W świetle Jupitera

Modliłem się pewnego razu. Powolutku ojcze, zdrowaś, aniele półszeptem sączyłem po zmroku. Półszeptem, w półmroku – Bóg podobno widzi w ciemności i słyszy to, co niewypowiedziane (jak antropomorficznie przedstawiana rzecz ta bywa), więc warunki obserwacyjne miał, jak na swoje możliwości, komfortowe.

 

Modliłem się pewnego razu. Powolutku ojcze, zdrowaś, aniele półszeptem sączyłem po zmroku. Półszeptem, w półmroku – Bóg podobno widzi w ciemności i słyszy to, co niewypowiedziane (jak antropomorficznie przedstawiana rzecz ta bywa), więc warunki obserwacyjne miał, jak na swoje możliwości, komfortowe.

 

I gdy już spokojnie kończyłem, gdy wszystko zmierzało do szczęśliwego amen… gdy ręce się zginały w wymachach sławiących jednym, potrójnym gestem Trójjedność… Wtedy nagle, zupełnie nie wiem skąd, przyszła mi do głowy myśl. Myśl to chyba mało powiedziane. Poczułem prawie, że to wszystko mogłoby stać się realnie. Spróbujcie wejść w moją skórę. To było niewypowiedzianie straszne. Sen na jeszcze jawie, chwilę przed snem, ale jeszcze świadomie jawił mi się obraz, ba – obraz ma tylko dwa wymiary – przestrzeń mi się jawiła. I światło.

 

W jednej sekundzie objawiły się, spod ziemi chyba się wynurzając, wyniosłe jupitery, które rozbłysły jak flesz, lecz w przeciwieństwie do niego nie zgasły po chwili. „Na Zeusa!” zakrzyknęła bardziej spoganiała, spora część mej duszy, na szczęście krzyknęła cicho, zakrzyknęła w duchu, bo oto przed ustami pojawił mi się mikrofon, a dusza była tuż obok, na ramieniu i z pewnością czułe urządzenie wychwyciłoby moment dialogu religijnego, jaki dusza chciała w ten sposób ze mną przeprowadzić.

 

Psim swędem, psim swędem jeno uwolniłem się od potrzeby przegrzebywania „Dignitatis humanae” w poszukiwaniu fragmentów, które duszę uwolniłyby od potępienia. A nie wiem czy i swojej cielesnej skóry nie musiałbym ratować za zadawanie się z taką towarzyszką. Oskarżenia mogłyby i na mnie spaść ciężkie, szczęściem dusza w duchu jedynie szepnęła i miast ciężkich oskarżeń, ciężki kamień spadł – mi z serca (w biblijne nerki spadł zresztą i czuję to do dziś; czuję tam ten i inne kamienie).

A to nie koniec wydarzeń tej sekundy nieszczęsnej, niebogiej. Fragment podłogi w pobliżu łóżka, który bezpiecznie dotąd zajmowałem, którego się uczepiłem, jako stabilnej części całej tej chwili, wyrwał się z fundamentów, poszybował w górę. Jupitery grzały jeszcze mocniej. Wokół pojawili się ludzie obserwujący mnie, a wewnętrzny dajmonion sieknął rozkazem, by teraz się modlić!

 

Widzicie to? Światła, mikrofon, ludzie obserwujący czy strój dobrze na mnie leży, w oczy się wwiercający świderkami własnych swych ócz, a sumiennie powinienem wypełnić obowiązek modlitwy…

 

Niech mnie ktoś uszczypnie, chcę krzyknąć, nauczony bogatym doświadczeniem postaci serialowych, chcę przeczekać aż się obudzę zlany zimnym potem, jak wiem, że stać się może, dzięki bogactwu przeżyć opisanych w książkach rozmaitych wiem, ale nie… módl się wezwanie czuję, chcę się odwrócić, ale nie, módl… Szukam krzyża wzrokiem, może będę mógł udać, że mnie ludzie dokoła nie obchodzą, że jestem ponad to, że nie zwracam na nich uwagi, a ku Bogu kieruję oczy. Męka.

 

***

Chciałem z tego miejsca pogratulować, złożyć oficjalne, szczere ukłony szacunku na ręce przedstawicieli zebranych tu tłumnie czcigodnych kapłanów Chrystusowych. Dla każdego z osobna chętnie bym złożył, wyrazy podziwu przekazał, dla każdego księdza, który stojąc na estradowym podwyższeniu, przed tłumem wiernych gapiów, w świetle (sztucznym co prawda, ale punktowym) i z mikrofonem – nie poddaje się pokusie gwiazdorzenia, który mimo tabernakulum za plecami, wie, że staje przed obliczem Pana i skromnie, modlitewnie składa ręce do modlitwy, składa ofiarę świętą, hostię niepokalaną.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Michał Buczkowski

Michał Buczkowski na Liturgia.pl

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.