Warhammer i Biblia

Jakiś czas temu, kiedy rozmawiałem z moim lekarzem i wspomniałem o trudnościach ze znalezieniem pracy w moim zawodzie, on żartobliwie powiedział: "Może pan uczyć gockiego, jacyś fascynaci Warhammer z pewnością będą chętni." Wstyd (?) się przyznać, ale musiałem w Wikipedii sprawdzić, co to jest Warhammer.

Być może wielbiciele tego "świata" rzeczywiście byliby zainteresowani takim językiem jak gocki. Pewnie bardziej niż rozmaici profesorowie UW. Konia z rzędem temu, kto umie mi wyjaśnić, dlaczego w Ośrodku Badań nad Tradycją Antyczną w Europie Środkowej i Wschodniej mogą się odbywać zajęcia z języka azteckiego, a z gockiego już nie. Co tam gocki, na hymnografię łacińską też nie ma miejsca. Ale na azteckie szerokie pośladki* jest. Ośrodek niedawno się przemianował na Instytut Badań Interdyscyplinarnych, więc już do azteckiego się przyczepić nie można. Ale do gockiego wciąż można: babeczka, która ma przede mną zajęcia w tej samej sali, zawsze patrzy na mnie jak na okaz w formalinie i mówi: "Ach, bo pan uczy tego  d z i w n e g o  języka!" W czym on dziwny, nie wiem, i nie wiedzą też trzy studentki, które się go uczą z wielkim zainteresowaniem. (Gwoli ścisłości: gockiego uczę tylko w pomieszczeniach należących do wyżej wspomnianego instytutu, w ramach działalności koła studenckiego. O zatrudnieniu raczej nie mam co marzyć.)

Ale wracając do użycia gockiego: Kiedyś znalazłem w sieci entuzjastyczną recenzję jednego z podręczników do gockiego, która napisana była przez jakiegoś neopoganina, czy raczej wyznawcę wicca (jakkolwiek się to po polsku odmienia). Najwyraźniej oni głównie (poza filologicznymi dziwakami) uczą się tego języka, i to uczą – chyba – w celach rytualnych, bo w recenzji wzmianka była o dawnych bogach. Ciekawe. Zwłaszcza że cała nasza wiedza o języku gockim opiera się na przekładzie Biblii, który zrobił w 4. wieku gocki biskup Wulfila. Tak, poza kilkoma inskrypcjami jedyny zabytek języka gockiego, jedyna literatura w nim zachowana, to Biblia. Biblia ciekawa, bo tłumaczona przez Wulfilę z greki, czyli mamy bezpośredni, w przypadku Nowego Testamentu, przekład z języka oryginalnego. I nagle język gocki okazuje się wielce użyteczny dla wyznawców neopogaństwa. Jakaś próba odtworzenia pierwotnych, germańskich wierzeń Gotów? To już lepiej sięgnąć do staroislandzkiego i "Eddy". Chociaż lepiej nie, bo na drzewach zaczęłyby kołysać się trupy, złożone w ofierze Odinowi…

Skoro już wspomniałem o wicca, to napiszę jeszcze o pentagramie. Szokiem było dla mnie, gdy się dowiedziałem, że to symbol tejże religii. "Boże", pomyślałem, "a ja w dzieciństwie tyle się tych pentagramów narysowałem!" A wszystko wskutek rozczytywania się w opowieściach arturiańskich. Na tarczy Gawaina, kiedy wyrusza na spotkanie z Zielonym Rycerzem, widnieje właśnie pięciokątna gwiazda. W książce o Rycerzach Okrągłego Stołu była wzmianka, że to herb królestwa Artura, Logres, i w związku z tym namiętnie ten herb rysowałem, gdzie tylko się dało.

Problem w tym, że akurat pentagram ma symbolikę dosyć niejednoznaczną. Na tarczy Gawaina mógł się odnosić do pięciu ran Chrystusa lub do pięciu radości świętej Maryi, albo do pięciu zmysłów, nad którymi trzeba czuwać, bo przez nie grzech może wejść do duszy. Ale może też oznaczać pięć elementów, tarczę Salomona, głowę kozła, a tym samym diabła… Tak samo jest z triquetrą: dla jednych to symbol Trójcy Świętej, dla innych – potrójnej mocy, z jaką wraca do nas wszystko, co robimy…

Zostańmy więc przy gockim, najstarszym z języków germańskich, w którym zachowały się zabytki literackie, a dokładniej: przekład Biblii. Zachował się więc dla nas ten język jako chrześcijański.

*Jeśli dobrze pamiętam, w mitach azteckich jest jakaś Bogini o Wielkich Pośladkach – coś w tym stylu. Więcej nie wiem i wiedzieć nie chcę, sama myśl o Aztekach wywołuje we mnie odruch wymiotny.

A skoro już było o pośladkach… "Wypłyń na głębię" to po gocku "Brigg ana diupiþa" (czyt. bring ana djupida). Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłem, jeśli tak, to przepraszam, i radzę nie czytać Arystofanesa.

tengwar


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.