Szybciej się nie da?

Siedzimy z córeczką u lekarza i obserwujemy, jak rodzice z naprzeciwka próbują bezskutecznie utrzymać smoczek w buzi wyjącego noworodka. Zdumienie miesza nam się ze zgrozą (Zosia nie zna smoczka). Sytuacja ekstremalna na wskroś. Aż tu pani obok pyta: A chrzczone było? Na co ojciec noworodka: A gdzie! Toż to małe jeszcze. Ale niech tylko skończy trzy miesiące - ochrzcimy tak szybko, jak się da.

Litościwie pominę rozważania, skąd tej pani chrzest do głowy przyszedł. Ale już owych trzech miesięcy płazem nie puszczę. Przyglądając się chrztom w parafii (mamy tu raz po raz taki obrzęd z taśmy – dla kilkanaściorga dzieci naraz) albo bywając przy chrztach wśród znajomych, utwierdzam się w przekonaniu, że te trzy miesiące to jakaś niepisana reguła. Skąd to się bierze? Kościół nakazuje chrzcić w pierwszych tygodniach życia. Rozumiem – dwa, trzy, cztery… ale dwanaście? a bywa i dwadzieścia cztery…

Zastanawiające, dlaczego katolik tak bardzo zwleka z włączeniem dziecka do Kościoła. Do lekarza gna czym prędzej, szczepi jak mu w książeczce nakazano, na spacer wyprowadza, do rodziny wozi, ale do Kościoła to mu jakoś nieśpieszno. A przecież chrzest to pierwszy sprawdzian rodzicielskiej odpowiedzialności i troski. Co więcej można zrobić dla dziecka ponad powierzenie go Bogu, by napełnił jego życie Duchem Świętym? To tak wiele Bożego działania, zupełnie nowe życie. Odtąd maluch je, śpi, niby nic szczególnego nie widać gołym okiem, a jednak… wzrasta w mądrości Bożej. Żyje swoim własnym duchowym życiem.

Mówi się, że pierwsza niemowlęca samodzielność to umiejętność zasypiania. Jaki to banał w porównaniu z samodzielnością duchową. Patrzę na moją córkę i delektuję się tajemnicą tego, co Bóg już w niej działa. Tych dwoje ma już swój świat. Szkoda odwlekać tę komitywę w przekonaniu, że chrzest najbardziej przydaje się umarłym ("bo aniołek idzie prosto do nieba"). On potrzebny jest żywym, tu i teraz, by życie było pełne i prawdziwe.

Przyjaciele paralityka nie trzymali go w domu, tylko przytaszczyli do Jezusa, by go uzdrowił. Żył chłopak, ale co to było za życie.

Kiedy patrzę na rodziców i chrzestnych proszących o chrzest dla oseska w beciku, zawsze widzę tę ewangeliczną scenę. Przyszli, bo choć dzieciak żyje, to co to za życie…


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także