Świętość to miłość

Rozmowa z ks. prof. Grzegorzem Rysiem, historykiem Kościoła z Papieskiej Akademii Teologicznej

– Czy dla Boga ważniejszy jest grzesznik niż święty?

– Oczywiście, bo o tym przecież mówi jasno cała Ewangelia. "Więcej jest w niebie radości z jednego grzesznika, który się nawraca niż z 99 sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia".

– Świętymi w Kościele katolickim są też ludzie, którzy popełnili sporo złych czynów.

– Bo "święty" nie oznacza "bezgrzeszny". Oznacza natomiast: "nawracający się". Miarą świętości jest zdolność do nawracania się.

– W średniowiecznych tekstach o świętych niemal zawsze przemiana wewnętrzna następowała gwałtownie. Ten schemat jest pożyteczny nie tylko dla ludzi średniowiecza, ale i dla współczesnych, bo pozwala uwierzyć, że nawrócenie jest możliwe niemal z dnia na dzień.

– Nie wszyscy święci doświadczyli gwałtownego nawrócenia, bo nie wszyscy mieli burzliwe życiorysy. Są tacy, którzy korzystali z opieki Boga przez całe życie. Jan Paweł II mówił, że kiedy patrzy wstecz, nie znajduje momentów szczególnego kuszenia, heroizmu. Tak postrzegał swoje życie. My je pamiętamy inaczej. Podobnie mówił Jan XXIII. Podkreślę jednak, że warunkiem koniecznym do świętości jest pokora. Pycha, chełpienie się wykluczają z aspirowania do statusu świętego.

– Bóg jest święty, Jezus jest święty, Maryja, Jego matka – też. I ludzie również są święci. Czy każdy z nas może być świętym?

– Matka Teresa z Kalkuty przekonywała, że sprawa nie podlega dyskusji. Każdy ma być świętym.

– Łatwo powiedzieć.

– Nie jest to przecież teoria. Wiele cnót, dobrych postaw, możemy w sobie wypracować. Istotniejsze jest jednak to, że w optyce wiary także i te nasze zabiegi są rezultatem działania łaski Boskiej w nas, spotkania człowieka z Bogiem.

– Jak rozumieć świętość?

– Świętość to miłość. Człowiek święty ma udział w tym, co boskie, a naturą Pana Boga jest właśnie miłość. Kościół też jest święty tym, co ma z Boga. W tym, co ma z nas, ludzi, pozostaje grzeszny.

– Dawniej, w początkach chrześcijaństwa, gdy Kościół był prześladowany, potem w okresie średniowiecza, kiedy kult świętych przybrał wielkie rozmiary, a następnie w czasach wielkich przeobrażeń w chrześcijaństwie, czyli w okresie reformacji i kontrreformacji, łatwiej chyba było zapracować na status świętego?

– Istota świętości była i jest taka sama w każdym czasie.

– Co nią jest?

– Właśnie miłość. Człowiek rodzi się z doświadczeniem miłości, bo nikt nie uczy go przecież kochać, np. rodziców czy własnego dziecka. Ale też miłość oznacza kochanie nieprzyjaciół, czego uczy Jezus. Jak wiadomo, o taką postawę szalenie trudno. Ale jest możliwa. I taka miłość rodzi się ze spotkania Boga, zaufania Mu.

– Święty musi kochać również nieprzyjaciół?

– Do tego wezwany jest każdy z nas.

– Ksiądz mówi, że miłość to warunek konieczny świętości. Tymczasem sporo ludzi może sądzić, że o świętości decyduje możliwość dokonywania cudów. Na przykład, aby Jana Pawła II wynieść na ołtarze, potrzebne jest stwierdzenie, że za jego sprawą Bóg dokonał cudu. Może byłoby lepiej, gdyby Kościół zrezygnował z procesu kanonizacyjnego, bo przecież dla zdecydowanej większości katolików papież z Polski jest w istocie rzeczy świętym bez oficjalnych stwierdzeń.

– Nie sądzę, żeby Kościół zrezygnował z procedury kanonizacyjnej, w tym z wymogu cudu. Ale, oczywiście, święty lub ktoś, kto oczekuje na kanonizację, nie powinien być dla nas wzorem w tym, że czyni cuda. Przede wszystkim dlatego, że nie możemy takiej osoby naśladować. Dla mnie jednym z dowodów na świętość Jana Pawła II jest sprawa na pierwszy rzut oka mało znacząca. Mam na myśli liczbę osób, z którą kardynał Karol Wojtyła prowadził korespondencję prywatną, gdy był jeszcze biskupem krakowskim. W ciągu 15 lat (1963-1978) odpisał na listy ponad 5 tysiącom osób. Wyliczyłem, że przeciętnie, w ciągu jednego dnia musiał przeczytać, a potem odpisać na 7 listów. To dowód, że przyszły papież Wojtyła traktował każdego człowieka, jak Pan Bóg przykazał. Proszę zastanowić się, jakiego poświęcenia wymagało od metropolity krakowskiego, który miał mnóstwo innych zadań na głowie, odpisywanie na każdy list.

– Ale dlaczego Kościół nie zrezygnuje ze skomplikowanej procedury kanonizacyjnej?

– Ponieważ kanonizacja jest aktem wiary będącej odpowiedzią na Objawienie. Potrzebujemy więc jakiegoś znaku od Boga. Jest bowiem różnica pomiędzy np. postawieniem komuś pomnika, ponieważ dokonał czegoś dobrego, pożytecznego, nawet wielkiego, a ogłoszeniem go świętym. Do wystawienia pomnika nie potrzeba wiary, do wyniesienia na ołtarze jest ona niezbędna. Inaczej mówiąc, Kościół potrzebuje przeprowadzenia wszystkich procedur i otwarcia się na znak, który przychodzi "z góry".

– Nowy Testament mówi, że świętym jest każdy ochrzczony. To ilu mamy świętych?

– Świętych w niebie jest na pewno o wiele więcej niż tych, którzy zostali kanonizowani.

– Od którego momentu ktoś zostaje świętym?

– Bóg wchodzi w naszą ludzką rzeczywistość, choć istnieje poza czasem i miejscem. Mówienie o tym, że ktoś zostaje świętym w momencie kanonizacji, jest próbą przenoszenia w rzeczywistość Boską naszych kategorii myślenia. Kanonizacja to moment, w którym Kościół ostatecznie odkrył – jak mniemamy w Duchu Świętym – że osoba wyniesiona na ołtarze jest nam dana przez Boga jako wyjątkowy znak potrzebny m.in. do tego, byśmy lepiej rozumieli siebie, drugiego człowieka, świat i nasze powinności.

– Czy prywatnie można uznać kogoś za świętego, bo np. jest się pewnym, że taka osoba godnie żyła i zasługuje na miano świętej? Wiadomo jednak, że nie zostanie wyniesiona na ołtarze, bo np. była tylko prostym człowiekiem?

– Można, byle nie wymagało się od innych osób akceptacji tego przekonania. Sam mam groby na cmentarzach krakowskich, do których chodzę i przy nich modlę się o wstawiennictwo takich osób u Boga, a nie za spokój ich duszy.

– Człowiek, który nie był kuszony, a przede wszystkim doświadczany, ma trudniejszą drogę, aby zostać świętym?

– Nikt nie ma ani prostszej, ani trudniejszej drogi. Każdy ma własną.

– Jakie są początki kultu świętych?

– Pierwszymi świętymi byli męczennicy.

– W świecie starożytnym śmierć w wielkich mękach była niemal codziennością.

– Może to lekka przesada, ale tak czy owak trzeba rozróżniać pomiędzy śmiercią w męczarniach a męczeńską w rozumieniu chrześcijańskim. Męczenników zwano też świadkami. Dokładniej zaś mówiąc – każdy męczennik jest kwintesencją świadka, świadka Chrystusa. Ci zadręczeni, których czcimy jako świętych, swoim życiem odwzorowywali życie Mistrza. Oni rozumieli, w ślad za Jezusem, że są wartości większe niż ludzkie życie.

– Co wiemy o pierwszych męczennikach chrześcijańskich?

– Teksty, które o nich mówią, są proste, rzec można, że przypominają stenogramy sądowe. Teologia śmierci męczeńskiej dochodzi później. Pierwszym mistykiem męczeństwa jest św. Ignacy z Antiochii, biskup, który zginął w Colosseum na początku II wieku, za czasów rządów cesarza Trajana. W liście pisanym do chrześcijan w Rzymie Ignacy antiocheński pisze o sobie jako o pszenicy, która musi zostać zmielona zębami dzikich zwierząt.

– Dlaczego?

– Męka nasuwa skojarzenia eucharystyczne. Mniej więcej trzy stulecia później Augustyn z Hippony, też święty, wielki Ojciec Kościoła, tłumaczył, że podczas Eucharystii człowiek otrzymuje od Chrystusa Jego ciało i krew, które spożywa. Męczennik jest – zdaniem Augustyna – wzorem odpowiedzi, bo oddaje Bogu swoje ciało i krew. Dostał wszystko od Jezusa i tyle samo oddaje Mu od siebie.

– Czy w pierwszym okresie życia Kościoła, aby zostać świętym, trzeba było zginąć śmiercią męczeńską?

– Z taką sytuacją mieliśmy z reguły do czynienia, dopóki chrześcijanie byli prześladowani. A więc do początku czwartego wieku. Później męczenników zastąpili święci wyznawcy, którymi najpierw byli przede wszystkim mnisi.

– Nie wszyscy wyznawcy Jezusa, których zamordowano, zostali uznani za świętych.

– Bo istotą świętości nie jest to, w jaki sposób ktoś zginął, ale jak przyjął śmierć.

– Gdy czytamy teksty o męczeńskiej śmierci chrześcijan skóra nam cierpnie, tak straszne są te opisy.

– By zostać męczennikiem, trzeba umieć śmierć przyjąć.

– Czyli?

– Umieć wybaczyć tym, którzy śmierć zadają.

– Pokochać ich?

– Tak. Tego wymaga męczeństwo, które wiedzie ku świętości.

– Historycy twierdzą, że dla ludzi żyjących w średniowieczu święci byli postaciami konkretnymi, niemal z krwi i kości, często ważniejszymi niż Chrystus.

– Naturalnie, że Bóg jako?Duch, a więc pewna abstrakcja, był dla ówczesnych ludzi bytem trudno uchwytnym. Ale czy dzisiaj sytuacja uległa aż tak bardzo zasadniczej zmianie? Faktem jest, że w wiekach średnich Pan Bóg – mówiąc obrazowo – pozostawał "na szczycie góry" otoczonej liczną gromadą świętych. Często przysłaniali oni patrzącym sam szczyt. Proszę jednak nie zapominać, że mimo świetnych prac historyków nadal mało wiemy o religijności średniowiecznej, zwłaszcza ludowej, bo mało mamy źródeł.

– W Credo chrześcijaństwa zachodniego, zwanego Symbolem Apostolskim, mowa jest o "świętych obcowaniu". Jak je rozumieć?

– Jest to wspólnota wszystkich wierzących w wierze i miłości rozciągnięta poza granice czasu i przestrzeni. Jedni powinni modlić się za drugich. Najpierw w tym fragmencie Credo chodziło o komunię wierzących, żyjących na ziemi w Kościele. Później świętych obcowanie określa komunię pomiędzy chrześcijanami na ziemi a świętymi w niebie. Ta cała wspólnota, z tej i z tamtej strony życia, wzajemnie sobie pomaga. My modlimy się za ludzi, którzy umarli i przebywają w czyśćcu. Ci natomiast, którzy są po drugiej stronie życia, pomagają – modląc się za nas. Modlitwa świętych jest dla nas dlatego taka ważna, bo ich relacja z Bogiem stała się znacznie głębsza niż nasza.

Kiedy zastanawiamy się nad świętych obcowaniem, pamiętajmy, że Kościół jest wspólnotą ludzką poza miejscem i czasem. Kiedy sprawujemy Eucharystię, obecni są przy niej nie tylko ci, którzy przyszli ze swoich domów do kościoła, ale również święci, w tym patron każdej wspólnoty, kościoła. Ich obecność jest rzeczywista, choć dla nas uchwytna tylko wiarą i tylko w duchu.

– Kiedy myślimy o świętych, w tyle głowy mamy cały katalog cnót moralnych, wspaniałych postaw, heroicznych czynów, jakich dokonali.

– To prawda. Z drugiej strony, święty to nie heros. Raczej człowiek heroicznie otwarty w stronę mocy przychodzącej od Boga.

Rozmawiał: Włodzimierz Knap

Ks. Grzegorz Ryś – polski duchowny katolicki, doktor habilitowany historii Kościoła, profesor, prałat, od 1 września 2007 rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej.

Dziennik Polski 2.11.2007

 

 

Zobacz także