Studnia

Prawdę mówiąc, zajmowałem się studnią. Już od jakiegoś czasu jej woda zaczęła wypełniać moje myśli. Aż w końcu zabrała mi też cały dzień.

Wszystko przez to, że polecono ją zdezynfekować. A ponieważ jedynym świadectwem jej podejrzanego składu był wydruk z nazwami bakterii i wskaźnikami, musiałem rzecz przyjąć na wiarę.

Po szczerze niechcianym procederze odkażania należało wydobyć całą zawartość studni, wylać gdziekolwiek i czekać, aż napłynie nowa, niezauważalnie czystsza woda.

Studnia, nie powiem, głęboka. Mam wiadro, kołowrót. Czego dawniej nie zlikwidowałem, to dziś obejmuję w panowanie. Ja − bożek studzienny. Poruszyciel starego mechanizmu.

I opróżniałem ją. Do cna. Chociaż nie do cna, bowiem cel mojej roboty w miarę wydobywania wody zapodział się, zawilgnął i zupełnie zmienił rzeczywisty sens. A gdy łańcuch zerwał się i pierwsze wiadro runęło w czeluść, straciłem zaufanie do mojej drobnej wszechmocy przy kręceniu korbą. Lecz wtedy w sukurs przyszedł mi brat.

Nowy łańcuch i wiaderko. Kręcę i kręcę, tam i z powrotem, słuchając modlitw wałka mówiącego w chrzęszczącym języku łańcucha. Woda chlusta obficie z wiadra do wiadra. I już brat odnosi i zamaszyście wylewa wodę do rowu.

I tak, wrażając w gardziel ziemi wiadro, z pluskiem i skrzypem wydobywając płyn konsystencji płynu, samą wodnistość, na naszych oczach obfitość świata wzięła początek od dwóch braci przy studni.

Ile tam jeszcze tej wody? Damy radę? Które to wiadro?

Jakże to, że woda? Cóż to za moja ręka? Skądże mi to wiadro?

I dalej − chlust, mantra dźwięków. Rozmawiamy, podśpiewujemy. Tu nawijam, tam coś rozważam. Gdzie to dno? A co na dnie? Wiadro dwoi się i troi, nie wiadomo już, ile tych wiader. Sprawdzamy: woda pachnie jakby siarką. Pospolitym piekłem. Na domiar pada deszcz i wieczór już. Wylewamy, zmoknięci, tę ognistą wodę. Na zatracenie. Ale piekła nie ma i nie ma. Pusto. Tylko woda. Tyle wody. Zamulonej i bezdennej. Pełnej naszych wyobrażeń i wprost niedocieczonej. Co za woda! Bracie! Raz, dwa − woda! Ile jeszcze, ile jeszcze?

Świecę lampką. Spuszczam ją na dół. „Hej! Jest tam kto?”

Niby jest. Widać. Lampka huśta się w głębi. Wyraźny zarys czyjejś ręki. Ale w kształcie wiadra. Może to diabeł, może wiadro. Jedno udaje drugie. Łudzi jak Skarbnik w zwężonym szybie naszej opuszczonej kopalni.

Jak tu zaryć w dnie i dna się dochrapać? Jak dokonać czegokolwiek, tkwiąc w samym środku mitu o obfitości, którą wylewamy nieustannie z nieprzebranych zasobów studni?

Czas stanął. Wody przestało ubywać. Zmęczenie i niecierpliwość wyczerpały się. I oto jesteśmy elementem kołowrotu, częścią natury, siłą żywiołu, który w obrocie wszechrzeczy przynosi światu wodę.

Ale nie, mokrzy i odurzeni wilgocią dyszymy nad zamglonym otworem studziennym. Ni to zadowoleni, ni zrezygnowani. Bo właściwie cóż po naszej pracy. Została nieskończona i jakby już nienależąca do nas, lecz do tych dwóch braci, którzy od początku nam towarzyszą. Których chcąc nie chcąc naśladujemy. Gest po geście. Kubek w kubek podobni do nich.

I tak się stało, że bracia przed nocą przerwali swoje syzyfowe zajęcie. A odkąd przestali czerpać wodę, na świecie pojawiły się susze. Lata nieurodzajne zaczęły nawiedzać ziemie, a wiele z nich wyjałowiało zupełnie i wyschły, i powstały pustynie.

Później jeszcze bracia zaglądnęli do studni, gdy falujące lustro cienistej wody stało się nieporuszone. Wiadro wisiało nad głębią świata, skąd biło ich źródło. Przyglądali mu się długo, jednak do swojej pracy więcej już nie wrócili.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.