choć czyta jeden, w opowiadaniu uczestniczymy wszyscy.

Autorowi jednak nie podoba się wspomniane mormorando, na tle którego odczytywane są pewne partie tekstu. Co prawda nie wskazuje jakie przepisy miałoby to (oczywiście poważnie) naruszać (przypuszczalnie z tego względu, że takich przepisów, niestety, nie ma), ale zarzuca robienie „klimatu” i oczywiście „teatralizację”. Pojawia się tu ten sam problem co przy Kanonie Rzymskim: autor wyraźnie nie rozumie, a przez to nie jest w stanie docenić, roli piękna (nie „klimatu”) w liturgii. Wszystko to co odbiega od tego co zna (czyli przypuszczalnie tzw. „polskiej tradycji”) jest podejrzane. A przecież to o czym opowiada Liturgia Wigilii jest piękne, jest podniosłe, jest wyzwalające. Liturgia Wigilii jest szczególna, jest jedyna, dlaczego nie można zrobić czegoś co to podkreśli? Dlaczego nie zadbać o piękno wykonania tekstów i śpiewów? Czy obrazi to w jakiś sposób Boga? Czy narazi wiernych na szkodę jeśli tej wyjątkowej nocy, tak innej od wszystkich innych nocy, usłyszą czytanie na tle muzyki?

Melodie psalmów

Większość utworów, także melodii psalmów, tworzona jest w oparciu o najstarsze tradycje muzyki liturgicznej (zgodnie z zaleceniem Konstytucji o Liturgii Świętej): przede wszystkim chorałowej (wschodniej i zachodniej), potem polifonicznej czy w końcu żydowskiej. Proponowana melodia psalmu śpiewanego po drugim czytaniu jest wzorowana na tej ostatniej (jakby nie było psalmy są utworami zaczerpniętymi z poezji i liturgii hebrajskiej). Co do słów „laj, la, la, laj” którym autor zarzuca że nie mają „żadnego sensu liturgicznego” i „banalną treścią uwłaczają Słowu Bożemu i liturgii” to w tradycji żydowskiej z której to Słowo pochodzi łączy się je z Nim dość często (także w muzyce liturgicznej) nie widząc w tym żadnej niestosowności. Są wyrazem tej chwili, kiedy kończą się słowa i dywagacje intelektualne a zostaje sama radość i wdzięczność z powodu wielkich dzieł Boga.

I oczywiście, jak wszystkie poprzednie utwory, można tej wersji nie stosować jeśli kogoś „liturgicznie” razi. W kościołach dominikańskich co roku pojawia się kilka nowych melodii psalmów Wigilii. Jest z czego wybierać. Oczywiście można pozostać przy „jedynie słusznej” klasycznej (niestety „muzycznie” nie najszczęśliwszej – przynajmniej jeśli chodzi o wyrażanie radości) melodii, jednak przy bogactwie psalmów jakie ofiaruje Wigilia Paschalna jest to jakieś zubożenie.

Do melodii psalmu po trzecim czytaniu autor stawia zarzut: że „wielokrotne powtarzanie słowa Hosanna” „nie sprzyja to uczestnictwu wiernych w liturgii, ani nie ułatwia odbioru treści”. No cóż, jak to mówią: „trzeba tam być aby to zrozumieć”, a w tym przypadku „trzebausłyszeć wykonanie psalmu a nie tylko przeczytać tekstowy (bo już nutowy raczej nie) zapis”, aby stwierdzić, że autor myli się całkowicie. Jest to najbardziej wyrazisty psalm w całej liturgii czytań. Podobnie, jak powyższy, nawiązuje do tradycji śpiewu żydowskiego, co w tym momencie jest jak najbardziej na miejscu, jest bowiem ciągiem dalszym trzeciego czytania, które kończy się słowami: „Wtedy Mojżesz i synowie Izraela razem z nim śpiewali taką pieśń ku czci Pana”.

Jeśli chodzi o zarzut, że wersety refrenów psalmów responsoryjnych są dostosowywane do melodii (wbrew sugestiom autora nie wszystkie), to należy stwierdzić, że nie istnieje przepis, który by tego zabraniał, tym bardziej, że zostaje zachowany sens wersetów. Jeśli jednak komuś to przeszkadza może wybrać melodie nie zamieniające wersetu – jak wspomniałam melodii psalmów (także tych z Wigilii) jest już dość pokaźny zbiór.

Ostatni zarzut sprawia wrażenie już „czepiania się dla czepiania”. Autor zarzuca melodiom psalmów… wielogłosowość (chociaż, jak wspomniałam, sama Konstytucja o Liturgii zachęca do śpiewów polifonicznych), próbując przekonać, że powinna je wykonywać jedna osoba i to koniecznie z ambony[21]. Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego stwierdza jednak, że może być to ambona jak i „inne odpowiednie miejsce”[22] a odpowiednie miejsce dla śpiewania psalmu to na przykład to gdzie stoi chór, który animuje śpiew. Zresztą nie wiem jak autor godzi swój zarzut z powszechną, parafialną (a więc wzorcową dla autora) praktyką wyśpiewywania psalmu przez organistę z miejsca tak oddalonego od ambony jak to jest tylko możliwe.

Alexander Messe

Napotykając ten zarzut człowiek zaczyna odczuwać kulminację narastającego w miarę czytania artykułu zmęczenia. Autor już wcześniej stosuje metodę naukową typu: „jeśli chcesz uderzyć, kij się znajdzie”, oraz „każdą tezę da się udowodnić wystarczy zignorować wszystko co się z nią nie zgadza”, ale tutaj przechodzi już samego siebie.

Zarzuca autorom, że proponują śpiewać tekstów mszalne(!) w miejscu do tego przeznaczonym(!),[23] zamiast jakiejś pieśni, bo skoro wierni „są w stanie wykonać proponowaną przez autora kompozycję, tym bardziej są w stanie wykonać odpowiednią pieśń” oczywiście „zgodnie z zapisami”. Zgodnie z tymi samymi zapisami w tym czasie można nie wykonywać pieśni (i często się jej nie wykonuje np. w dniach powszechnych). Wówczas kapłan modli się głośno, a wierni odpowiadają. Nie jest nigdzie napisane, że kapłan tej modlitwy nie może śpiewać, albo, że ona sama nie może być tym „odpowiednim śpiewem”.

Autor tak podsumowuje swój zarzut: „Nie wszystko co kapłan wypowiada, musi być przez wiernych słyszane. Gdyby tak było, liturgia przerodziłaby się z prostoty w prostactwo formy i stała się pozbawiona pewnej istotnej głębi”

Pomijając już fakt, że Aleksander Messe jest jedną z wielu propozycji części stałych Mszy świętej, autor, niestety, przeoczył fakt, że ten kolejny poważny zarzut do Śpiewnika pada akurat pod adresem tekstu, który jest przewidziany do czytania na głos i w którym są przewidziane odpowiedzi wiernych. Czyżby wierni powinni się „domyślić” co kapłan powiedział? A może i odpowiedzi wiernych też nie muszą być słyszane przez kapłana? Kto wie, na jakie prostactwo formy naraziło by to liturgię. No i szkoda jeszcze, że autor nie podaje jakiej to istotnej głębi liturgia zostałaby pozbawiona przez wypowiedzenie przewidzianej w Mszale Rzymskim modlitwy.

Podsumowując: z całym szacunkiem, ale wielkość użytych słów i zarzutów nie zastąpi ani rzetelnej argumentacji, ani wiedzy, ani logiki, ani… zwykłej umiejętności czytania tekstów.

„Trudno w końcu nie zauważyć, że Niepojęta Trójco dostosowuje obowiązującą formę liturgii do tego czego oczekują ludzie, nie zawsze zważając na to, że ich oczekiwania nie muszą być słuszne. W tym i w innych miejscach (jakich innych?) wyraźnie zaznacza się tendencja do teatralizacji liturgii, pojawiają się elementy służące tworzeniu klimatu – na przykład mormorando.”

Po takich słowach można by się spodziewać, że autorzy śpiewnika wprowadzają do liturgii przynajmniej kilka tańców towarzyskich i przynajmniej dwa przedstawienia, albo chociaż elementy starożytnych misteriów czy medytacji buddyjskiej. Tymczasem praktyka liturgiczna tych zarzutów nie potwierdza. Bo co to znaczy: dostosowuje formę? Zmienia formuły przeistoczenia? Miesza porządek liturgii? Przecież „zmianą formy” raczej nie może być dbałość o to by muzyka liturgiczna miała głębię i piękno. No chyba, że uświęconą tradycją nazwiemy obecną w wielu kościołach niedbałość i (często) muzyczną tandetę.

No cóż, jeśli to jest zarzut, to faktycznie Śpiewnik odpowiada na to czego oczekują ludzie. Ale czy to znaczy, że czyni źle? Czy to znaczy, że oczekiwania wiernych co do tego by liturgia była piękna są niesłuszne, a staranie się o ukazanie tego piękna to tylko robienie „klimatu”? Jeśli ktoś jest zaproszony na przyjęcie spodziewa się uczty. Oczywiście można wystawić gościom suchy chleb i szklankę wody: to też jest przecież poczęstunek: zwyczajowi stało się zadość. Mało kto jednak zaprzeczy, że zabrakło czegoś istotnego.

Kwestia tradycji

„Analizując treść śpiewnika, trudno oprzeć się wrażeniu, że umieszczenie w nim zarówno kontrowersyjnej formy Kanonu Rzymskiego jak i Exsultetu jest próbą zalegalizowania dotychczasowej błędnej praktyki liturgicznej niektórych wspólnot. Ze względu na ograniczony krąg stosowania i jego krótki okres czasu, nie wolno w żadnym wypadku nazwać jej tradycją”.

Czyżby autor dowiedział się, że ktoś to postulował? Śpiewnik wydany przed Dominikański Ośrodek Liturgiczny jest tylko propozycją wśród innych propozycji, podobnie jak każdy inny śpiewnik zawierający śpiewy przeznaczone do wykonywania w trakcie liturgii.

Inna sprawa dotyczy samego pojęcia „tradycji”. Czy można nazwać tradycją coś tylko dlatego, że trwa długo, powiedzmy kilkadziesiąt lat? Dodajmy: trwa długo w Polsce? W ten sposób tradycją można by nazwać oddzielanie trzech liturgii Wigilii Paschalnej (światła, słowa i chrzcielnej) od liturgii eucharystycznej, która przecież zamyka świętowanie Trzech Dni, czy zaczynanie jej przed zmrokiem, kiedy jest jeszcze jasno i światło Paschału bynajmniej nie rozświetla ciemności. Dodajmy, że dzieje się to, wbrew wyraźnym instrukcjom zawartym wWprowadzeniu[24]. Po co w ogóle uczestniczyć w Wigilii Paschalnej, skoro wszyscy wiedzą, że do „tradycji” należy poranna rezurekcja kiedy uroczyście się Chrystusa z grobu (ponownie) wyciągnie.

I czy nie jest tak, że dla większości wiernych święta Wielkiej Nocy zaczynają się właśnie w niedzielę Wielkanocną gdy, z punktu liturgicznego, jest już „po” najważniejszych wydarzeniach? Bo nikt nigdy nie spróbował wyjaśnić im i pokazać, że jest inaczej? Że najważniejsze staje się nie uczestnictwo w Liturgii Triduum, ale święcenie pokarmów, co powoduje, że dzień, który paradoksalnie powinien być dniem największej ciszy i skupienia, dzień, w którym Pan nasz spoczywa w grobie, staje się dniem największego ruchu i hałasu w Kościele. A mimo to tych „zwyczajów” się nie rusza, za to tym nielicznym, którzy próbują niejako „odbudować” rangę Triduum Paschalnego, z wielką pieczołowitością przygotowują śpiewy i dbając o czytelność znaków i obrzędów, zarzuca się „niegodziwość”, „próbę zalegalizowania błędnej praktyki” i tym podobne?

Być może to jest miejsce gdzie ktoś z prawnym zacięciem mógłby znaleźć pole do popisu, i, zamiast „przecedzać komara”, zająć się „wielbłądem”.

Aby być w zgodzie z prawdą, muszę stwierdzić, że w pewien sposób dominikanie ustanowili pewną tradycję liturgiczną: na pewno jeśli chodzi o tradycję przeżywania Triduum Paschalnego. Nie nazwałabym jednak tego „nową” tradycją. Jest to bowiem najstarsza tradycja chrześcijańska, ta, która pierwszym chrześcijanom kazała w tych dniach (zamiast sprzątać i chodzić na targ) podążać do kościołów i obchodzić uroczyście Wielkie Wydarzenia związane ze śmiercią i zmartwychwstaniem Pana. Należałby sobie wręcz życzyć aby ta tradycja umocniła się (na powrót) w Polsce.

Podsumowanie

„Muzycy przejęci duchem chrześcijańskim niech wiedzą, że są powołani do pielęgnowania muzyki kościelnej i wzbogacania jej skarbca. Niech tworzą melodie, które posiadałyby cechy prawdziwej muzyki kościelnej i nadawały się nie tylko dla większych zespołów śpiewaczych, lecz także dla mniejszych chórów i przyczyniałby się od czynnego uczestnictwa całego zgromadzenia wiernych.

Przeznaczone do śpiewów kościelnych teksty powinny się zgadzać z nauką katolicką. Należy je czerpać przede wszystkim z Pisma świętego i źródeł liturgicznych”[25].

Wszystkie te postulaty Śpiewnik „Niepojęta Trójco” spełnia z nawiązką. Każdy uwrażliwiony na muzykę liturgiczną, ktokolwiek porównał propozycje z tego Śpiewnika z propozycjami innych śpiewników będzie to wiedział.

Autor jednak zdaje się tego nie zauważać stwierdzając, po (dość tendencyjnej) analizie kilku utworów, że Śpiewnik, (który tych utworów zawiera około trzystu) „w większości” nie nadaje się do wykorzystania w kościele. No cóż: albo powinien napisać dodatek wyszczególniając które to (i dlaczego), albo lepiej zastanowić się nad tym co pisze. Nie wystarczy używać wielkich słów. Trzeba jeszcze udowodnić, że są słuszne. Inaczej jest to zwyczajne, niewiele mające z moralnością chrześcijańską, oszczerstwo.

I jeszcze sprawa: imprimatur

Kończąc tę odpowiedź, chciałam się jeszcze odnieść do uwagi autora dotyczącej sprawy tego jak coś tak w rażący sposób stojące w sprzeczności z przepisami liturgicznymi w ogóle mogło uzyskać imprimatur. Owa uwaga świadczy o tym, że tam gdzie chodzi o dobro przepisów liturgicznych, autor „nie ma względu na osoby” i „władza kościelna” odpowiada przed nim tak samo jak „autorzy śpiewnika”.

No cóż, być może „władza kościelna” miała na myśli dobro wiernych i dobro liturgii, a nie dobro przepisów. A być może po prostu dostrzegła to, czego autor nie potrafi dostrzec: propozycje zawarte w „Śpiewniku” nie tylko łamią przepisów liturgicznych ale je wypełniają, nadając Świętej Liturgii treść i życie, pozwalając wiernym odkryć ją na nowo.

Autor Zobacz także blog autorki tekstu:<br
Agnieszka Myszewska-Dekert

Przypuszczalnie ta odpowiedź nie zadowoli autora, dlatego radzę, aby sam zgłosił się do któregoś z urzędujących w tym czasie krakowskich biskupów i poprosił o wyjaśnienie, którego tak głośno i nieustępliwe się domaga: „jak to się stało, że owa władza kościelna wydala pozwolenie na druk treści, dotyczących najważniejszych elementów liturgii, w odniesieniu do których nie posiada w ogóle kompetencji do wydawania takiej zgody?” oraz aby uzyskać odpowiedź na pytanie: „kto bardziej zawinił – autorzy śpiewnika, czy władza wydająca zgodę na publiczne wydanie tej pozycji”. Być może nadal nie dostrzegają błędu, jaki popełnili, dając zgodę kurii krakowskiej na druk śpiewnika „Niepojęta Trójco” i będą wdzięczni autorowi za uświadomienie im tego. Należy to zrobić jak najszybciej, tym bardziej, że niedługo pojawić ma się w sprzedaży druga, nowa cześć śpiewnika „Niepojęta Trójco”, która zapewne także uzyska imprimatur.

Agnieszka Myszewska-Dekert

Agnieszka Myszewska-Dekert jest katechetką, autorką książki „Modlitwa – nieustanna wymiana miłości” (Kraków, 2000) oraz wielu artykułów w miesięczniku „eSPe”.

 


[1] Ł. Wolański, „Śpiewnik liturgiczny Niepojęta Trójco – krótka analiza krytyczna” [w:] Anamnesis, nr 54, Katowice 2008. Pełny tekst artykułu można pobrać na stronach czasopisma, pod adresem: http://www.kkbids.episkopat.pl/anamnesis/54/Anamnesis54-5b%20Wolanski.pdf

[2] Prawie wszystkie krytykowane utwory można znaleźć na płytach wydanych przez Dominikański Ośrodek Liturgiczny albo przez miesięcznik LIST.

[3] Oczywiście, większość zarzutów autor kieruje pod adresem „autorów śpiewnika”. Ale wiadomo, że sami autorzy ani sam śpiewnik nie może stworzyć „odrębnej” tradycji liturgicznej bez jakiejś istniejącej wspólnoty. Dlatego większość zarzutów pada przypuszczalnie pod adresem liturgii wykonywanej w kościołach oo. Dominikanów, w którym to środowisku śpiewnik powstał. Dlatego będę się do niej odwoływać, tym bardziej, że nie da się tak naprawdę ocenić (choć autor próbuje) wartości tych utworów na sucho, bez usłyszenia ich „liturgicznego” wykonania.

[4][ ]Autor chyba nie bardzo rozumie sens przepisów liturgicznych. Całe Wprowadzenie jest nakierowane na to aby wierni mogli zrozumieć sens liturgii i jak najpełniej w niej uczestniczyć. Można by wręcz powiedzieć, że Wprowadzanie broni prawa człowieka do zrozumienia i przeżywania liturgii. Człowiek nie ma być obserwatorem, „posłusznym stadem”, ale ma być uczestnikiem. Ma coraz głębiej rozumieć to, w czym uczestniczy. Ma odpowiadać. I paradoksalnie, to na prezbiterach spoczywa ciężar tej troski. Ich prowadzenie ma być służbą. Wiernym a nie przepisom. Przepisy mają chronić dobro wiernych tak samo jak chronią istotę liturgii. Prawa powstały dla dobra człowieka, a nie człowiek dla praw. Dlatego to prawa, a nie człowiek, podlegają interpretacji.

[5] Pisząc liturgia „dominikańska” mam na myśli sposób sprawowania tej liturgii charakteryzujący się pieczołowitością odprawiania Świętych Obrzędów, dużą dbałością o szczegóły i oprawę muzyczną, oraz tym co można nazwać „łączeniem mistycyzmu z normalnością”. Określenie to nie znaczy natomiast, wbrew temu co niektórzy sądzą, że liturgia ta, rożni się formalnie od liturgii sprawowanych w parafiach. Nie należy jej mylić z „liturgią dominikańską” pojęciem, oznaczającym ryt, który (na mocy pozwolenia Stolicy Świętej) przed soborem Watykańskim II był odprawiany w klasztorach dominikańskich zamiast rytu Trydenckiego (z czego wynika, że pewną dominikańską „odmienność” liturgiczną jak najbardziej można by nazwać „tradycją”).

[6] Wielu ludzi, którzy po skończeniu studiów powróciło na łono parafii, chodzi do kościoła nadal tylko dlatego, że nauczyło się iż tam jest Chrystus. Nawet jeśli Eucharystia wygląda jak zorganizowana obraza boska. Nawet jeśli panuje totalny chaos liturgiczny (np. w czasie Mszy Świętej zalicza się nieszpory, różaniec i adorację), a ludzie, czterdzieści lat po soborze, ciągle nie zostali poinstruowani co do podstawowych gestów liturgicznych takich jak stanie czy klęczenie. Nawet jeśli celebrans odprawia ją z pospiechem osoby cierpiącej na ostrą niewydolność pęcherza. Jeśli mogą, jeśli mają taką możliwość angażują się w liturgię, walczą o nią; ale często takiej możliwości są pozbawieni.

[7] Czasem ci ostatni nie do końca wiedzą co powinni robić. W okolicy gdzie mieszkam, na cztery parafie tylko w jednej wierni wiedzą jakie postawy przewidziane są dla poszczególnych etapów Mszy św. W pozostałych trzech, mimo, że od soboru minęło ponad czterdzieści lat, nadal nie zostali poinformowani co do tego kiedy się siedzi, stoi czy klęczy.

[8] „Ze względu na centralne miejsce Modlitwy Eucharystycznej we Mszy Świętej wykonywanie poniższego schematu melodycznego wymaga szczególnego przygotowania by w niczym nie zakłócić powagi celebracji liturgicznej”. Niepojęta Trójco, str.110.

[9] Sądzę, że chodziło o ten przepis bo ten podany przez autora pkt.218 dotyczył sprawy zupełnie innej.

[10] Wprowadzanie… nr170.

[11]Chyba, że źródłem tej interpretacji był Mszał Rzymski (trydencki), z 1932 w którym zamieszczono między innymi pełny tekst Bogarodzicy jako modlitwy do odmawiania przez Mszą świętą. Aby był zrozumiały dla czytających autorzy mszału tłumaczą co dawniejsze słowa na im współczesny język, między innymi słowo „amen”. Nie nazwałabym jednak tego tłumaczenia obligatoryjnym dla rozumienia „słowa amen w tradycji zachodniej”.

[12] Chyba, że w kontekście: „niech to się stanie moją modlitwą”.Por. Wprowadzenie … nr 32.

[13] Wprowadzenie… nr 54.

[14] Wprowadzanie… nr 21.

[15] Poza tym, jak wspomnieliśmy, wszystkie utwory Śpiewnika są wyrazem poszukiwań głębszego rozumienia i przeżywania liturgii. Gdyby jednak kompetentna (nie domorosła) władza kościelna stwierdziła, że Kanon rzeczywiście w sposób rażący i szkodliwy dla liturgii i wiernych narusza rzeczywiste (a nie domniemane przez autora) przepisy, zostałby po prostu zmodyfikowany zgodnie ze wskazaniami.

[16] Ps 19,2-5

[17] Zgodnie ze starożytną metodą interpretacji (używał jej np Chrystus w swoich dialogach z żydami), że Słowo Pisma najlepiej tłumaczy się przez Słowo Pisma.

[18] Domyślam się, że ten termin jest obcy autorowi. Liturgia jest obowiązkiem. Jest to sprawa poważna. Należy w niej uczestniczyć pod groźbą grzechu ciężkiego (co zabawne, liturgia Triduum, najważniejsza liturgia roku nie ma tej sankcji, może dobrze). Ale rozkoszować się nią? Czerpać przyjemność z uczestnictwa? To brzmi już podejrzanie. Na pewno chodzi tylko i wyłącznie „o klimat”. Tylko poważna, (i „sztywna”) liturgia jest prawowierna. Można zignorować przecież dwutysięczne doświadczenie czerpania radości ze zmartwychwstania Chrystusa, a także to, że przepisy nie zabraniają czerpać satysfakcji z uczestnictwa w liturgii, a raczej wyrażają troskę by wiernych prowadzić do coraz bardziej pełnego i świadomego uczestnictwa.

[19][ ]Termin zresztą nieprawidłowo użyty. W pierwszym czytaniu nikt nie robi przedstawień, jest ona słuchową ilustracją do tego co już odbyło się (zgodnie z przepisami) wcześniej: zapalenia i wniesienia Paschału do ciemnego kościoła i rozpalenia od niego świec trzymanych przez wiernych: światło zajaśniało w ciemności.

[20] Nawiązuje, pośrednio, do hebrajskiego zwyczaju pytania przez najmłodsze dziecko ojca podczas Paschy „czym ta noc różni się od wszystkich innych nocy?”.

[21] Uważam że jest to nieuprawniona i sprzeczna z przepisami próba nadania własnego, a nie liturgicznego znaczenia ambonie.

[22]Wprowadzenie… nr 36.

[23] Chodzi o modlitwę nad darami: „błogosławiony jesteś Boże, bo z Twojej hojności otrzymaliśmy chleb…” itd. na które wierni odpowiadają „błogosławiony jesteś Boże teraz i na wieki”.

[24] „Wigilię Paschalną obchodzoną w świętą noc Zmartwychwstania Pańskiego uważa się za matkę wszystkich świętych wigilii. Kościół czuwając oczekuje zmartwychwstania Chrystusa i obchodzi je w sakramentach. Dlatego cały obchód tej świętej Wigilii powinien się odbyć w nocy, to znaczy rozpocząć się po zapadnięciu nocy, albo skończyć przed świtemdnia niedzielnego.” Wprowadzenie…, część: Ogólne normy roku liturgicznego i kalendarza,21.

[25] Konstytucja o liturgii świętej, nr 121.

Zobacz także

Agnieszka Myszewska-Dekert

Agnieszka Myszewska-Dekert na Liturgia.pl

Matka pięciorga dzieci. Z wykształcenia pedagog rodziny i katecheta. Pisze artykuły, tworzy opowieści a także chrześcijańskie midrasze. Zafascynowana Pismem Świętym jako żywym Słowem i Przestrzenią w której "żyjemy, poruszamy się i jesteśmy", stara się Je coraz bardziej poznawać i zgłębiać. Publikowała w kwartalniku eSPe i miesięczniku List. Autorka książek: "Modlitwa - nieustanna wymiana miłości" (Kraków, 2001) oraz "Cynamon i Marianna. Baśń inicjacyjna" (Kraków 2015).