Upragniony

Bóg porównuje go do rzeki. Jak słuchać takich słów kilka tygodni po powodzi? Taka metafora z pewnością oddziaływała mocno na mieszkańców pustyni i krain skąpo nawodnionych – pierwszych adresatów Słowa. Oni wyczuwali, że musi on być czymś nadzwyczajnym.

Ciekawe, że Bóg porównał go do ruchu, do zmiany, do przepływania. Mógł przecież powiedzieć, że jest on jak nieporuszony staw. Wtedy dla nas, oszalałych na jego punkcie, Boża metafora byłaby oczywista. Bo tak go najczęściej sobie wyobrażamy. Rzadziej doświadczamy.

Paweł zestawia go z miłosierdziem. Dla rymu czy do pary? Raczej z przekonania, że bez tego składnika, jego zdobywanie przemieni się w wojnę. Bez miłosierdzia będzie osiągany za zbyt wysoką cenę. Będzie pustym słowem, przyzwyczajeniem, mamrotanym w czasie przekazywania go sobie na mszy. Będzie pięknym hasłem, ilustrowanym białym gołąbkiem (czyżby propaganda wiedziała, że jest on też owocem Ducha Świętego?), sloganem, za którym stoi przeraźliwe nic. On i miłosierdzie. Dopiero wtedy, w takiej parze, przypływa on jak rzeka i wypełnia słowa i gesty. 

Jezus uczy, by go hojnie rozdawać. Więc nie zdobywać, szukać, kupować u terapeutów, ale dawać. Czy tych siedemdziesięciu dwóch nie przeżywało jego braku, jego przeciwieństwa? Z pewnością tak. Poszli przecież jak owce między wilki, a nie na zielone pastwiska. Byli nim jednak przepełnieni dlatego, że go rozdawali. Wysoce nielogiczne. Za to jak najbardziej ewangeliczne. Rozdawali go przede wszystkim przez dobre słowo, serdeczne przywitanie. Prosto, ale skutecznie. Otrzymywał go ten, który okazał się godny tego daru. Ten, który umiał to serdeczne przywitanie odwzajemnić.

On – upragniony przez każde serce i umysł.
On – pokój.

Wojciech Dudzik OP

 

Zobacz także