Styl liturgiczny – 3. seminarium

W wielkim stylu powracamy do rozważań nad koncepcją Ducha liturgii Guardiniego, która staje się coraz bardziej uchwytna. Ale nie osłabiajmy czujności – niemiecki teolog ma jeszcze sporo do powiedzenia. Pytajmy więc dalej, tym razem o styl liturgiczny.

O stylu można najpierw mówić w sensie ogólnym. Rozumiemy wówczas przez to pojęcie specyficzny rys, który nosi na sobie każda autentyczna, wartościowa forma jako taka, czy to będzie dzieło sztuki, osobowość, życie wspólne czy coś innego; znak faktu, że określona treść życia znalazła swój pełny i wyczerpujący wyraz. Jednakże to samowyrażenie musi dokonywać się w ten sposób, że pojedyncza istota właśnie przez to osiąga ogólne, wychodzące poza swój odrębny zakres znaczenie (…). Tym pełniejsze znaczenie ma rzecz szczegółowa, im ona jest bardziej pierwotna i samoistna i im szerzej zarazem może objawić ogólną istotę swego gatunku[1].

Jeśli więc jakaś osobowość, dzieło sztuki, forma życia społecznego, w sposobie swego bycia i działania przekonywująco wyraża czym ona jest sama w sobie, ale w tej swojej odrębności nie stanowi jednak samowolnego kaprysu bytu, lecz pozostaje w łączności z życiem ogólnym, wtedy i o tyle ma ona styl.

W tym sensie liturgia ma go z pewnością i nie potrzeba tego udowadniać.

Styl. Dlaczego właściwie Guardini porusza tę kwestię? Być może jest to przejście w stronę estetyki – warto zauważyć, że kategoria Piękna grała dotychczas w rozważaniach raczej drugorzędną rolę. Teolog na pierwszym miejscu stawia bez wątpienia Prawdę (rozumianą przede wszystkim jako ogólność), do której odnosi Dobro (co wyrazi w rozważaniach nad ethosem) i Piękno. Dobrze pokazuje to jego definicja stylu, która raczej odbiega od tego, jak pojmujemy go potocznie – a więc jako coś wyróżniającego, szczególnego i nietypowego. Za Słownikiem terminów literackich: styl „to takie celowe ukształtowanie wypowiedzi, które charakteryzuje się bądź indywidualną wyrazistością i odrębnością na tle wypowiedzi zbudowanych w sposób standardowy (…), bądź też przeciwnie – odpowiedniością względem norm stylistycznych realizowanych przez jakąś grupę wypowiedzi”[2]. Guardini próbuje w jednej definicji zmieścić oba te wymiary – ogólny i szczegółowy. Jednak prowadzi to do dosyć osobliwych konsekwencji: w takim razie najbardziej nacechowana stylem byłaby celebracja realizująca jeden określony ideał (który wyraża obiektywne prawo). Nie można by również odnosić do siebie pod względem stylu np. dwóch celebracji sprawowanych wg tego samego prawa.

Pytania pierwsze: czy taka definicja stylu jest trafna? Czy Msza św. sprawowana np. na Śląsku nie ma własnego stylu w stosunku do tej, którą celebruje się u krakowskich Dominikanów, a stylowość obu polega na zbliżeniu do ideału „liturgii rzymskiej”?

Dodam jeszcze, że ostatnie zdanie tego fragmentu podczas seminarium raczej minęło się z oczekiwaniami czytelniczymi 🙂

Tylko to, co jest. żywe, posiada styl; sama tylko myśl, czysty obraz wydedukowany, nie ma żadnego stylu.

Liturgia posiada (przynajmniej w większości swego zakresu) styl w ścisłym znaczeniu. Nie jest ona bezpośrednim wyrazem szczególnego nastroju duchowego, ani w swych myślach i słowach, ani w swych ruchach, czynnościach i sprzętach. Wystarczy porównać, np. oracje mszy niedzielnych z modlitwami Anzelma z Canterbury albo Newmana; gesty kapłana przy ołtarzu z mimowolnymi poruszeniami modlącego się, gdy sądzi on, że jest nie obserwowany; wystarczy porównać przepisy Kościoła o wyposażeniu ołtarza, o szatach i sprzętach liturgicznych ze sposobem, w jaki lud zdobi swoje kościoły, albo ubiera się z okazji uroczystości religijnych; wskazania chorału gregoriańskiego z religijną pieśnią ludową. Zawsze w zakresie liturgii duchowa forma wyrażania się, czy to będzie w słowie czy w geście, kolorze czy sprzęcie, jest pozbawiona do pewnego stopnia swojej pojedynczej określoności, wzmocniona, stosowana, wyniesiona do rangi ogólnego.

Na to składało się wiele przyczyn. Najpierw długie czasy wciąż wygładzały, polerowały, dopasowywały formy liturgiczne. Następnie należy podkreślić mocno uogólniające oddziaływanie myślenia teologicznego. Wreszcie był także wpływ ducha grecko-łacińskiego, a zwłaszcza jego sztuki o szczególnym znaczeniu, skierowanej na sens w ścisłym sensie.

(…) Jeśli gdzie, to właśnie tutaj musiał powstać wzniosły, duchowy styl życia. Tak się też stało. Jeśli rozważa się liturgię, jako całość, a jej części główne nie w formie okrojonej, jak ona często występuje, lecz taką, jaką być powinna, wtedy w odpowiedniej chwili można by przeżyć wrażenie wprost nadzwyczajnego stylu. Można widzieć i czuć, że tu wewnętrzny świat o nieskończonej szerokości i głębi stworzył wyraz tak bogaty, o takiej pełni, takiej jasności i powszechności formy, jak chyba nigdzie poza tym.

Guardini wprost łączy tutaj kategorie odnoszące się do Prawdy i Piękna. Pisze na przykład: „jeśli rozważa się…” to „można widzieć i czuć”. To poznanie intelektualne jest drogą do doświadczenia piękna, nie zmysł. Również „duch grecko-łaciński” wiąże się z ukierunkowaniem sztuki na posiadanie sensu (czyli Prawdę, którą możemy odczytywać rozumem).

Drugim charakterystycznym punktem jest to, że niemiecki teolog radykalnie oddziela to, co przypadkowe podczas liturgii („mimowolne ruchy”) od tego, co wzorcowe. Jednak czy nie jest to złudzenie? Ciało, zewnętrzne zachowanie, ze wszystkimi zależnymi od okoliczności cechami szczególnymi, także uczestniczy przecież w liturgii. Nawet w liturgii formy nadzwyczajnej rytu rzymskiej gesty, postawy, sposób celebracji, mówienia jednego kapłana różni się od innych. Każdy ma swój własny styl, który nie pozostaje „poza liturgią”.

Pytania drugie: Czy w liturgii człowiek doświadcza piękna tylko intelektualnie? Czy nie ma ono własnej drogi np. poprzez zmysły, uczucia? Najważniejszym pytaniem jest chyba: czy piękno w liturgii, tak jak prawda, nie może bezpośrednio przemieniać człowieka?

Szczególnie dzisiejszy człowiek, który we wszystkim, co dotyczy sposobu życia, jest tak przeczulony, który wszędzie szuka uroku ziemi i we wszystkim jest nastawiony na osobisty ton, łatwo wzdryga się wobec tych prostych form. Odczuwa on łatwo słowa — jako wymyślone, gesty — jako sztywno-przepisowe. Często może się zdarzyć, że ucieka się on do modlitw i nabożeństw, które — jeśli chodzi o wartości duchowe — stoją dużo niżej od liturgii, ale wydają się mieć przed nią to jedno pierwszeństwo, że one wypłynęły z jego epoki, albo z duszy tak samo usposobionego człowieka.

Kto chce pojąć tę trudność od razu w całej jej doniosłości, musi zauważyć jak postać Pana wygląda w liturgii, a jak w ewangeliach. W ewangeliach jest wszystko życiem własnym jednostki; czytający oddycha ziemskim powietrzem, odczuwa ducha czasu; widzi Jezusa z Nazaretu idącego ulicami i wchodzącego między ludzi, słyszy Jego wyjątkowe, tak przekonywujące słowa, czuje, jak one żywo przepływają z serca do serca. Cały urok historycznej żywotności jest poszerzony o obraz Pana (…).

Jakże inaczej przemawia do nas obraz Jezusa w liturgii! To jest pełen majestatu pośrednik między Bogiem a człowiekiem, wieczny Arcykapłan, Boski Nauczyciel, Sędzia Żywych i Umarłych, Utajony w Sakramencie, który w swoim Ciele w najbardziej tajemniczy sposób jednoczy wszystkich wierzących w wielką wspólnotę życiową Kościoła, Syn Boży, Słowo, które stało się Ciałem. Takim jest On we Mszy św., takim w modlitwach liturgicznych (…). Jest On prawdziwym, pełnym człowiekiem, z duszą i ciałem, który rzeczywiście żył, ale całkowicie opromieniony przez Bóstwo, wzięty w świetle wieczności, oderwany od historii, czasu i przestrzeni. On jest Panem, który „siedzi po prawicy Ojca”, jest mistycznym Chrystusem, który nadal żyje w swoim Kościele.

To bardzo kontrowersyjny fragment. Guardini stawia w nim dużo niżej doświadczenie Chrystusa, jakie przekazuje Ewangelia, od tego, jakie pochodzi z liturgii. Z pewnością kryje się tu wiele problemów chrystologicznych – jednak warto zastanowić się, czy rzeczywiście „Chrystus liturgiczny” jest „oderwany od historii, czasu i przestrzeni”. Czy nie ma znaczenia, że jest On z nami „tu i teraz”, w tym momencie historycznym, a Jego Mistyczne Ciało jest „Kościołem w drodze”, a więc także znajdujące się w jakiejś dziejowej określoności? Dla przykładu: Msza często sprawowana jest w jakiejś intencji – często konkretnej, związanej z danym czasem i miejscem. Nie chodzi tu przecież o jakieś magiczne działanie, ale o działanie Chrystusa (Jego ofiary) w tej konkretnej, szczególnej sprawie.

Pytania trzecie: Czy spotkanie z Chrystusem w liturgii jest zupełnie pozbawione jakiejś dziejowej konkretności? Czy słuchając Ewangelii nie mogę doświadczać Go jako człowieka żyjącego w konkretnym czasie, miejscu itp.? Co z liturgią sprawowaną np. w Ziemi Świętej – czy to, że wydarzenia, które uobecnia działy się właśnie tam, ma charakter „dekoracji” lub tylko „pobożności ludowej”?

Pytania są niełatwe, ale istotne. Myślę, że wymagają przemyślenia szczególnie w Polsce, gdzie znaczenie dziejowości dla życia liturgicznego jest niemałe.

A już następnym razem – „Symbolika liturgiczna”!

Michał Koza


[1] Istota genialności – genialnej osobowości i wielkiego dzieła polega na tym, że ona powstaje w nieobliczalnej autentyczności, a jednak wyraża ogólne znaczenie bytu ludzkiego.

[2] M. Głowiński, T. Kostkiewiczowa, A. Okopień-Sławińska, J. Sławiński, Słownik terminów literackich, red. J. Sławiński, Wrocław-Warszawa-Kraków 2002, s. 532.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także