Tertium non datur? Czyli o mężczyznach, kobietach i kapłaństwie takim czy owakim

Trudno jest mi pozbyć się wrażenia, że dyskusja wokół kapłaństwa kobiet zawsze w pewnym momencie ląduje w koleinie walki płci. Oczywiście może to przybrać różne postaci, ale w wersji soft (tzn. intencjonalnie ortodoksyjnej) sprowadza się najczęściej do udowadniania wyższości/niezwykłości/"od-Jezusowości" (itd.) męskości z jednej strony, a rozmaitych strategii mających na celu ich zrelatywizowanie - kulturowe/historyczne/egzegetyczne - z drugiej.

Nie pasuje mi ta dialektyka. Jej ostateczny wydźwięk jest bowiem negatywny: rozwijając "promęską" argumentację pokazuje dlaczego NIE mogą być wyświęcane kobiety; relatywizując wyżej wymienioną de facto pozostaje na poziomie negacji, gdyż postulat wyświęcania kobiet ogranicza się tu do ukazania, że dotychczasowe uzasadnienie monopolu płciowego już NIE obowiązują.

Coraz bardziej wydaje mi się, że zabieramy się do tego wszystkiego od tyłka strony (można to wyrażenie uznać tu za nieprzypadkowe). Czy bowiem Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę jako istoty zantagonizowane, czy komplementarne? Czy w kontekście stworzenia relacja pomiędzy nimi jest z zasady skośna, subordynacjonistyczna, czy "równa-w-inności"? Odpowiedź wydaje się oczywista, podobnie oczywiste jest jednak, że żyjemy w eonie Upadku i że nasza pierwotna komplementarność nie jest nam dana w swojej pełni i czystości. To jednak nie znaczy, że jest zupełnie nieosiągalna, zwłaszcza dla nas – chrześcijan.

Przyszło mi to do głowy, kiedy przerzucając niedawno książkę holenderskiego rabina Simona Philipa De Vries, pt. Obrzędy i symbole Żydów (tłum. A. Borowski, Kraków 1999), natknęliśmy się z żoną na bardzo interesujący fragment. Zdaję sobie doskonale sprawę, że w wielu miejscach opisuje on sytuację obiektywnie nieprzystającą do rzeczywistości chrześcijańskiej/katolickiej (choćby ze względu na różnice jeśli chodzi o status celibatu w judaizmie i u nas), niemniej zawiera w moim odczuciu arcyciekawe intuicje. Rebe De Vries pisze: 

"Oto siedzą więc we wnętrzu synagogi mężczyźni i kobiety w oddzielnych częściach, oddzieleni jedni od drugich. Wyciąga się z tego czasami wniosek, iż w judaizmie kobieta uchodzi za istotę ludzką miej godną szacunku i że właśnie daltego sadowi się ją w osobnym kącie. Jest to pogląd całkowicie fałszywy. Rozdzielenie miejsc w synagodze ma zupełnie inne uzasadnienie aniżeli owo rzekome niedowartościowanie kobiety. Nie ma zresztą takiej społeczności, w której kobieta zajmowałaby wyższą pozycję, aniżeli zajmuje w społeczności żydowskiej. Wspomina się o tym przy wielu okazjach. Jej przecież jest Dom. Wyostrza tę prawdę talmudyczna pointa: kobieta… oto jest Dom! Rozmyślnie piszę ‚Dom’, nie zaś ‚dom’. Być może z punktu widzenia określonych stosunków społecznych, jak również i społecznych dysproporcji, dom nie jest ogólnie rzecz biorąc niczym więcej, jak tylko swoistą komórką społeczeństwa. Judaizm ma jednak w tej kwestii własne zdanie. Dom wspiera się na kobiecie. W niej też dostrzega domowe ognisko pobożności i życia religijnego. Od niej pochodzi ciepło, żarliwość i entuzjazm. Domowe życie religijne nie kończy się na czytaniu Biblii ani na skrupulatnym przestrzeganiu przepisów rytualnych, które w sumie tworzą domową obrzędowość religijną. Idzie tu bowiem jeszcze nadto o panujący w domu nastrój i o wyczuwalną w tym wnętrzu atmosferę pobożności. Otóż właśnie w dłoniach matki spoczywa wychowanie potomstwa w tym duchu, równolegle i do pewnego stopnia niezależnie od modlitwy i od liturgii. Dlatego też całe jej życie jest nieprzerwaną służbą liturgiczną. Jeśli więc mężczyzna jedną się sprawą zajmuje, to tej drugiej nie podoła. Nie da się dobrze zrobić dwóch rzeczy na raz. Skoro więc kobietę pochłaniają załkowicie jej zadania kobiece i obowiązki matczyne, to musi być ona wolna od innego rodzaju funkcji i obowiązków religijnych. Dlatego nie ma ona w zwyczaju uczestniczyć wespół z mężczyznami w publicznych nabożeństwach wspólnoty religijnej, które – jak to jeszcze niebawem omówimy dokładniej – urzeczywistniają się poprzez czynny udział zebranych. Ten zaś czynny udział jest sprawą mężczyzn, natomiast nie jest to właściwe zadanie dla kobiety. Uczęszczanie do synagogi nie należy do jej obowiązków, w każdym zaś razie nie powinno ono powodować zaniedbywania któregokolwiek z jej obowiązków wobec Domu" (s. 30-31; podkr. moje).

Pozostając w logice walki płci przeciwnicy wyświęcania kobiet czytając to, zacieraliby ręce ciesząc się, że zyskali sojusznika, a zwolennicy prychaliby wzgardliwie: no tak, wiadomo, morał z tego jeden: kobieta do garów. Pozostajemy w obszarze samczej dominacji, tyle że próbujemy kobietom osłodzić ich los pięknymi słowami. Typowy zabieg psychologiczny: dalej siedzisz po uszy w g…, ale teraz czujesz, że to MA SENS.

Kto tak myśli, tego nikt nie przekona. Logika walki płci (podobnie jak walki klas i wszystkich innych nieprzezwyciężalnych antagonizmów produkowanych przez hermeneutyki podejrzeń) jest bowiem łatwa, atrakcyjnie wszechwyjaśniająca. Ale z chrześcijańskiego punktu widzenia pozostaje kompletnie bezpłodna.

Powyższy cytat dla mnie stanowi impuls do zastanowienia się, czy przypadkiem nie jest tak, iż my chrześcijanie-katolicy zatraciliśmy gdzieś (pytanie zy kiedykolwiek mieliśmy) pozytywne rozumienie i praktykę kapłańskiej roli kobiety, albo i obojga małżonków (w ich szczegółowych rolach) w obrębie rodziny. Zmiany społeczne, spowodowana przez nie relatywizacja dotychczasowych aksjomatów co do ról płciowych oraz reakcja kościelna sprawiły, że większość myślenia o kapłaństwie obraca się wokół męskości – albo ją "rozwijając", albo dekonstruując. Brakuje nam pozytywnej myśli o kapłaństwie kobiecości i/lub małżeństwa, nie wspominając już o jego praktycznym wymiarze. Mamy jakieś nędzne relikty w postaci kaznodziejskiego refrenu o matce-pierwszej nauczycielce pacierza. Nic więcej.

Ciekawe jest miejsce powszechnego kapłaństwa ochrzczonych w tym sporze. Może się mylę, ale wydaje mi się, że jest ono tu instrumentalizowane, przez jednych sprowadzone do argumentu mającego zamknąć usta zwolenników wyświęcania kobiet (przecież już są kapłanami, więc o co tyle krzyku), a przez drugich traktowane jako punkt wyjścia dla argumentacji za nim. De Vries pisze o komplementarności służby (zwracam uwagę na to słowo) liturgicznej mężczyzn i kobiet. Trudno jest mi pozbyć się wrażenia, że mało kto z obu stron już pamięta o służebności ministerialnego kapłaństwa (wiem, że właśnie popełniłem tautologię, to był zamierzony zabieg retoryczny). Wynika to na pewno w dużej mierze  z tego, że wiaże się ono z szerokim – być może w praktyce za szerokim – zakresem władzy. Dlatego rozpatruje się je w kategoriach przywileju, którego nie wiadomo dlaczego miałaby być pozbawiona żeńska i żonata część ludzkości. W moim odczuciu ministerialność kapłaństwa ministerialnego (tak, tak, wiem) ma jednak u swoich podstaw ministerialność kapłaństwa powszechnego. Tyle się o tym ostatnim mówi, ale czy mamy pomysł co ono w praktyce oznacza? Wszyscy jesteśmy kapłanami – tu nie ma już podziału na mężczyznę i kobietę, Żyda czy Greka – ale to znaczy kim? Wiemy mniej więcej o co chodzi z tym, że ksiądz jest sacerdos Christi. Ale czy mamy pomysł co to znaczy, że kobieta jest kapłanką Chrystusa, że małżonkowie są nimi, że dzieci posiadają godność kapłańską? Być może gdybyśmy to wiedzieli i w praktyce czynili, cały problem w ogóle by nie zaistniał i to nie dlatego, że baby wiedziałyby gdzie jest ich miejsce, tylko dlatego, że wszyscy bylibyśmy na swoich miejscach, tych, które chce dla nas Bóg.       


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.