Uszy do słuchania czy uszy do słyszenia?

Mają uszy a nie słyszą

 

 

Właśnie tak. Zalewa nas istna powódź dźwięków. Zewsząd. W tym natłoku bodźców nasz słuch zwykle nie jest już w stanie usłyszeć tej subtelnej różnicy, jaką dzieli w śpiewie zaangażowanie od patosu, przejęcie od teatralności, indywidualność od pretensjonalności, stylizację od przedrzeźniania, sztukę od zmanierowania, delikatność od zniewieścienia, słodycz od przesłodzenia, wyrazistość od prostactwa, prostotę od naiwności, siłę od krzykliwości etc.

Grozi nam, że postawimy między nimi znak równości. I czasem stawiamy. A może zwykle, a może zawsze. Nie, nigdy zawsze – bo nie da się całkiem zagłuszyć w człowieku tej iskry, która sprawia, że jest na podobieństwo swojego Stwórcy.

Św. Pius X napisał w słynnym motu proprio: „Nic zatem nie powinno wydarzyć się w świątyni, co by przeszkadzało, lub choćby tylko zmniejszało pobożność i skupienie ducha wiernych, – nic, co by stanowiło słuszną przyczynę niesmaku lub zgorszenia, a nade wszystko nic, co by wprost obrażało powagę i świętość kościelnych czynności i tym samym stawało się niegodnym Domu Modlitwy i Majestatu Bożego.”

Dziś niejeden jest zniesmaczony śpiewem w kościele. Ale gdy już go to spotkało winien sobie zadać pytanie – czy ma ku temu słuszną przyczynę. Ile w tym zgorszeniu ma udziału ta niezagaszalna iskra Boża lub dobrze uformowany katolicki gust, a ile własne upodobanie lub uśredniony, bądź nawet spaczony gust. Gdyż jak to już wiele razy pisałem tu i ówdzie – gust jest jak sumienie i należy go odpowiednio kształtować.

Dlatego nie wzrusza mnie pogardliwy uśmieszek mainstreamu, który pojawia się gdy śpiewam – nie on jest wyznacznikiem normalności. To obawa przed tym uśmieszkiem sprawiła, że nasze kościoły zamilkły, że lud nie śpiewa – no chyba, że taki bezczelny i bezwstydny typ jak ja.

Jest pogrzeb. Wchodzę do domu zmarłego, otwarta trumna, płacząca rodzina, sąsiedzi, gapie. Śpiewam „Bóg miłosierny daje odkupienie” i nie ma tam miejsca na patos, teatralność, pretensjonalność. Tam nie ma nawet miejsca na stylizację, sztukę, delikatność, słodycz, wyrazistość. Po prostu się śpiewa. Ludzie ten śpiew podejmują, albo nie podejmują. Nie ma to znaczenia. Odśpiewa się swoje i koniec. Potem niosą trumnę do krzyża – „Wieczny odpoczynek”. I znowu. Czasem jest mróz, czasem pada, czasem ma się zapalenie krtani i się idzie i śpiewa. I tu nie ma miejsca na subtelności – poza tym trzeba się przebić przez szum ulicy i rozmowy.

 

Za wolno, za głośno

 

Mikrofon jest wrogiem śpiewu. Mikrofon jest wrogiem wymowy. Kochasz delikatny i słodki śpiew? Zrób eksperyment – wyłącz mikrofon w kościele, włącz w organach Pryncypał 8’ i zaśpiewaj. No cóż, Twój śpiew nie będzie już tak delikatny. Stanie się też dużo wolniejszy. A i tak z dołu powiedzą, że nic nie słychać, albo, że nic nie można zrozumieć. Musiałbyś zaśpiewać jeszcze wolniej i jeszcze głośniej. Ale ile to by trwało – ksiądz już dawno „przygotował dary”, a Ty jeszcze nie skończyłeś pierwszej zwrotki? Wypowiedzenie tego samego zdania w rozmowie telefonicznej i na wykładzie w obszernej auli będzie trwało inną ilość czasu i nie ma w tym nic dziwnego. Ci, co nigdy się w śpiew nie włączają powiedzą, że za wolno. A ci, co chcą przekrzyczeć organistę powiedzą, że za szybko.

 

In viro veritas

 

Mężczyznom jest trudniej ładnie śpiewać. Zerknijmy na skład osobowy czołowych zespołów śpiewających chorał wg szkoły „semiologicznej”. Mężczyzna dyryguje – kobiety śpiewają. To kobiecy śpiew ratuje ten nurt. I koncerty. Pójdź z „semiologicznym” śpiewem w kondukcie na cmentarzu, dowiesz się dlaczego. Ale nie jeden raz tylko sto. I nie u dominikanów tylko gdziekolwiek w Polsce. Albo załóż męską scholę „semiologiczną” i nie śpiewaj jak w operze, ani jak eunuchy, ani jak Korsykanie, ani jak Grecy. I nie falsetami. I niech to będzie przekonujące. No i niech to nie będzie Chór Wojska Polskiego. Jak to – niemożliwe?

 

Pars pro toto

 

Jest w nas taka pokusa, żeby wziąć część za całość. I to zrozumiałe. Jak nie mogę mieć całości, to lepsza będzie część niż nic. Jak kochałem heavymetal to jak ostrzej grali gotów byłem przymknąć oko na inne niedoskonałości. I dziś wolę jak śpiewa się chorał mocno i po męsku. Ale bez przesady. Moc i męskość nie zastąpi muzykalności. Był to rok chyba 1997 albo 1998 – odczytany na nowo traktat Hieronima z Moraw stał się nową Biblią jarosławskich choralistów. Jarosław zapełnił się beczącymi rytmicznie młodzieńcami (w tym mną). Nie była to muzyka. Jak doktrynerskie zaaplikowanie wykoncypowanych zasad do martwych dźwięków miało je ożywić? I tak ze trzy dni. A potem przyjechał Marcel Peres i w kolejne trzy dni zrobił z tego muzykę. Zasady okazały się być drugoplanowe – na pierwszy plan wróciła muzyka, muzykalność, fraza i dźwięki ożyły.

Ale jest jeszcze inny wariant – oto czasem część bierzemy za całość, którą to całością ta cześć nie jest i nie będzie. Skopiowanie maniery wokalnej i kilku ozdobników od Korsykanów nie sprawi, że zaśpiewamy jak oni. Darcie się od serca nie zrobi za nas ludowych śpiewaków. Zwrócę tu uwagę tylko na artykulację, sposób wymowy, łączenie dźwięków. Ale nade wszystko nic nie zastąpi w śpiewie wyczucia frazy i muzykalności. Ale gdzie się tego szybko nauczyć?

 

Emaus

 

No i wreszcie wciąż najważniejsza do śpiewania Bogu jest pokora. To pokora każe nam zamilknąć, gdy zgubimy frazę. To ona pozwala nam próbować usłyszeć samego siebie, swoje fałsze. I nad tym pracować, poprawić – uwaga! – następnym razem. To ona wreszcie pozwala nam nie przejmować się swoimi fałszami. I to ona daje potrzebny dystans do swoich poczynań. Z niej wynika gotowość do zawrócenia z drogi, jeśli okaże się być fałszywa albo gdy znajdziemy inną – prawdziwą lub choćby prawdziwszą. Amen.

 



Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Bartosz Izbicki

Bartosz Izbicki na Liturgia.pl

Miłośnik wypowiedzi Msgr Domenico Bartolucciego, przyjaciel Jakóba (zwanego czasem Lwie Ucho) i Brata Horhe, z którymi przeżywa moc przygód