Tożsamość księdza

Zapraszamy do przeczytania rozmowy Eli Konderak z o. Mirosławem Pilśniakiem, dominikaninem. 

Nasz kolega Pan Bóg

Jest Ojciec kapłanem; co to znaczy „być kapłanem? Kim jest współczesny kapłan?

Ja nie jestem kapłanem, spełniam tylko posługę kapłaństwa Chrystusowego.

Ale potocznie ludzie mówią o Ojcu: kapłan.

Wolę słowo ksiądz, chociaż, żeby być naprawdę ścisłym, powinno się powiedzieć: prezbiter. Jedynym kapłanem jest Chrystus. O biskupach mówi się, że z nadania Apostołów pełnią kapłaństwo Chrystusowe, są współczesnymi apostołami. Jestem księdzem, a to znaczy, że mam udział w kapłaństwie biskupa, bo mogę pomagać mu w posłudze.

Współczesny człowiek niewiele rozumie z idei kapłaństwa. Dlaczego to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste, dla nas powoli staje się czymś obcym?

My dzisiaj przeżywamy samych siebie bardzo egocentrycznie. Stając przed Bogiem jesteśmy mało wrażliwi. Współczesny człowiek uważa, że jest miły, w związku z tym Pan Bóg powinien go lubić i czynić mu jak najlepiej. Nam się wydaje, że Pan Bóg to taki nasz kolega, można sobie z Nim pogadać, jest fajny, rozumie nas i niewiele od nas oczekuje. My zresztą też Go lubimy i dlatego jesteśmy z Nim w przyjacielskich relacjach.

Inny problem to współczesna nerwica – która zresztą dotyka przede wszystkim ludzi dobrze sytuowanych i aktywnych – owoc niezakorzenienia i płytkich więzi, która powoduje słabość psychiczną człowieka, brak poczucia własnej wartości, wrażenie bezsensu, gonitwy w codzienności. Człowiek skupiony na samym sobie, żyjący bez chwili refleksji, nie umie „znaleźć się” wobec własnej niedoskonałości i zła. Jest bezradny, a jednocześnie nie dostrzega potrzeby oczyszczenia się i pojednania z Bogiem. No bo jeżeli Pan Bóg i tak nas lubi, to możemy przecież pomodlić się choćby w lesie, a On nas wysłucha. Nie widzimy wartości bycia w komunii z Bogiem, ponieważ zajmujemy się przede wszystkim sobą.

Zajmujemy się sobą, ale ciągle jeszcze jesteśmy religijni, nie zagubiliśmy religijności.

Religijność leży w naturze człowieka. Zagubione zostało poczucie realności zła i poczucie sensu bycia człowiekiem moralnym. Nie czujemy odpowiedzialności za zło, „lokujemy" je w czymś innym. W ogóle uważamy, że gdybyśmy tylko chcieli, zła by nie było na tym świecie. Ale nie wiadomo dlaczego, jakoś nie chcemy. Zagubiona została gdzieś idea świętości Boga, grzeszności człowieka i rozumienie ofiary jako drogi pojednania z Nim.

W żydowskiej ceremonii składania ofiary przebłagalnej, kiedy arcykapłan stawał przed Arką Przymierza, był pewien wzruszający moment. Trzeba pamiętać, że każdy, kto by wszedł do namiotu gdzie znajdowała się Arka Przymierza, zginąłby od świętości tego miejsca. Arcykapłan wchodził tam raz do roku i wypowiadał święte imię JHWH [czyt. Jahwe – przyp. red]. Tylko jemu wolno było to zrobić. W świętych tekstach imię Boga było zastępowane synonimami, aby człowiek nieprzygotowany niechcący go nie wypowiedział. Bo jeśli ktoś wypowiedział Imię Boże, to tak jakby zobaczył Boga, a nikt nie może zobaczyć Boga i pozostać żywy. Kapłan to ktoś, kto znajduje się najbliżej świętości Boga. On, który osobiście składa ofiarę, ponosi też ryzyko stanięcia przed Bogiem, bo wejście w obszar świętości jest niebezpieczne.

Człowiek grzeszny, a każdy jest grzesznikiem, nie ma prawa stanąć przed Bogiem i bezczelnie powiedzieć: „Będę teraz z Panem Bogiem rozmawiał”. Kapłan to ktoś, kto staje przed Bogiem w imieniu człowieka i składa ofiarę. Ma świadomość, że spełnia rolę, która niesie z sobą niebezpieczeństwo. Bo co by się stało, gdyby złożył tę ofiarę nieszczerze? Albo gdyby motywy tych, w imieniu których składa ofiarę, były nieszczere? Kapłan ponosi ryzyko nieszczerości kontaktu pomiędzy nami a Bogiem. Wejście w sferę świętości jest dla niego samego zagrożeniem.

Dlatego sam powinien być człowiekiem świętym…

Tutaj dotykamy tego, co możemy znaleźć w idei kapłaństwa we wszystkich religiach, ale w kapłaństwie starotestamentalnym widać to najwyraźniej. Otóż cały ród kapłanów w Izraelu, czyli ród Lewiego, jest tylko proroctwem i zapowiedzią kogoś jedynego, kto rzeczywiście może być kapłanem, bo jest święty. Kogoś, kto złoży ofiarę z samego siebie w przebłaganiu za winy całego świata. Ofiara Chrystusa przynosi światu pełnię błogosławieństwa i w ten sposób stwarza ten świat na nowo. Bo oto ktoś, kto należy do ziemi poprzez swoje Człowieczeństwo, a zarazem do Nieba, bo jest z Bogiem, w całkowitej jedności, składa ofiarę z samego siebie w przebłaganiu za grzechy wszystkich grzeszników, którzy byli, są i będą na ziemi, czyli także za nasze grzechy. Chrystus jest jedynym prawdziwym kapłanem. On bezustannie ofiarowuje siebie samego za zbawienie świata. Od Niego rodzi się nowa idea, już nie kapłana, ale kapłaństwa. Dlatego byli kapłani Starego Przymierza, ale nie można powiedzieć, że współcześni księża to kapłani Nowego Przymierza. Nie ma kapłanów Nowego Przymierza, jest kapłaństwo Chrystusowe, w którym księża, namaszczeni i posłani przez Apostołów oraz kolejne pokolenia ich uczniów, mają udział.

Pan z tobą, panie rzeźniku

Są na pewno takie chwile, w których każdy ksiądz szczególnie mocno uświadamia sobie swoje kapłaństwo.

Na pewno każdy bardzo mocno przeżywa wszystkie gesty i symbole, które towarzyszą obrzędowi święceń. Wyświęcenie dokonuje się przez włożenie rąk biskupa na kandydata do kapłaństwa, a gest ten nawiązuje bezpośrednio do opisów z Dziejów Apostolskich, gdy Apostołowie poprzez włożenie rąk posyłają swoich uczniów do pełnienia posługi apostolskiej. To włożenie rąk biskupa powtórzone zostaje przez wszystkich prezbiterów obecnych w czasie obrzędu. Czyli najpierw wkłada ręce na głowę przyszłego prezbitera biskup, a potem wszyscy obecni prezbiterzy. W ten sposób człowiek uzyskuje znak, że zostaje włączony w kolegium prezbiterów. Dokonuje się to w całkowitej ciszy. Wcześniej cały Kościół modlił się głośno do Ducha Świętego i do wszystkich świętych o to, aby dar kapłaństwa został udzielony i rzeczywiście się dokonał.

Innym gestem, który uświadamia, czym jest kapłaństwo Chrystusowe, jest całowanie ołtarza na początku Eucharystii. Ołtarz jest symbolem wieloznacznym. Z jednej strony oznacza Chrystusa i prezbiter, jako przedstawiciel Ludu Bożego, całując ołtarz całuje Chrystusa. To jest znak bardzo intymnej więzi, miłości i zaufania. Z drugiej strony ołtarz jest symbolem całego żyjącego dzisiaj Kościoła, czyli kapłan w imieniu Boga całuje Kościół. Ksiądz to ktoś, kto w imieniu Ludu Bożego całuje Boga i w imieniu Boga całuje Lud Boży.

Przedziwnym momentem jest pozdrowienie „Pan z wami”. To jest głoszenie orędzia, że tutaj, na świecie, cały czas żyjemy w Bożej obecności. Bardzo lubię ten gest otwartych, wyciągniętych rąk przy wezwaniu „Pan z wami”. Chciałbym pomieścić w nich wszystkich tych, których widzę, bo są na liturgii, i tych, których nie widzę, bo ich nie ma. Nawet gdy odprawiam Mszę św. sam (zdarza się to zupełnie wyjątkowo), otwieram ręce i mówię „Pan z wami”, a potem wszystkie pozostałe dialogi znajdujące się w rycie Eucharystii, to staram się wyobrazić sobie cały świat, do którego otwieram ręce.

W „Przygodach księdza Browna” Chestertona jest postać takiego miłego, pobożnego proboszcza, który kiedy mówił Dominus vobiscum, zawsze dodawał w myślach: „Z tobą panie rzeźniku i z tobą, pani kucharko, i z tobą, i z tobą, i z tobą”. Bo to jest orędzie o Bożej obecności dla wszystkich. Wszyscy korzystają z ofiary Chrystusa. Trudno nam sobie czasem wyobrazić, że śmierć Chrystusa przynosi błogosławieństwo również tzw. ludziom złym, ale naprawdę tak jest. Pan Bóg obdarza dobrem i miłością także tych, którzy z Nim walczą – to jest prawda o kapłaństwie Chrystusowym.

Bardzo piękny jest moment złożenia darów. Ciekawie o symbolice składania darów pisał Jung, mimo że był protestantem. Mówił, że ten chleb, który składamy w ofierze na patenie, symbolizuje to, co nasze, ludzkie, ziemskie. Patena ma często postać lekko wklęsłej miseczki, chleb leży więc na zakrzywionej płaszczyźnie, która, jak każda płaszczyzna, rozciąga się w nieskończoność. Tę nieskończoność podkreślają wyciągnięte ręce kapłana. Linia rąk księdza i lekko wygięta patena symbolizują nieskończony wszechświat, który kapłan oddaje Bogu w darze. W symbolu złożenia darów również zawiera się więc idea kapłaństwa Chrystusowego.

W końcu nadchodzi taka chwila, kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji. Ksiądz mówi wtedy słowa zupełnie niesłychane, przerażające: „To jest Ciało Moje, za was wydane, to jest Moja Krew, za was wylana”. Oczywiście, to są słowa Chrystusa, ale muszą to być również moje słowa, moje – Mirosława. Kiedy wypowiadam słowa, które Chrystus powiedział, mówię: „Ja też chcę się wydać Bogu, chcę siebie złożyć w ofierze za innych na odpuszczenie grzechów, na pojednanie z Bogiem” i te słowa mają mieć konsekwencje w moim życiu.

Przecież tak naprawdę nie chce Ojciec umrzeć. Nikt nie chce umrzeć…

Nie chcę umrzeć bez sensu, ale życie w ofierze oddać chcę. Ten moment w Eucharystii ma dalekie konsekwencje i wraca w takiej chwili, kiedy następuje łamanie Hostii przed Komunią. Ksiądz przed przyjęciem Komunii, czyli przed faktem przyjęcia ofiary z Chrystusa, odmawia taką modlitwę: „Panie, niech przyjęcie na siebie Ciała i Krwi Twojej nie ściągnie na mnie wyroku potępienia”. Skąd się wzięła ta modlitwa? Nie z tego powodu, że ja jestem w grzechu i zasługuję na potępienie. Oczywiście jestem grzeszny. Ale istotne w tej modlitwie jest to, że kapłan to ktoś, kto nie tylko składa ofiarę Chrystusa z Ludem Bożym, ale także dla Ludu Bożego zabija ofiarę składaną na ołtarzu. Moment łamania Hostii przed jej przyjęciem to moment, kiedy przedstawiciel Ludu Bożego wypchnięty na pierwsze miejsce składa ofiarę z Chrystusa, zabija Chrystusa na ołtarzu świata, zabija Chrystusa na Krzyżu. Ksiądz modli się, żeby to, że został popchnięty do takiej ofiary z Chrystusa, nie stało się dla niego źródłem przekleństwa, ale żeby zaowocowało błogosławieństwem dla Ludu Bożego i dla niego samego. W prawosławnej liturgii Hostii się nie łamie, ale tnie się Ją mieczem, nożem, czyli naprawdę zabija się ofiarę. Na własne oczy widać, że tak jak kapłani dawniej zabijali zwierzęta, tak teraz w ten sam sposób zabija się Chrystusa za zbawienie świata.

To rodzi nieodwracalne zmiany w psychice.

Bo to ma rodzić nieodwracalne zmiany w psychice. Ale nie ma budzić lęku, co najwyżej świętą trwogę i wdzięczność, że możemy w ten sposób mieć udział w kapłaństwie Chrystusa. On rzeczywiście pozwala się zabić za zbawienie świata i chce to zrobić. Kiedy przyjrzymy się ostatnim dniom Chrystusa przed Paschą, zobaczymy, że On niemal prowokuje faryzeuszy. Wchodzi z nimi w takie spory, że wkrótce nie ma już wątpliwości, że trzeba Go zniszczyć, żeby się to wszystko skończyło. On jest tym, który nie może się doczekać, aby z niego została złożona ofiara dla innych. Zresztą mówi tak wprost w Ewangelii, a przynajmniej tak to zrozumieli Apostołowie.

A spowiedź? Jak spowiednik doświadcza swojego kapłaństwa?

W spowiedzi sposób uczestniczenia w ofierze Chrystusa jest trochę inny. Czasem pewnie jestem szorstki, czasem łagodniejszy, niekiedy walczę ze snem lub słabością. Najbardziej przeżywam to jako zadanie cierpliwości. Wysłuchanie z miłością wyznania tych rzesz, które się przewijają przez konfesjonał (bo to się przecież liczy w setkach, a może i w tysiącach), to poczucie niesamowitej monotonii i bezsilności. Poczucie, że nie jestem w stanie uporać się z tym zalewem nudy, która tchnie z ludzkich grzechów, tej jednostajności, beznadziei, nędzy i bezradności, z radosnymi przebłyskami chwil czyjegoś nawrócenia.

To prawda, że one są zaskakujące i radosne, ale przywalone przez ogólną szarzyznę tej posługi. Dla mnie cierpliwość i słuchanie każdego, jak gdyby był najważniejszy na świecie, jest chwilą ofiary, którą składam za niego. Oczywiście, to jest tylko odblask tego, że tu, w sakramencie pojednania, naprawdę dokonuje się ofiara Chrystusa na krzyżu. Za tego grzesznika, którego właśnie słucham, Chrystus w tym momencie umiera na krzyżu. Mam tego świadomość, celebrując sakrament pojednania i walcząc z nudą.

Zerwane więzi

Między tym, co Ojciec mówi, a życiem, które toczy się za oknem, jest przepaść. Czy Bóg stawia wymagania, które są na marginesie prawdziwego życia?

Takie wrażenie bierze się z utraty poczucia odległości dzielącej nas od Boga, o czym wspominaliśmy. Utraciliśmy również poczucie głębi relacji pomiędzy nami a innymi ludźmi. Wszystkich zaczynamy nazywać swoimi przyjaciółmi, bo nas lubią. A to przecież nie jest przyjaźń. Przyjaciel to ktoś, z kim wiążą mnie więzy życiowe. Gdybyśmy czuli głębię więzi, które łączą nas z Bogiem i innymi ludźmi, również mielibyśmy świadomość ich kruchości. Mielibyśmy świadomość, że zło narusza te więzi i musi być pokonane przez pojednanie, czyli akt ofiary. Aby się zbliżyć do Boga, trzeba przedrzeć się przez zasłonę, którą sami zbudowaliśmy. Tej zasłony nie możemy sami rozerwać, ktoś ją musi zdjąć dla nas. Jeśli Boga odrzuciliśmy, to Bóg jest przez nas odrzucony. Człowiek, który zobaczy zerwaną przez siebie więź, zrozumie ideę ofiary przebłagalnej, czyli kapłaństwa.

Czyli całe nieszczęście bierze się stąd, że nie widzimy, iż zło naprawdę rozrywa więzi?

I że można tę więź przywrócić tylko za cenę ofiary, którą jest przebaczenie. Podam przykład: wyobraźmy sobie, że ktoś, będąc w małżeństwie, w wyniku kryzysu nawiązał romans. Zdrada stała się jawna i teraz uderza w podstawy zaufania, niszczy więź, zaczyna się bezsens wspólnego życia. Próby powrotu wydają się bardziej raniące niż próby rozejścia się. Z takiej sytuacji jest oczywiście wyjście, ale niezwykle trudne dla obu stron. Trzeba podjąć trudną grę; osoba, która zawiodła, może powrócić w pełni dopiero wtedy, kiedy pojedna się ze swym współmałżonkiem. Żeby się w pełni pojednać, musi jednak do końca wyznać swój grzech. Wyznanie to jest niszczące dla osoby, która nie zawiodła, która niesie w sobie skutki zdrady. To ona została odrzucona, ona została zdradzona, jej miłość została zakwestionowana – całe zło zdrady uderza właśnie w nią. Ale tylko ona może przywrócić pełną jedność przez akt przebaczenia. Przebaczyć może jednak tylko wtedy, kiedy cała wina zostanie wyznana, czyli kiedy dowie się o całej historii zdrady. Mówię tu o sytuacji ostatecznego naprawienia dramatu. To nigdy nie dzieje się w ciągu dziesięciu minut i nie dzieje się w sposób łatwy. Pewnych etapów nie da się przeskoczyć, ale przebaczenie jest możliwe. Ten ostateczny akt naprawienia i zbudowania nowej jedności pomiędzy małżonkami dokonuje się poprzez ofiarę, która kryje się w przebaczeniu. Przebaczyć – to znaczy wziąć na siebie zło i umrzeć razem z tym złem, aby odrodzić się na nowo. Jest to możliwe wtedy, kiedy ten, który się nawraca, wyznaje całą swoją winę z miłości do współmałżonka. Myślę, że tylko wtedy jego wyznanie jest prawdziwe i pełne, kiedy jest on gotówuwierzyć w swoją miłość (co jest bardzo trudne po zdradzie), a ten, który przebacza, jest zdolny uwierzyć, że jego miłość jest silniejsza niż całe zło, które na siebie przyjmie. Małżonkowie mogą tego dokonać jedynie mocą Bożą, o własnych siłach tego nie dokonają.

Jest w tym podobieństwo do obrazu Chrystusa umierającego na krzyżu, ale czy naprawdę jest to możliwe? Czy możliwe jest aż tak radykalne wyznanie grzechu?

Chrześcijaninem staję się wtedy, kiedy jestem przekonany, że to ja wbijałem te gwoździe, że to ja sprowokowałem ofiarę Chrystusa i w dodatku to ja potrzebuję Jego ofiary. Ja walę tym młotem i krzyczę: „Widzisz, co Ci zrobiłem, widzisz, jak Cię odrzuciłem, widzisz, jak próbuję Cię zniszczyć”. Zawsze, kiedy wyznaję moje winy, w gruncie rzeczy właśnie to mówię. Jeśli jestem zdolny do powiedzenia tego Jemu, to jestem również zdolny do zrozumienia idei ofiary, która kryje się w przebaczeniu. I myślę, że ta historia o małżeństwie jest właśnie czymś takim. Małżonek wyznaje drugiemu, że walił młotem przybijając go do krzyża. Całkowite przebaczenie zdrady jest niemożliwe dla człowieka, ale dla Chrystusa, który żyje w nas, jest możliwe. Dlatego w małżeństwie zranionym zdradą może zakwitnąć nowe życie, ale dokona się to poprzez śmierć i zmartwychwstanie. W idei ofiary zawsze kryje się śmierć Tego, który składa siebie w ofierze.

Człowiek nie jest zdolny do życia w tych kategoriach na co dzień…

Na co dzień realizuje się to w drobnych gestach. W tym, że kogoś przepuszczasz w drzwiach, że mu podajesz coś, co akurat potrzebuje, że odbierasz telefon, słuchasz cierpliwie albo wychodzisz do kogoś, kto czeka niezapowiedziany. To prawda, że czasem zachowuję się asertywnie i chronię siebie przed „nadmiarem ofiary”, bo wydaje mi się, że nie jestem w stanie temu podołać. Ale wszystkie chwile, kiedy coś robisz dla innych, są już udziałem w tej straszliwej ofierze Chrystusa. Nie muszę o tym pamiętać na co dzień, ja mam tak żyć.

Każda miłość, do jakiej jesteśmy zdolni, bierze się z kapłaństwa Chrystusowego. Myślę, że dla małżonków taka miłość, która jest zanurzona w kapłaństwie Chrystusowym, to są chwile daru, które wyrażają się w zmęczeniu, cierpliwości, w życiu dla drugiego, ale także chwile jedności, radości, także seks jest ważną chwilą daru małżonków i tak to Kościół postrzega. Seks jak znak ofiary z życia z siebie dla drugiego. We współczesnej kulturze seks kojarzy się przyjemnie, jako coś niezobowiązującego. Chrześcijaństwo jednak przywiązuje do seksu męża i żony wielką wagę mówiąc, że jest to znak daru osoby dla osoby. To również jest gest kapłaństwa wiernych, składanie ofiary przez dar z siebie.

Łaska różowych okularów

To dlaczego ksiądz musi zrezygnować z seksu?

Bo seks jest realizacją jedności Osób Boskich tutaj, na ziemi. Człowiek został włączony w miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego poprzez sakrament małżeństwa. A jednym ze sposobów celebrowania duchowej jedności małżonków jest seks. Posługa kapłańska jest zupełnie czymś innym. To, co małżonkowie realizują poprzez seks, w przypadku księdza realizuje się poprzez składanie ofiary, celebrowanie sakramentów. Ksiądz oddaje siebie ludziom, aby ludzie mogli oddać siebie Bogu. Oddanie siebie w duchowym darze to jest „seks kapłański”. Nie realizuje się go poprzez erotykę, ale sens jest podobny.

Kiedy najbardziej chce się odejść?

Nie miałem pokusy odejścia. Nie musiałem się z tym mierzyć.

Nigdy?

Miałem takie chwile, kiedy wydawało mi się, że nie potrafię sprostać, że właściwie nie jestem kapłanem, bo nie jestem wierny. Ale to były chwile załamania wiary w siebie, a nie w łaskę, którą otrzymuję, bardziej przeświadczenie o niewierności. Działo się to wtedy, kiedy odkrywałem, że przez dłuższy czas uczestniczę w jakimś dziele w przekonaniu, że jest to Boże dzieło, a było to tylko moje dzieło. Okazywało się, że budowałem nie komunię z Bogiem, ale coś swojego. To są chwile, kiedy wszystko traci sens. Dopiero poprzez nawrócenie, poprzez uświadomienie sobie marności tego dzieła, przez wyznanie zła i pojednanie się z Bogiem nawet te chwile zmieniają swoją wartość, zaczynają mieć sens kapłański. Nie chciałbym mówić o detalach, ponieważ zawsze to dotyczy ludzi, z którymi byłem w jakiś sposób związany jako ksiądz, i dzieł, które z nimi robiłem. Nie chciałbym, żeby ich to raniło. Mam świadomość, że gdzieś tam, na drodze mojej posługi, zostawiłem zgliszcza i jest to trudne. Nie widzę innego sposobu na uleczenie tego jak ten, że kiedyś powróci Pan i naprawi wszystko. Może On nada temu sens, bo ja nie widzę już takiej możliwości.

A kiedy Ojciec czuje się najbardziej samotny?

Samotność przeżywa się na dwa sposoby. Jest poczucie osamotnienia, czyli wrażenie, że jestem sam, nie mam z kim porozmawiać, czuję, że mogłoby mnie nie być, a i tak nikt by tego nie zauważył. To akurat nie jest dla mnie w tej chwili dotkliwe, bo kojarzy mi się z rzadką chwilą intymności i odejścia od tłumów. Ciągle obracam się pośród wielu ludzi i kiedy jestem przez chwilę sam, to raczej niepokoję się, że to się bardzo szybko skończy. Mogę jednak wyobrazić sobie sytuację księdza, który ma poczucie, że jest lub będzie kiedyś całkiem osamotniony. Jest to trudne. To jest ktoś, kto swoim istnieniem składa ofiarę za zbawienie Ludu Bożego, ale nie może już nikomu o tym opowiedzieć.

Są też chwile samotności, kiedy czuję się niesprawiedliwie oskarżony oceniony, odrzucony. To są bardzo bolesne chwile, ale nawet one zmieniają swój sens, jeśli potrafię w jakikolwiek sposób opowiedzieć o nich Chrystusowi. Okazuje się wtedy, że blado wyglądają przy Jego samotności, kiedy zostawiamy Go na marginesie naszego życia. Gdybym nie doświadczał podobnych chwil odrzucenia, być może nigdy nic bym nie zrozumiał z doświadczenia Pana Jezusa. Tak naprawdę chwile samotności są w moim życiu zbawienne, co nie umniejsza ich bolesności.

To są te momenty, kiedy jest najtrudniej?

Najtrudniej mi było, kiedy byłem przełożonym we wspólnocie. To jest pewien rodzaj duszpasterstwa skierowanego do braci w wspólnocie, według określonych reguł naszego prawa. I kiedy na końcu kadencji dochodziłem do wniosku, że nie wypełniłem tego, co powinienem, że poniosłem klęskę, było to bardzo trudne doświadczenie. Nigdy nie chciałbym przeżyć tego ponownie. To było poczucie, że misja się skończyła, i jednocześnie przeświadczenie, że inni witają moje odejście z ulgą. Człowiek już taki jest, cieszy się, że przełożony wreszcie odejdzie, bo będzie jakaś zmiana. Dobrze, że ten pionek zostanie zastąpiony przez inny pionek. Z nim wiąże się teraz wielkie nadzieje. Nagle czujesz się potraktowany instrumentalnie, nie jako ty, ale jako funkcja. To jest coś, co pozostawia ślad. Człowiek boi się kolejnego odrzucenia, bo nie wie, czy potrafi jeszcze raz coś takiego przyjąć. A to przecież jest także kapłaństwo Chrystusowe.

Warto o tym wspomnieć, bo dotyczy to wszelkich działań duszpasterskich, w ogóle wszelkich działań, w których mamy do czynienia z ludźmi, a może nawet wszystkiego tutaj na ziemi. Przecież przyjdzie taka chwila, kiedy odchodzisz i ludzie się zastanawiają jak to zrobić, żeby nie było zbyt wielu kłopotów z pogrzebaniem ciebie, ale tobą już nikt się nie zajmuje. To są chwile, kiedy zaczynamy rozumieć Pana Jezusa, który składa ofiarę z siebie i składa tę ofiarę w samotności. Jedyną Osobą, do której może się zwrócić, jest Bóg, ale woła do Niego: Boże mój, czemuś mnie opuścił. Jeżeli mamy mieć udział w kapłaństwie Chrystusowym, to musimy mieć w życiu podobne doświadczenia. Czy to jest atrakcyjne dla dzisiejszego człowieka? Oczywiście że nie. Nigdy nie było atrakcyjne, ale jest pełne sensu.

Kiedy tak Ojca słucham, to myślę sobie, że człowiek zostaje księdzem bez świadomości, co go czeka.

Tak, bez świadomości. Na szczęście wszystko odkrywa się powoli. Mówi się, że łaska powołania to jest łaska „różowych okularów”. Człowiek wyobraża sobie kapłaństwo zupełnie inaczej. Dopiero potem Pan Bóg powoli odsłania tajemnicę kapłaństwa i wprowadza w nią człowieka. Inaczej człowiek uciekłby przed nią. Teraz już nie chcę uciec, nawet jeżeli się boję. Chcę tego, bo to jest pełne sensu.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „List”.

 

 

Zobacz także