Trzecie słowo o muzyce kościelnej

Znowu uczynimy krok o 800 lat w przyszłość, do czasów nam współczesnych. Tym razem będzie to dokument liturgiczno-prawny, pozbawiony literackiego piękna tekstów Augustyna i Hildegardy, jednak zwracający uwagę na coś, czego już dzisiaj powszechnie w kościele nie rozumiemy.

Jeśli chodzi o Mszę świętą śpiewaną, to z uwagi na duszpasterskie korzyści wprowadza się w zakresie śpiewu stopnie uczestnictwa, by stosownie do możliwości uczestniczącej grupy ułatwić celebrę uroczystej Mszy świętej śpiewanej. Musi być jednak zachowany porządek wśród tych stopni, mianowicie: pierwszy stopień, może być użyty nawet sam, drugi zaś i trzeci, tak w całości jak i częściowo, nigdy bez pierwszego. W ten sposób doprowadzi się wiernych do pełnego udziału w śpiewie.

Do pierwszego stopnia należą:
a) w obrzędach wejścia:
– pozdrowienie kapłana z odpowiedzią ludu,
– modlitwa,
b) w liturgii słowa:
– aklamacje przy Ewangelii,
c) w liturgii eucharystycznej:
– modlitwa nad darami ofiarnymi,
– prefacja z dialogiem i Sanctus,
– doksologia kończąca kanon,
– modlitwa Pańska ze wstępem i embolizmem,
– Pax Domini,
– modlitwa po Komunii,
– formuły odesłania wiernych.

Do drugiego stopnia należą:
a) Kyrie, Gloria i Agnus Dei,
b) Symbol,
c) Modlitwa wiernych.

Do trzeciego stopnia należą:
a) śpiew przy procesji wejścia i komunii,
b) śpiew po Lekcji,
c) alleluja przed Ewangelią,
d) śpiew na ofiarowanie,
e) śpiew tekstów Pisma świętego (chyba że bardziej odpowiednim byłoby ich czytanie).

Ta swoista wyliczanka pochodzi z wydanej w 1967 roku instrukcji Musicam sacram o śpiewie kościelnym. To instrukcja do dziś obowiązująca i do dziś nie wprowadzona w życie, przynajmniej jeśli chodzi o właśnie zacytowane przepisy. Kto w kościołach Polski i innych krajów przestrzega tego, by nie śpiewać pieśni na wejście i dary, gdy modlitwy proklamowane przez kapłana są recytowane, a raczej czytane? Albo, komu zdarzyło się uczestniczyć w Mszy, gdzie kapłan śpiewał wszystkie modlitwy przepisane w „pierwszym stopniu”, a cała reszta była recytowana? Jeśli ktoś był na takiej liturgii, pewnie doznał zadziwienia, albo – szczególnie, jeśli sam jest osobą duchowną – pomyślał coś niepochlebnego o celebransie. Zazwyczaj bywa dokładnie na odwrót. Organista śpiewa to, co należy do „trzeciego stopnia”, a to, co umieszczono w „pierwszym” jest w większości czytane.

Taki sposób wyzwania muzyki powoduje, ze msza staje się swego rodzaju przemówieniem przerywanym muzycznym antraktem. Tymczasem to, co naprawdę ważne, zostaje usunięte w cień.

Pozostańmy przez chwilę przy „pierwszym stopniu” kościelnej muzyki, tym, bez którego nie wolno śpiewać nic innego. Wyobraźmy sobie mszę w dzień powszedni, albo liturgię niedzielną sprawowaną późnym wieczorem, na przykład o 21, kiedy nie ma organisty ani scholi, jest tylko celebrans i wierni. Nie śpiewa się nic, poza tym, co wymieniono jako „pierwszy stopień”. W niedzielę dodaje się z „trzeciego stopnia” alleluja przed Ewangelią, które, zgodnie z przepisem Mszału, w okresie wielkanocnym zawsze należy śpiewać, albo zupełnie opuścić. Wypada więc śpiewać je także w niedziele, bo zwłaszcza one są pamiątkami zmartwychwstania. Oczywiście poza wielkim postem, kiedy to liturgia łacińska „pości” od alleluja.

Co oznacza taki właśnie wybór elementów do śpiewania? Przede wszystkim to, że śpiew mszalny jest przede wszystkim dziełem kapłana i­ ludu, który „rozmawia” z celebransem i wspólnie z nim zwraca się ku Bogu. Na końcu dopiero do organisty, który na „pierwszym stopniu” właściwie nie jest potrzebny. Tutaj dygresja. Organista w takiej roli, jaką mamy obecnie, występuje w kościele dopiero od drugiej połowy XIX wieku. Wcześniej królował śpiew a capella, a organy służyły do tak zwanej alternacji. Wyglądało to tak, że najpierw śpiewał lud bądź schola, a potem organista grał tę zwrotkę. Następnie lud podejmował drugą strofę i tak dalej. W ten sposób organy mogły rozwinąć swoje możliwości i w pewien sposób napędzały zgromadzenie do jeszcze mocniejszego, bardziej gorliwego śpiewu. Tymczasem ten piękny instrument zupełnie nie nadaje się do akompaniamentu, bo jest zbyt potężny. Przy organach ludzie czują się zwolnieni z obowiązku porządnego śpiewania. Tyle że ten oczywisty w gruncie rzeczy fakt powszechnie jest ignorowany przez duszpasterzy, a organiści wprost temu przeczą. Trudno się dziwić tym ostatnim, w końcu nie chcą stracić pracy. Który proboszcz dzisiaj pozwoli sobie w kościele na śpiew alternowany: przecież to trwałoby zbyt długo. W sumie jest w tym trochę racji, wystarczyłoby jednak skrócić ogłoszenia duszpasterskie, przygotować porządnie kazanie (dobrze przygotowane zawsze jest krótsze), zrezygnować z długaśnych wstępów do mszy i już mamy zaoszczędzony czas potrzebny na alternowany śpiew. Tyle dygresji od głównego wątku, do którego czym prędzej powracam.

Podstawowym śpiewakiem, jak wynika z Musicam sacram jest celebrans. A co wtedy, gdy ksiądz nie ma głosu i słuchu muzycznego? Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że to są naprawdę bardzo rzadkie przypadki. Większość ludzi, jeśli tylko chce, nauczy się kilku prostych melodii mszalnych. A jeśli nie da rady, to Musicam Sacram przewiduje takie rozwiązanie:

Jeśli (…) kapłan (…) nie jest na tyle zdolny, by zaśpiewać poprawnie, wówczas może on niektóre trudniejsze części wykonać bez śpiewu, recytując je głośno i wyraźnie. Nie powinno się jednak tego stosować wyłącznie dla wygody kapłana czy asysty.

Po pierwsze chodzi tu o trudniejsze części śpiewu, nie o wszystkie. Po drugie, motywacją nie ma być wygoda. Jednym słowem: trzeba chcieć. Wtedy można się nauczyć. Jednak rezygnacja ze śpiewu kapłańskiego dla wygody nie przystoi i źle świadczy. To znak, że liturgię traktuje się niewystarczająco poważnie. Często księża zasłaniają się tak zwanym „pożytkiem duszpasterskim”. Ta skądinąd ważna kategoria w liturgii stała się usprawiedliwieniem dla tysięcy ułatwień i nadużyć, prawdziwą świętą krową posoborowej liturgii. Jest to w tym przypadku raczej pożytek duszpasterza, i to źle pojęty.

W takim ujęciu, jakie przepisuje „Musicam sacram” – nie postuluje, sugeruje, ale właśnie poleca do wykonania, w dokumencie jest wyraźny imperatyw – spełniają się postulaty Augustyna i Hildegardy dotyczące śpiewu i jego teologicznej roli. Unika się czystego estetyzmu, jakiego bał się Augustyn, a jednocześnie Adam śpiewa i jego głos coraz mocniejszy otrzymuje coś z potęgi i piękna rajskiej ojczyzny. Lud Boży okazuje się kimś naprawdę ważnym, niesprowadzonym jedynie do roli słuchaczy muzyki czy zagłuszanym przez organistę. Nie ma nic wspanialszego niż potężny śpiew a capella. Widać od razu, gdzie jest przestrzeń właściwej celebracji: msza dokonuje się nie między księdzem, ministrantami i organistą, ale we wspólnocie zgromadzonego kościoła, gdzie ci pozostali nie są sprowadzeni przez znaki do roli biernych słuchaczy, ale wydobywają z siebie glos w momentach ważnych i centralnych dla mszy. Zawsze gdy rozpoczyna się coś ważnego, kapłan przypomina zgromadzeniu ze jest nosicielem obecności Zmartwychwstałego, a ono to potwierdza, a kiedy to się dokonuje śpiewem, widomo już, że nie chodzi o rzecz marginalnej wagi, ale o to, ze całe zgromadzenie jest, jak mówił już św. Ignacy Antocheński, ołtarzem Pańskim, na którym ofiara Chrystusa jest wiecznie dokonywana.

 

Zobacz także