Umiłowawszy swoich na świecie

„...umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”– te słowa nieodmiennie wprawiają mnie w zdumienie. Cóż w ludziach można tak bardzo miłować? Nie w ludzkiej rasie, ale w tych z Nazaretu, którzy chcieli Go zepchnąć ze skały, tych, którzy na Niego donosili albo zatrzaskiwali drzwi, widząc, że się zbliża, tych, którzy mówili, że zwariował? Cóż można w nich kochać?

Interesowność, która każe im – jak i nam dzisiaj – przeczekiwać nauczania, bo potem będzie wreszcie uzdrawiał, ospałość serc, z powodu której nie ma w nich gruntu, na którym mogłoby osiąść Jego Słowo, płytkość ich religijnych potrzeb i wyobrażeń, upór, z jakim przykrawają Syna Bożego do swoich gustów…? A przecież skala ohydy, do jakiej zdolny jest człowiek, w stosunku do Niego dopiero się ujawni… Cóż tu zasługuje na miłowanie aż do końca? To znaczy zasługuje na miłość, która przenika poprzez zasłonę wszystkich tych obrzydliwości i jednak znajduje dla siebie uzasadnienie. Cóż takiego jest w nas, cóż tak cennego, że można to umiłować do końca, a czego cała ta szpetota skalać nie potrafi i czemu wartości nie ujmuje?

Czy to nie zdumiewające, że grzech, który ujawnia się we wszelkich formach ludzkiej aktywności – złych czynach, plugawych myślach, niedobrych poruszeniach serca – został pokonany nie przez człowieka czynu, lecz przez Mistyka i Kontemplatyka? Przez Tego, który będąc Synem Boga uczestniczył w Jego naturze, ale żyjąc jako Człowiek oddawał się nieustannej kontemplacji Ojca. Pozostając jednym z nas, kochając ludzkim sercem, przez to wpatrywanie się w Ojca zyskał niezwykły wgląd w naturę stworzenia, gdyż stworzenie jest odbiciem swego Stwórcy. Patrzył na każdego konkretnego człowieka „z Boskiego profilu”, to znaczy widział go jako realizację wspaniałego, zapierającego dech swym pięknem i rozmachem Ojcowskiego „projektu”. Realizację niedorastającą do niego, niezbyt może udaną, nawet pokraczną, ale jednak realizację. Taki zaś człowiek wart jest miłości najgłębszej, miłości niezachwianej. Zdolnej do najwyższej ofiary, gdyby ona miała sprawić, że splendor tego Ojcowskiego projektu ukaże się w pełni i dokona w każdym jednostkowym przypadku, to znaczy w każdej choćby najnędzniej się prezentującej ludzkiej istocie.

Z taką miłością Jezus szedł na krzyż. Z taką miłością możliwe było zwycięstwo. Gdyby ona wyrastała z innej gleby, gdyby była owocem Jego niespotykanej dobroci i łagodności, niezwykłej prawości i pobożności, po prostu siły charakteru i cnót osobistych, w godzinie męki, gdy starł się z najbardziej odrażającym świadectwem zanegowania Ojcowskiego projektu, nie wiem, czy odniósłby zwycięstwo. Bo warunkiem zwycięstwa była odmowa zwątpienia. Posłuszeństwo, jak to nazywa św. Paweł.

I tak zdumienie przeobraża się w zachwyt nad Bożym działaniem: nad logiką braku precyzji, wszechmocą bez-mocy, znawstwem, któremu zbędne poznanie… To ona, Jezusowa miłość do końca, wyznaczyła kalendarz Jego misji. Nie było daty, harmonogramu, planu… Jego obecność wśród nas dobiegła kresu, gdy wypełnił się czas wzrastania tej miłości. A był to czas niesłychanie krótki, nawet w skali jednostkowego ludzkiego losu, a co dopiero w skali historii rodzaju. Mimo to zmienił jej kierunek: przez to, że nadał jej inny sens i inną celowość. Jedna złota kropla Jezusowej miłości do końca zmieniła bieg unoszącej nas rzeki czasu.

 

Zobacz także