Warszawska katedra

Od kilku dni pluję flegmą i krwią obficie, cierpiąc przy tym – istota zimnolubna! – z powodu podwyższonej ciepłoty ciała. Postanowiłem jednak iść dzisiaj do kościoła. Zdołałem się doprowadzić do stanu, w jakim można pokazać się poza domem, z opóźnieniem, więc zamiast na ósmą do własnego kościoła, trafiłem na dziewiątą do warszawskiej archikatedry.

I to był błąd.

W katedrze dwóch panów z jakiejś stacji telewizyjnej, z kamerą ustawioną na wprost ołtarza, i mikrofonem. Operator kamery, żując gumę, sprawnie filmował a to ludzi w ławkach, a to ołtarzowy krzyż… Tuż przed mszą pojawiła się konkurencyjna ekipa, która skromnie stanęła w nawie bocznej. Msza się zaczęła. A właściwie, zanim się zaczęła, można było wysłuchać krótkiego preludium organowego, po którym dopiero nastąpiła pieśń na wejście, jeśli można ją tak nazwać, bo w jej trakcie celebrans już stał przy ambonie. Nie wiem, jak teraz, ale w czasach, kiedy dorastałem, w Wielkim Poście organy mogły grać tylko dla podtrzymania śpiewu. Może jednak odstąpiono od tej zasady?

Do ołtarza żwawym krokiem podąża proboszcz katedry, wspomniany już kilkakrotnie na blogach ks. Bartołd. Po pozdrowieniu wiernych kwieciście mówi o tym niezwykłym dniu dzisiejszym, a następnie prosi, aby usiąść, bo będzie odczytywał imiona zmarłych. Jest to bowiem 3. środa miesiąca, kiedy w katedrze odprawia się mszę wypominkową za zmarłych. Siadamy. Ksiądz zaczyna odczytywać, z kilku kartek, imiona i nazwiska zmarłych. Robi to z szybkością zadziwiającą: dysząc jak Lord Vader zastanawiam się z zazdrością, kiedy on w ogóle jest w stanie wziąć oddech, na którym może odczytać 20 nazwisk… Powierzamy Panu Bogu tych zmarłych, których powierzamy we mszy świętej. A teraz przeprośmy Pana Boga za nasze grzechy, abyśmy mogli godnie uczestniczyć w Najświętszej Ofierze. Celebrans mówi to, mając przed sobą otwarty mszał, w którym na czerwono napisano: Opuszcza się akt pokuty, bo zastępuje go posypanie głów popiołem. Nie, nie usłyszałem źle, chociaż słuch, i tak już słaby, przytępiony mam jeszcze bardziej z powodu infekcji. Ludzie recytują: Spowiadam się Bogu wszechmogącemu…

Jeśli ktoś z czytelników w tym momencie zemdlał, to się nie dziwię. Sam ledwo się trzymałem na nogach, nie wiem, czy z powodu gorączki, czy zgorszenia liturgicznego. Po kolekcie ks. Bartołd, z radosnym uśmiechem na twarzy, bierze mszał z ambony i przenosi na ołtarz, a na ambonę wchodzi kleryk, posługujący do mszy. Odczytał obie lekcje, zaśpiewał psalm i werset przed Ewangelią, przynajmniej tutaj wszystko było porządnie.

Teraz Ewangelia, z której się dowiedziałem, że niektórzy przyobierają się w wygląd ponury. W jej trakcie biedny kleryk musiał wyjść do zakrystii po zapałki, bo zgasły trzy świece (olejowe, zdaje się) przy ołtarzu. Po Ewangelii celebrans radośnie mówi: A teraz będzie posypanie głów popiołem. Homilii nie było.

Kolejka do ołtarza, bo tylko jeden kapłan nakłada popiół na głowy wiernych, filmowana była skwapliwie przez panów z telewizji. Kolejna świeca zgasła przy ołtarzu.

Co było dalej, pamiętam jak przez mgłę. Smętnie dumałem, iż niemądrze zrobiłem, wychodząc z domu z gorączką i masą zarazków, wciąż, jak sądzę, karnawałowo bawiących się w moim organizmie. Deus, tu scis insipientiam meam…

Janie Chrzcicielu, Janie Poprzedniku, tyś patronem archikatedry warszawskiej, twoja ikona stoi obok mnie, gdy to piszę… Módl się, módl się za nami.

PS Dla zainteresowanych: po prawej stronie tego tekstu jest rubryka, całkiem spora, w której można przeczytać, jak się nazywam, kim jestem i czym się zajmuję. Szukać nigdzie nie trzeba.

PPS Jeśli kogoś, w czasie mszy w katedrze, zaraziłem, to jest to moja bardzo wielka wina. Deus, tu scis insipientiam meam, cuius ego obliviscor. Miserere mei, miserere mei. Powinienem był pomyśleć o tym wcześniej, zaoszczędziłbym cierpienia innym i sobie.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.