Św. Dominik i Przemienienie

Pobożność wielu świetych, ukazywana widowiskowo jako wzór do naśładowania, wzbudza mój naturalny opór. Jakbym podświadomie broniła się przed nałożeniem na siebie brzemienia, którego nie jestem w stanie udźwignąć i pradopodobnie niewielu jest w stanie... choćby z tego względu, że się jest zupełnie kimś innym, żyje w innych czasach i innej kulturze.

Pobożność wielu świetych, ukazywana widowiskowo jako wzór do naśładowania, wzbudza mój naturalny opór. Jakbym podświadomie broniła się przed nałożeniem na siebie brzemienia, którego nie jestem w stanie udźwignąć i pradopodobnie niewielu jest w stanie… choćby z tego względu, że się jest zupełnie kimś innym, żyje w innych czasach i innej kulturze.

Ale inaczej jest ze św. Dominikiem. Jest to człowiek, którego głęboko szanuję za to kim był i co robił. Za jego odważną decyzje rozesłania braci do miast Europy niedługo po powstaniu zakonu… Za otwartość. On był tym, który potrafił zauważyć człowieka także w odstępcy i inaczej wierzącym (dla Kościoła tamtych czasów byli to przecież prawie nie-ludzie i nie przysługiwały im żadne prawa), potrafił z nimi rozmawiać bez intencji natychmiastowego nawrócenia dyskutanta. I może dlatego tak wielu się nawracało. Odkrywali, że wiara w Chrystusa, wiara katolicka nie musi obrażać ich inteligencji, nie musi zabierać im wolności, może dawać im Przestrzeń.

Ten Dominikowy duch w jakiś sposób pozostał w jego zakonie. Duch otwartości i rozumienia. Tak ja pamietam moją wieloletnią przygodę z duszpasterstwem – najpierw Szkół Średnich – "Przystanią", a potem Akademickim – "Beczką". Nikt tam od nas nie wymagał egzaminu "z pobożności", nikt nie rozliczał z praktyk religijnych, nikt na nie nie naciskał; nikt nie sprawdzał stanu wiary, ani tym bardziej stanu moralności. Można było być praktycznie niewierzącym i wielu takich do duszpasterstwa trafiało.

I nawracało się. I było to zazwyczaj nawrócenie pełne, konsekwetne i świadome.

Ten fenomen zastanawiał mnie już wtedy, ale wóczas nie potrafiłam jeszcze znaleść jego źródła. A potem zobaczyłam, ze odpowiedź jest zupełnie prosta. To Chrystus. To Jego moc, Jego życie nas przemieniały. Nikt nam Go nie zasłaniał, przeciwnie starano się Go pokazać, takim jakim jest naprawdę. Te kazania, które opowiadały o tym jaki jest Chrustus a nie o tym jacy my powinniśmy być, ani co powiniśmy robić; ten litrugiczny taniec piękny, dopracowany, pełen czci i godności. On tam był. Mogę powiedzieć, że widzieliśmy Go, a Jego wdziękowi nikt nie mógł się oprzeć. On dawał nam wolność, dawał radość, dawał rozumienie, rozszerzał nasze myśli, nasze spojrzenie. I uczył szacunku i miłości i tej zwyczajnej zupełnie odpowiedzialności za to co robię i kim jestem.

Nie, nikt nam nie mówił co mamy robić, ale ukazywał nam Chrystusa. A im bliżej Niego byliśmy, tym lepiej wiedzieliśmy co mamy robić i tym bliżej Niego być chcieliśmy przez codzienną Eucharystię, adorację, modlitwę, uczestnictwo w Świętym Triduum Paschalnym. Nikt nam nie nakazywał, wypływało to z potrzeby naszego serca i potrzeby rozumu: być coraz bliżej i bliżej…

I z tego powodu szanuję Dominika – to on pierwszy pokazał swoim braciom, on ich nauczył, że ludzie potrzebują wpierw Chrystusa – Wody Żywej. Ale aby umieli o Nim mówić sami muszą z tego Żródłą czerpać przez wspólną modlitwę przez piekny taniec liturgii i wreszcie przez dogłębne studia, bo Chrystus jest nie tylko Miłością, jest też Logosem a nie tylko serce człowieka szuka swego spoczynku ale także i rozum szuka swego zrozumienia…

Choć jego wspomnienie obchodzimy 8 sierpnia to naprawdę Dominik zmarł 6 sierpnia 1221 roku w świeto Przemienienia Pańskiego. I sądzę, że ta data śmierci w jakiś sposób ukazuje pragnienie Dominika aby jego życie, jego modlitwa (dominikanie kładli nacisk nie na naśladownictwo swoich świętych a raczej na ich wstawiennictwo) i jego dzieło ukazywały nam Chrystusa, naszego Pana, takim jakim zawsze był a jakim się wóczas ukazał – Przemienionego, godnego miłości i czci. Godnego tego by powierzyć Mu całego siebie, by chcieć zostać z Nim już do końca i na zawsze.

Św. Dominiku, wstawiaj się za nami!


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Agnieszka Myszewska-Dekert

Agnieszka Myszewska-Dekert na Liturgia.pl

Matka pięciorga dzieci. Z wykształcenia pedagog rodziny i katecheta. Pisze artykuły, tworzy opowieści a także chrześcijańskie midrasze. Zafascynowana Pismem Świętym jako żywym Słowem i Przestrzenią w której "żyjemy, poruszamy się i jesteśmy", stara się Je coraz bardziej poznawać i zgłębiać. Publikowała w kwartalniku eSPe i miesięczniku List. Autorka książek: "Modlitwa - nieustanna wymiana miłości" (Kraków, 2001) oraz "Cynamon i Marianna. Baśń inicjacyjna" (Kraków 2015).