Universae Ecclesiae czyli kilka myśli o Summorum Pontificum

W piątek, 13 maja br. Papieska Komisja Ecclesia Dei opublikowała dokument Universae Ecclesiae, instrukcję o stosowaniu motu proprio Summorum Pontificum Benedykta XVI. Chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami na temat samego dokumentu, jego recepcji, a także natury bardziej ogólnej, o znaczeniu motu proprio dla Kościoła. Mam nadzieję, że uda mi się wywołać dyskusję. 

Z roboczym przekładem tekstu Universae Ecclesiae (dalej: UE) można zapoznać się na stronie „Christianitas”.

Instrukcja jest do jakiegoś stopnia oparta na wynikach ankiet przeprowadzonych wśród biskupów z całego świata, a jej celem jest wskazanie prawidłowej drogi interpretacji i stosowania papieskiego motu proprio. Dokument taki był bez wątpienia bardzo potrzebny z uwagi na stosunkowo często się pojawiające kontrowersje wokół rozumienia Summorum Pontificum (dalej: SP), przede wszystkim pomiędzy wiernymi przywiązanymi do nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego a duszpasterzami i hierarchami. Autorzy UE, zanim przechodzą do rozporządzeń szczegółowych, podają bardzo znaczącą w tym kontekście interpretację motu proprio, formułując jego cele. Są nimi:

a) ofiarowanie wszystkim wiernym liturgii rzymskiej w usus antiquior, jako skarbu do najstaranniejszego zachowania;

b) zagwarantowanie i realne zapewnienie używania nadzwyczajnej formy wszystkim tym, którzy tego pragną – w takim rozumieniu, że używanie liturgii rzymskiej obowiązującej w 1962 jest prawem danym dla dobra wiernych, a więc ma być interpretowane w sensie przychylnym dla wiernych, którzy są jego głównymi adresatami;

c) sprzyjać pojednaniu wewnątrz Kościoła (UE I,8).

Jakkolwiek jest to być może oczywiste, trzeba podkreślić, że ta interpretacja wydobywa na pierwszy plan konstruktywny wymiar motu proprio, wyrażający się w jak najszerzej rozumianym otwarciu dla wszystkich wiernych możliwości uczestniczenia w tradycji liturgicznej Kościoła. To ono właśnie wydaje się być właściwym kluczem czy paradygmatem, pozwalającym prawidłowo zrozumieć i realizować SP, który stanowi „znaczący wyraz magisterium Biskupa Rzymu i właściwej mu posługi – regulowania i porządkowania świętej liturgii Kościoła” (UE I,8). Zwykle znaczenie SP sprowadza się do drugiego z ww. punktów, co sprawia, że uwadze umyka reszta jego raison d’être, być może ważniejsza, jeśli nie najważniejsza. Jest nią nawet nie tyle ponowne wprowadzenie dawnej liturgii w krwioobieg Kościoła, ile – jeśli można użyć takiej medyczno-technicznej metafory – uruchomienie jej jako Jego „drugiego serca”.

Można zadać pytanie: po co Kościołowi drugie, skoro ma już jedno – liturgię zreformowaną. Odpowiedź tkwi, jak mi się zdaje, w okolicznościach historycznych i decyzjach, które doprowadziły do takiego a nie innego kształtu reformy, tzn. stworzenia nowych ksiąg. Nie do mnie należy ocena tamtego faktu czy odpowiedź na pytanie o jego przyczyny. Mogę tylko napisać, jak rozumiem przyczyny, dla których Benedykt XVI uznał za konieczne przypomnieć o równoprawności dawnej i nowej liturgii i usankcjonować to przy pomocy SP jako aktu prawnego. Nie można poważnie myśleć o Kościele bez liturgii, z kolei nie można poważnie myśleć o liturgii w oderwaniu od całości tradycji liturgicznej Kościoła i to nie w znaczeniu czysto historycznym, ale przede wszystkim praktycznym. W tym sensie było coś głęboko niewłaściwego w posoborowej próbie pominięcia, czy też kompletnego zmarginalizowania dotychczasowego głównego nurtu tradycyjnej liturgii rzymskiej. (Próba ta wynikała poniekąd ze złożenia faktu powstania nowych ksiąg i centralistycznego rozumienia Kościoła i w tym sensie musiała się wydawać logiczną konsekwencją reformy.)

Wydaje się, że nie będzie przesadą użycie tu metafory rany. Rany, którą Kościół sam sobie zadał. Nie rozumiem pod nią przede wszystkim uczuć i myśli osób, dla których przedsoborowa forma rytu była i powinna pozostać jedyną, ani nawet eklezjalnego rozłamu, jaki sposób wprowadzenia reformy za sobą pociągnął, lecz coś głębszego. Rana ta przebiega przez serca i umysły katolików. Z jednej strony przejawia się w postrzeganiu przedsoborowej tradycji liturgicznej Kościoła jako czegoś, z czego należy się wyzwolić, czy też co należy zdekonstruować, aby dotrzeć do istoty rzeczy tego, co nazywamy kultem prawdziwie chrześcijańskim, a z drugiej w rozpowszechnieniu myślenia o liturgii jako o czymś, co do nas (się nam) należy, co przynależy przede wszystkim do porządku antropologicznego i może być oceniane według kryteriów subiektywnych odczuć czy pomysłów, co jest otwarte na doraźne „uzdatnianie” zgodnie z wyobrażeniami hierarchów, księży czy wiernych na temat tego, co jest lepsze dla człowieka. Fakt, iż spora część wyżej wspomnianych nie widzi problemu pokazuje w pewnym sensie, jak bardzo on jest głęboki, tzn. jak bardzo wspomniane wymiary owej „rany” jawią się jako coś oczywistego i prawidłowego.

Znaczenie aktów, jakimi było SP, a teraz EU wykracza więc daleko poza ukłon w kierunku marginalnych grup miłośników staroci, lecz ma znaczenie ogólnoeklezjalne. Jest to bowiem próba rozpoczęcia działań w kierunku zaleczenia wyżej wspomnianej rany, ale w taki sposób, aby nie generować nowej – w rozporządzeniach Ojca Świętego nie ma ani odrobiny przymusu i bezwzględnego dążenia do unifikacji. Bezwarunkowa zgoda na odprawianie dawnej liturgii nie implikuje przecież w żaden, choćby najmniejszy sposób zakazu, ani ograniczenia odprawiania liturgii zreformowanej. Bezprecedensowa (ale tylko do pewnego stopnia) aktualna sytuacja istnienia dwóch form jednego rytu nie jest rewolucją, jak nazywają ją niektórzy przeciwnicy SP, ale konsekwencją radykalnego posunięcia, jakim było „zreformowanie” dawnego Mszału przez stworzenie nowego oraz – co chyba ważniejsze – rewolucyjnego sposobu wprowadzania liturgii zreformowanej, który wiązał się z zakrojonymi na szeroką skalę ograniczeniami możliwości uczestniczenia w liturgii dawnej. Ta sytuacja, w połączeniu z przedstawianiem historii Kościoła w kategoriach antagonizmu: stare (= gorsze, słabsze, zakłamane, itd.) – nowe (= lepsze, silne, odbrązowione, itd.) wpłynęło szeroko na świadomość katolików, generując bezpłodne odcięcie od historycznej totalności Kościoła. Benedykt XVI, jeśli dobrze go rozumiem, chce temu zaradzić, a sięgnięcie w tym do liturgii jest posunięciem genialnym, a w zasadzie jedynym możliwym. Żadne dokumenty, apele, uczone rozprawy, nic, co sprowadza się jedynie do przestrzeni słowa, nie miałoby możliwości przebicia się przez tę masę słów, jaka składa się na tendencyjną, opartą na logice zerwania i prostych opozycjach binarnych, interpretację samego Soboru, jak też faktu posoborowej reformy liturgicznej.

Jak już wspomniałem, chcąc na serio podchodzić do liturgii nie można pominąć czy marginalizować głównego nurtu tradycji liturgicznej Kościoła rzymskiego. Powinna ona być traktowana z pełną rewerencją i to nie na zasadzie historycznej, ale przede wszystkim praktycznej, jako: 1). po prostu właściwy chrześcijański i katolicki modus kultu (w sensie obiektywnym); 2). punkt odniesienia, model czy zbiór kryteriów, pozwalających kształtować – oczywiście w ramach obowiązujących rubryk – celebracje w nowej formie rytu, a także rozumieć je i przeżywać jako liturgię całego Kościoła (tj. w całej jego czasoprzestrzennej totalności), nie zaś jakiegoś sztucznego, temporalnie zawężonego tworu – „Kościoła posoborowego”. To oczywiście nie jest coś, co przyjdzie od razu, trzeba to postrzegać w kategoriach długotrwałego procesu. Najlepszym sposobem na jego uruchomienie i przeprowadzenie jest to, o co proszą i co zalecają SP i UE: stworzenie możliwości wolnego odprawiania i uczestniczenia w Mszach w obu formach rytu w całym Kościele.

UE jest dobrym krokiem w kierunku realizacji tego celu. Wbrew wcześniejszym obawom środowisk tradycjonalistycznych nie zawęża w żaden sposób SP, wprowadza za to potrzebne regulacje dotyczące grupy wiernych, która może starać się o celebracje w dawnej formie rytu jak również umiejętności kapłanów, którzy mogą ją sprawować. Jest to bardzo ważne, gdyż często nieprecyzyjność wcześniejszych rozporządzeń w tych właśnie obszarach była powodem odrzucania przez księży i biskupów próśb wiernych. Można mieć nadzieję, że UE sytuację tę przynajmniej po części poprawi, choć wydaje się oczywiste, że tak naprawdę poprawić ją może dopiero pojawienie się u hierarchów i duszpasterzy większej ilości dobrej woli, a często po prostu generalnej zmiany myślenia.

To, że ta ostatnia jest potrzebna widać choćby po reakcjach na UE, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Myślę tu np. o próbach reinterpretacji UE, w świetle których dokument ten nie jest wyrazem hojności Kościoła, ale ma przede wszystkim dyscyplinować niepokornych tradycjonalistów, albo niedwuznaczne suponowanie, że omija on naukę Soboru (pomija się przy tym oczywiście w ogóle fakt, że zalecenia konstytucji Sacrosanctum Concilium a ostateczny efekt prac komisji powołanej w celu zreformowania liturgii są w dużej mierze dwiema różnymi rzeczami). Wydaje mi się, że warto byłoby podjąć rzetelną dyskusję na temat powodów tej negatywnej recepcji. Skąd ta negacja, ten, trudno to inaczej nazwać, lęk? Skąd ta obsesyjna niechęć? Zadaję te pytania bynajmniej nie jako tradycjonalista, bo nim nie jestem, ale jako ktoś, kto chce na poważnie traktować własną wiarę, Kościół, tradycję (włącznie z ostatnim Soborem), liturgię, w tym tę zreformowaną, która jest dla mnie ciągle głównym „domem”… Papież ma genialną intuicję tego, co jest dla Kościoła dobre. Jakie intencje przyświecają tym, którzy te jego działania negują, lekceważą, próbują udawać, że ich nie ma?

Pośród wymienionych przez UE celów SP jest również pojednanie wewnątrz Kościoła. Warto zwrócić uwagę na szeroki eklezjalny wymiar działań ograniczających implementację tego ostatniego. Mówiąc wprost marginalizacja dawnego rytu i grupy do niego przywiązanych, dokonywana niekiedy przy użyciu bezdusznego kurialnego biurokratyzmu jest działaniem na szkodę Kościoła. Można tu wymienić przynajmniej kilka brutalnie praktycznych powodów:

        ludzie przywiązani do dawnego rytu, bardzo często niesłusznie en bloc postrzegani (przez pryzmat ekstremistów) jako element wywrotowy, są w rzeczywistości ludźmi gorliwej i ortodoksyjnej wiary, zatroskanymi o Kościół, przyjmującymi jego naukę moralną itd. Mówiąc bez ogródek, nie stać nas na ich stratę.

        lekceważenie ich oznacza nie tylko pozostawienie na boku realnej siły ewangelizacyjnej, duszpasterskiej itd., ale również stanowi zaciągnięcie odpowiedzialności za utratę przez nich zaufania do hierarchii, za utrwalanie w nich przekonania, że tzw. „Kościół posoborowy” przeniknięty jest w rzeczywistości myśleniem obcym albo wrogim wierze, i można się z jego strony spodziewać opresji lub pogardliwie rzucanych ochłapów. W niektórych przypadkach jest to zaciągnięcie winy za ich zdziwaczenie, włącznie z tworzeniem zawężonych i idiosynkratycznych koncepcji wiary, liturgii i Kościoła, i wreszcie za atrofię więzi niektórych z nich z Tym ostatnim. Faktem jest, że często sami skazują się na getto, drogą jednak do przeciwdziałania tego typu zjawiskom nie jest dodatkowe ich ograniczanie, ale wręcz przeciwnie, upowszechnienie dawnej liturgii zgodnie z intencjami SP.

        Wyrażana często przez środowiska skupione wokół dawnej formy rytu krytyka różnych aspektów funkcjonowania Kościoła po Soborze, opierająca się na nauce przedsoborowej, zwykle traktowana przez teologiczny mainstream z dużym spektrum negatywnych emocji i na różne sposoby odrzucana, stanowi ważny potencjał, dzięki któremu wszyscy, jako Kościół, możemy nabierać dystansu do eklezjalnej rzeczywistości, w której żyjemy i pytać o prawdę w niej. Otwarcie na oścież drzwi dla dawnej liturgii może spowodować zwiększenie się liczby osób, które zaczną zadawać samym sobie i Kościołowi pytania o aktualny stan wiary, moralności, czy teologicznej czy eklezjalnej świadomości katolików, nie dowierzając uładzonym uspokajającym teologicznym frazesom. Wywoła to bez wątpienia ferment, pytanie tylko czy trzeba go rozumieć jako zagrożenie. Wydaje się, że przeciwnie, może to być szansa, nie na powrót jakiejś kostycznej i rytualistycznej tradycji, ale ożywienie prawdziwej i radykalnej, tj. nie poddanej świeckim kategoriom świata, wiary.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.