Wczoraj w Betlejem

Na dwa dni przed Wigilią mój komputer postanowił skończyć ze sobą, zatem chwilowo korzystam z cudzego. (Rozklekotana klawiatura, więc przepraszam za wszelkie literówki. Jednocześnie przepraszam wszystkich za brak odpowiedzi na e-maile.) W gruzach legły wszelkie plany napisania o bożonarodzeniowej lex credendi – lex orandi (sic! w takiej właśnie kolejności w jednej z homilii Bedy.

A o samym Bedzie też trzeba będzie napisać, z racji jego wielce ciekawych poglądów liturgicznych.

Liturgia ośmiu dni Narodzenia Pańskiego podobna jest do bogato iluminowanej stronicy wczesnośredniowiecznego manuskryptu, lub do naszyjnika, takiego jak Nauglamír, misternie ozdobionego wszelkiego rodzaju klejnotami. Przynajmniej tak jest w brewiarzu i w mszale. W praktyce piękno to może zostać zarżnięte przez zestaw kolęd, śpiewanych w czasie mszy.

Dzisiaj w Betlejem na wejście u św. Marcina to już tradycja, niestety, jak dla mnie strasznie męcząca. Przecież nie trzeba od tej kolędy zaczynać każdej mszy – w sam dzień Bożego Narodzenia można zaśpiewać chociażby piękne Z narodzenia Pana, w niedzielę Świętej Rodziny – Przybieżeli do Betlejem, odpowiadające antyfonie na wejście tego dnia. Nie – Dzisiaj w Betlejem, aż do znudzenia, także i wczoraj. Bogu dzięki, że tak krotko się śpiewa kolędy! (I Bogu dzięki, że tylko raz słyszałem Przystąpmy do szopy, uściskajmy stopy. Niestety, również tylko raz Pójdźmy wszyscy czy Anioł pasterzom, moje ulubione.) Takie niby mamy bogactwo kolęd, a jak przyjdzie co do czego, to raptem bez przerwy cztery czy pięć się śpiewa, stały zestaw.

I jeszcze kilka próśb do księży: nie mówcie przez 20 minut kazania o wszystkim i o niczym (jak to bywa w niektórych pracach doktorskich czy habilitacyjnych jednego z katolickich uniwersytetów), po którym obowiązkowo następuje druga Modlitwa Eucharystyczna. Czytajcie w mszale uważnie: kolekta to nie to samo, co modlitwa nad darami, a oktawa Narodzenia Pańskiego skończyła się 1 stycznia.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.