Trzeba hojnego zasiewu Słowa

Jeśli Słowo Boże, które buduje Kościół, jest skąpo siane to może też ono wydawać jedynie skromne owoce – uważa abp Stanisław Gądecki. Metropolita poznański uczestniczący w XII Zwyczajnym Zgromadzeniu Ogólnym Synodu Biskupów w Watykanie, na temat „Słowo Boże w życiu i misji Kościoła” podsumowuje dwa tygodnie obrad Synodu.

Minęły niemal dwa tygodnie prac Synodu Biskupów, trzykrotnie obradowano w małych grupach, a poruszaną tam tematykę przedstawiono 17 października podczas kongregacji generalnej. Czy można dostrzec wykrystalizowanie się głównej tematyki?

Abp Stanisław Gądecki: Z pewnością stało się już oczywiste, że Synod nie ma zadania doktrynalnego, tylko duszpasterskie. To założenie, które dotarło w ostatnim czasie do ojców synodalnych jest o tyle ważne, że przestawia prace synodalne na inne tory. Wielu ojców bowiem było przekonanych, że może się przyczynić do doprecyzowania doktrynalnego, rozwoju teologii o Słowie Bożym i dodawało taki lub inny aspekt, nieświadomie wchodząc na drogi soborowe. Pamiętajmy, że to właśnie zadaniem soboru jest precyzowanie doktryny Kościoła. Na Synodzie nie chodzi zaś o pogłębienie, poszerzenie czy rozwinięcie nauki Kościoła, ale o wymiar duszpasterski. Jak ten fakt, że Pan Bóg ukochał człowieka, że do niego przemówił, że ludzie w Kościele tą miłość przyjęli zwerbalizowano i że chcą się tą miłością podzielić – jak to wszystko przełożyć na realia duszpasterskie, które dotykają każdej parafii, każdego kapłana, także osób życia konsekrowanego i wiernych świeckich. Jak sprawić, aby Słowo Boże stało się bardziej ukochane zarówno w sposobie jak przyjmowane jest w Kościele a następnie także w dzieleniu się nim na zewnątrz – to jest ten punkt, który został w tej chwili osiągnięty.

Relator generalny Synodu, kard. Marc Ouellet zaproponował pewne punkty do dyskusji w małych grupach. Na ile pomagają one w tej dyskusji, którą Ksiądz Arcybiskup prowadził w swoim kręgu językowym?

– Te punkty nie poszły w kierunku duszpasterskim, tylko kontynuowały ciąg rozważań teologicznych i dlatego nie spotkały się z owocnym przyjęciem. W tej chwili bardziej oczywiste stało się pytanie o to jak wyrazić w rzeczywistości duszpasterskiej, iż Słowo Boże ma swoją tożsamość, że tej tożsamości nie możemy zagubić przez subiektywne interpretacje, że jest ono zakorzenione zarówno w Tradycji jak i w Magisterium Kościoła. To wszystko ma być przyjmowane w obliczu zagrożenia sekt i wobec fundamentalizmu, subiektywnego spojrzenia na Pismo św. Mamy się też zastanowić jak to wszystko przełożyć w życiu Kościoła na poszczególne kategorie ludzi, na istniejące w Kościele instytucje biblijne, na lekturę Pisma św. oraz na modlitewną refleksję nad Pismem św., na całą kwestią homiletyki, i wreszcie na kwestię katechezy.

Natomiast trzecia część dotyczy misji Kościoła, czyli tego, że samo Słowo Boże zawiera w sobie misyjność, czyli że miłość domaga się dzielenia z innymi. Chodzi też o to w jaki sposób przenieść to na świat bliski i daleki, tak, aby została zachowana jedność i powszechność zbawczej woli Chrystusa. Pamiętajmy, aby przez umiłowanie dialogu nie zapomnieć o misyjności Kościoła. Dialog nie może być celem samy w sobie. Nasze relacje z chrześcijanami innych wyznań, dialog z judaizmem, dialog międzyreligijny, z kulturami nie mogą zatrzymywać się na samej płaszczyźnie dialogu, ale powinny prowadzić do tego, co było samą wolą Chrystusa: idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody.

Skąd pochodzą biskupi w kręgu językowym, w którym pracuje Ksiądz Arcybiskup?

– W małych grupach sprawa wygląda dość różnie. Można to było dostrzec podczas przedpołudniowej sesji plenarnej 17 października. W naszym kręgu włoskim B mamy tylko jednego ojca z Abisynii, a pozostali są z kręgu europejskiego. Są wśród nas osoby z Watykanu a także założyciele nowych ruchów – w tym Kiko Argüello z Drogi Neokatechumenalnej czy prof. Andrea Ricardi ze Wspólnoty św. Idziego. Są też przedstawiciele Europy Wschodniej. Daje to bardzo płodną mieszankę. Widzę jednak, że trudno nam sformułować precyzyjne odpowiedzi na istniejące problemy duszpasterskie. Myślę, że jakiś impuls, pchnięcie do przodu może nastąpić po tej przedpołudniowej sesji z 17 października. Okazało się tam bowiem jak różne metody pracy obrano w poszczególnych grupach. Niektóre z relacji były bardzo szczegółowe, inne syntetyczne. Jeśli zebrać je razem, to zdaje się, że z powrotem da się to sprowadzić do modelu wyjściowego: to znaczy Słowo Boże najpierw w tożsamości swojej, w życiu Kościoła i wreszcie Słowo Boże w misji Kościoła. Pamiętajmy, że najpierw było Słowo mówione – czyli Chrystus żyjący na ziemi, Wcielone Słowo Boże, a dopiero potem słowo spisane, jako druga faza i jako drugi etap tego wszystkiego, co Chrystus przyniósł a także tego, co Bóg powiedział i co zostało spisane w czasach Starego Testamentu.

Z Synodem związane były także nadzieje na rozwój dialogu ekumenicznego. Czy można dostrzec ten aspekt, czy istnieją nadzieje na wspólne czytanie, tłumaczenie Pisma św., pogłębianie braterskich relacji?

– Trzeba żywić taką nadzieję. Wielu ojców wracało do tego tematu. Pamiętajmy, że chrzest i Pismo św. leżą u samych podstaw jedności Kościoła, ponad wszystkimi podziałami. Jeśli myślimy o jakimś postępie w ruchu ekumenicznym, to najłatwiejszy wydaje się on w materii celebracji czy rozważania Słowa Bożego. Wprawdzie w niektórych krajach, jak na przykład w Grecji, spotykamy nastawienie zdecydowanie negatywne do wspólnej lektury Słowa Bożego, ale w auli synodalnej mówiono także o dobrych doświadczeniach, jak na przykład w Skandynawii, gdzie od wielu lat prowadzone są wspólne spotkania wokół Słowa Bożego. Daje to bardzo ważne i dobre owoce. Chrześcijanie nie tylko pogłębiają swą wiarę, ale odczuwają, że budowana jest większa jedność, która jest tą jednością ekumeniczną.

Ksiądz Arcybiskup jest nie tylko metropolitą poznańskim, ale równocześnie wiceprzewodniczącym episkopatu Polski. Na ile prace synodalne wpłyną na to, jak my nad Wisłą odczytujemy Słowo Boże, jak nim żyjemy w obliczu nowych wyzwań: sekularyzacji, problemów związanych z zachowaniem naszej tożsamości?

– Z pewnością w odniesieniu do Polski istnieje część podobnych problemów, ale i część zupełnie odmiennych, bo my nie mamy na przykład takiej presji sekt, jak ma to miejsce w Ameryce Łacińskiej, gdzie Kościół poważnie zastanawia się jak oprzeć się takiemu podejściu emocjonalnemu a z drugiej strony subiektywnemu. Ludzie porzucają Kościół na rzecz sekt, ponieważ spotykają się tam z mniej skomplikowanym wyjaśnianiem podstaw wiary, która jest jakby mniej zobowiązująca moralnie. Z drugiej strony zastanawia, że ludzie, którzy w Kościele byli całkowicie pasywni, przechodząc do sekt gotowi są uczyć się Biblii na pamięć, poważniej, głębiej, aktywniej podchodzą do Słowa Bożego. My takich problemów w Polsce na szczęście na szeroką skalę nie przeżywamy. Nie znaczy to jednak, że problem ten nas ominie. W obliczu sekularyzacji trzeba pamiętać, że dokonuje się już ona na naszych oczach w Polsce. Stąd trzeba rozwijać przekonanie, że Słowo Boże jest słowem prawdziwym i że ono faktycznie wychodzi, spotyka człowieka pośród jego najbardziej istotnych problemów, że daje mu odpowiedź na przeżywane wątpliwości i trudności. Mówi się, że celowi temu dobrze służą mniejsze wspólnoty, bardziej świadome, aktywne, ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że nie tylko w Polsce, ale w całym Kościele podstawową jednostką życia społeczności wierzących jest parafia. Ta rzeczywistość parafialna musiałaby znaleźć swój przekład również w odniesieniu do Słowa Bożego. Ta sprawa pozostawia również u nas sporo do życzenia. Każdy ma dobrą wolę, ale potem w ostateczności wszystko sprowadzane jest do rzeczy całkowicie powierzchownych i zewnętrznych: czy homilia powinna trwać 5 czy 15 minut. Otóż jeżeli nie zacznie się od poważniejszego wprowadzenia w rozumienie Słowa Bożego, które zawsze musi być odczytywane w kontekście wiary Kościoła: budując ją i jednocześnie prowokując, to nie można myśleć o jakimś poważniejszym postępie w życiu duszpasterskim.

Co księdza arcybiskupa zaskoczyło podczas obecnych obrad Synodu?

– Takim zaskoczeniem jest pewnie to, że wszyscy uczestnicy Synodu, z różnych części świata reprezentują jednakową gorliwość w odniesieniu do Słowa Bożego. Zaskoczeniem jest rozziew między naszymi wyobrażeniami o odległych od nas krajach świata a rzeczywistością. Tymczasem okazuje się, że np. na Filipinach sytuacja duszpasterstwa biblijnego jest często znacznie lepsza niż w Europie. To uczy nas, mieszkańców Starego Kontynentu większej pokory. Okazuje się, że chrześcijaństwo w wielu krajach jest żywsze niż w Europie. Zaskoczyło mnie, że stosunkowo rzadko zabierają głos przedstawiciele Ameryki Północnej, a tak często z Ameryki Łacińskiej, a zwłaszcza z Brazylii. Dostrzegamy, że ten dynamiczny ośrodek Kościoła przesunął się ku Ameryce Łacińskiej. Zaskakujące jest także to, że tak trudno znaleźć sensowną odpowiedź na postulat powszechnego wprowadzenia wiernych w parafiach w głębię Słowa Bożego. Jedynie zdeterminowane ruchy kościelne, takie jak neokatechumenat czy inne oferują jakąś całościową wizję inicjacyjną, a inne tradycyjne wizje inicjacyjne, sakramentalne okazują się jakby niewystarczające, przebrzmiałe i nie nadążające za obecną kulturą, wyzwaniami współczesności.

Ksiądz Arcybiskup proponował wcześniej pewne zmiany w liturgii. Czy są szanse, że postulat ten zostanie przyjęty?

– Ten postulat, o którym mówiłem w Polsce wysunąłem z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na polskich kapłanów, a po drugie, aby uświadomić pewną prawdę wobec Kościoła powszechnego. Otóż w odniesieniu do polskich kapłanów ten cel wydaje mi się już osiągnięty. W momencie, kiedy wałkuje się we wszystkich gazetach sprawę czytań, to myślę, że sami księża zrozumieli już, że istnieje pewien chronologiczny porządek czytań: najpierw Stary Testament, Jezus, Apostołowie: taki układ sam siebie tłumaczy i bardzo pomaga w przygotowaniu i ustawieniu każdej homilii. W odniesieniu do Kościoła powszechnego jest to sprawa trudna do przeprowadzenia, bo to kwestia nie tylko zmiany pewnej świadomości, ale także zmian liturgicznych, które nie są takie łatwe do przeprowadzenia. Zdajemy sobie sprawę, że obecny porządek liturgiczny czytań został wprowadzony po konsultacjach z episkopatami wszystkich krajów i katolickimi ośrodkami naukowymi. To nie jest porządek byle jaki! Nie myślałem nigdy o jakiejkolwiek zmianie ilościowej czy jakościowej czytań, a tylko o zachowaniu porządku chronologicznego, to znaczy żeby zamiast układu: Stary Testament, Apostołowie i Chrystus, gdzie Ewangelia jest szczytem przepowiadania Bożego i Głosu Bożego skierowanego do Kościoła wprowadzić czytania w układzie czysto chronologicznym: Stary Testament, Jezus i Apostołowie. Ale to byłaby potężna zmiana w perspektywie całego Kościoła powszechnego, w tym także katolickich Kościołów wschodnich. Nie wiem czy to w ogóle zostanie podchwycone. Chciałem rzucić tę myśl, bo ukazuje ona pewien problem i może warto zastanowić się, czy nie warto go jakoś rozwiązać.

Czy do Księdza Arcybiskupa docierają głosy dotyczące tego, na co warto byłoby jeszcze podczas synodu zwrócić uwagę?

– Raczej nie. Nie spotykam się z takimi wypowiedziami. Na pojawiające się gdzieniegdzie trywializacje dotyczące tego, czy homilia powinna być długa, czy krótka już odpowiedziałem, cytując głosy z auli synodalnej. Mówiono tam, że ci katolicy, którzy w Ameryce Łacińskiej odchodzą do sekt słuchają godzinnych kazań i pytają: a czemu myśmy w Kościele katolickim słyszeli tylko 15 minutowe homilie? Wystarczy tylko nieco zmienić perspektywę, aby zrozumieć, że jeśli skąpo siane jest to Słowo, które buduje Kościół to może też ono wydawać jedynie skromne owoce.

źródło: KAI

 

Zobacz także