Twarze

W tym roku szkolnym musiałam zapamiętać dwa razy więcej twarzy niż zwykle. By je dobrze ujrzeć – w podstawówce trzeba było się pochylić. W liceum - najczęściej podnieść głowę. Każda z tych twarzy – i sześciolatków i siedemnastolatków – ma swoją historię.  Historię, która już na zawsze łączy się z moją historią. I chwała Bogu.

Siedem klas licealnych i pięć w szkole podstawowej – to dużo osób. Bo w każdej klasie jest przynajmniej dwudziestu kilku uczniów. Bałam się, że nie zapamiętam. Ani twarzy, ani imion. Prosiłam o karteczki na ławkach, żeby móc uczniów rozróżnić i właściwie się do nich zwracać. Z czasem zapamiętałam, a karteczki przestały być potrzebne.  Teraz, nawet gdy uczniów nie widzę, rozpoznaję ich głosy.

Cała się trzęsłam gdy dzieci w podstawówce przychodziły z płaczem – nie miałam takich sytuacji we wcześniejszych latach pracy (licealiści nie płaczą zbyt często przy nauczycielu ;)). Zastanawiałam się – jak reagować? Jak pocieszyć? Widziałam wykrzywione buzie, mokre od łez oczy i zachodziłam w głowę – jak rozwiązać problemy w stylu: bo on mnie przezywał, bo pomazał mi piórnik, bo upadłam, bo boję się, że tata zapomni mnie odebrać ze szkoły…

Kiedyś, gdy Dawid dostał jedynkę z angielskiego, koledzy z jego klasy ściągnęli mnie z korytarza mówiąc: „Niech pani do niego przyjdzie. Bo przy pani to nawet płakać jest jakoś lżej”.  Po tych słowach samej zachciało mi się płakać z wrażenia. Jakoś się powstrzymałam. A Dawida nawet udało się pocieszyć.

W liceum powstrzymać płaczu już mi się nie udało. Gdy Ola śmiertelnie zatruła się czadem łzy leciały same i nikt nikogo nie próbował pocieszać. Na pierwszej lekcji od Jej śmierci, ponad trzydzieści twarzy patrzyło na mnie z wyrozumiałością gdy nie mogłam przeczytać listy obecności widząc Jej nazwisko. Uczniowie pozwolili płakać ile trzeba i jeszcze podali chusteczki. Nie pytali dlaczego, nie oskarżali Boga, nie mówili, że to niesprawiedliwe, choć wszyscy trochę tak to czuliśmy.

Nie brakowało w tym roku twarzy roześmianych – i tych małych i tych prawie dorosłych.

W podstawówce o uśmiechniętą twarz nie jest trudno. Wystarczy wspólne zaśpiewanie piosenki, albo gra dydaktyczna z ptasim mleczkiem w nagrodę za dobrą odpowiedź. I ja przy dzieciach uśmiechałam się częściej  – gdy z dumą pokazywały mi dziury po wyrwanych mleczakach, albo prezentowały mi swoją dziecięcą teologiczną poprawność: „Przyjaźń z Jezusem jest możliwa tylko w trybie kościelnym”.  Racja, Kacperku z 2b. Taka prawda. Jak powiedział papież Franciszek, nie da się kochać Boga poza Kościołem.

W liceum do uśmiechu wystarczyły choćby propozycje tematów na katechezę, które przedstawiała  jedna z pierwszych klas. Wszelkie próby zmierzenia się z taką problematyką były nie lada wyzwaniem  i często kończyły się serdecznym śmiechem.  Kilka z nich było dla mnie sprawdzianem z dystansu do siebie i tego, jak z kłopotliwej sytuacji wyjść „z twarzą”.  W końcu i tematy o piersiach nie muszą być oburzające i są do zrealizowania – wystarczy wspólnie z uczniami poczytać Pieśń nad pieśniami.  A potem w urodziny usłyszeć od nich gromkie sto lat i dostać czekoladę, której nadal z wrażenia nie zjadłam.

Piękne są twarze moich uczniów, kiedy posługują podczas niedzielnej Eucharystii. Czytają Słowo Boże, śpiewają, niosą dary do ołtarza. W tym roku nie musiałam ich do tego jakoś specjalnie namawiać. O żaden „niedzielny dyżur” nie musiałam się martwić. Na dodatek, dziękując im za całoroczną pomoc, usłyszałam: „To my powinniśmy dziękować”. Szkoda, że nie wiem jak wygląda moja twarz, gdy odbiera mi mowę. Ale jakoś głupio w takiej chwili szukać lusterka.

W czasie apelu na zakończenie roku widać wiele uczniowskich twarzy. Lubię je obserwować.  Jedne roześmiane, inne smutne, często naprawdę wzruszone. I zawsze wtedy towarzyszy mi taka myśl, że niektórych z tych twarzy  już nigdy więcej na żywo nie zobaczę. Absolwenci jednej lub drugiej szkoły pójdą swoimi dorosłymi drogami. Ale ich twarze we mnie zostaną. Może z czasem trochę się zatrą, gdy upłyną lata i uczniowie się zmienią trudniej będzie ich rozpoznać. Ale twarze zostaną, bo swoją historią (nawet tylko tą szkolną) zmieniły moją historię.  Jak w piosence Michała Bajora:

Dzięki losie
Za to żeś dał mi w darze
Twarze, twarze
Te bliskie twarze
Że mi dałeś tę jasną oczywistość
Im świat większy
Tym bliższa bliskość

Niedawno, gdy wracałam ze szkoły, spotkałam długi czas  nie widzianą koleżankę z podstawówki. Zamieniłyśmy parę słów i nagle powiedziała: „Ja cię często widzę – jak idę gdzieś niedaleko szkół, albo jadę autobusem. A Ty się zawsze uśmiechasz. Jak Ty to robisz?”

Nie wiem. Może to dlatego, że od dawna noszę w sobie twarze  wielu dobrych i mądrych ludzi, którzy co roku, przez 10 miesięcy, są częścią mojej codzienności. Codzienności, w której niemal każdy dzień jest wyzwaniem i nowym doświadczeniem. W której uśmiechu nie brakuje. I której nie zamieniłabym na żadną inną.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Nic już nie będzie takie samo

    Święto Objawienia Pańskiego jest świętem samego Jezusa i Jego szczególnych gości z daleka. Dla mnie,... więcej

  • Ona i On

    Byłam kiedyś wychowawcą klasowym. Katecheta rzadko nim bywa. Trafiłam do klasy na zastępstwo. Miałam być... więcej

  • Wszystko jest możliwe

    Czasami moje życie zaczynają zmieniać ludzie, których właściwie nie znam. Których nigdy nie widziałam. I... więcej

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.