Wewnętrzne owoce miłości

Jak odnaleźć w sobie taką wewnętrzną przestrzeń, która pozwoliłaby na zdobycie odpowiedniego dystansu do tego, co dzieje się we mnie i wokół mnie, żeby móc mądrze to postrzegać i mądrze działać? Jak sprawić, żeby nic nie mogło spowodować we mnie zamieszania, które odbiera trzeźwy rozum? Co zrobić, żeby móc się cieszyć, ale tak, żeby ta radość nie skończyła się smutkiem albo rozpaczą? Co wreszcie uczynić, żeby w tym wszystkim nie pozostać nieczułym na to, co mnie otacza, nieczułym na ludzką biedę, na ludzki ból, na cierpienie, którego doświadczają inni?

Święty Tomasz z Akwinu odpowiada prosto, wydawałoby się w sposób nieco zbywający pytającego: Kochaj Pana Boga! Ale jeśli się bliżej przyjrzeć, w tej odpowiedzi zawierają się głębokie zasady duchowego życia człowieka. Odpowiedź ta obejmuje wszystkie powyższe pytania w samym rdzeniu. Wewnętrznymi owocami miłości do Boga jest prawdziwa radość, prawdziwy pokój i prawdziwe miłosierdzie. To działa również na odwrót: jeśli brakuje mi tych owoców, to trzeba się zapytać o stan miłości do Pana Boga we mnie. „Miłość wprowadza człowieka w doskonałą radość. Nikt bowiem bez trwania w miłości nie ma prawdziwej radości. Ktokolwiek zaś czegoś pragnie, nie cieszy się ani raduje, ani nie spocznie, aż tego nie osiągnie. Bywa tak ze wszystkim, co doczesne, że gdy się czegoś nie posiada, chciałoby się to mieć, gdy z kolei już to posiadamy – budzi się niechęć i niesmak. Ale nie tak jest z tym, co duchowe. Szczególnie widać to w wypadku człowieka, który kocha Boga – już Go posiada i dlatego dusza miłującego i pragnącego może w Nim spocząć: «Kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg w nim» – jak mówi św. Jan (1 J 4,16)” (D.D.P., Prol.).

Radość rodzi się z posiadania tego, do czego się dążyło, bądź też jest wynikiem dobra, którego się pragnęło. Tak więc cieszy się dziecko, że dostało lizaka, o którego prosiło, ale też cieszy się przyjaciel z oczekiwanego sukcesu swojego przyjaciela. Miłość do Boga ma w sobie wymiar nieskończoności ze względu na relację przyjaźni z Nieskończonym Dobrem. Pragnienie dobra dla takiego Przyjaciela zawsze jest źródłem radości, bo On jest pełen dobra. Miłość do Boga ma też w sobie wymiar nieskończoności ze względu na nieograniczoną obecność Umiłowanego i bycie z Nim, w Nim i przez Niego za sprawą duchowego zjednoczenia. „Dalej, miłość sprawia doskonały pokój. Bywa tak z tym, co doczesne, że jest częstym przedmiotem pożądania. Lecz zdobycie tegoż nie powoduje spoczynku duszy pragnącego, a nawet sprawia, że posiadając jedną rzecz, pożąda kolejnej. Dlatego Izajasz mówi (57,20): «Bezbożni są jak morze wzburzone, które się nie może uciszyć» i dalej (57,2): «Nie ma pokoju – mówi Bóg mój – dla bezbożnych». Ale nie tak jest z miłością do Boga. Kto bowiem kocha Boga, posiada doskonały pokój” (D.D.P., Prol.)

Złożenie swego najgłębszego pragnienia w tym, co przemijalne, z konieczności kończy się smutkiem lub wręcz rozpaczą ze względu na naturę tego, co przemijalne bowiem wszystko to ma swój koniec. Bywa tak, że człowiek ma do tego stopnia nieuporządkowane wnętrze, że kierowany najgłębszym pragnieniem dąży do tego, co trwa tylko kilka chwil. Jeśli mu się uda, znajduje ukojenie na miarę swojego pragnienia – na kilka chwil. Potem szuka czegoś bardziej oryginalnego, czegoś bardziej ekscentrycznego, znowu – na kilka chwil. Gdyby się głębiej zastanowić, to nie ma sensu. Mędrzec Kohelet w swej trzeźwości określa to krótko: „Wszystko to marność i pogoń za wiatrem” (Koh 2,11).

Doskonałość radości i pokoju nie oznacza doskonałego zapatrzenia na swoją radość i swój pokój. Taki wysubtelniony egocentryzm wprost kłóciłby się z doskonałością i mógłby być oparty na udawanej radości i tłumionym pokoju. Konieczny jest trzeci owoc miłości, jaką sprawia w nas obecność Ducha Świętego – miłosierdzie. Właściwością bowiem radości jako owocu prawdziwej miłości jest to, że nie boi się ona pewnego rodzaju smutku. Miłosierdzie właśnie jest pewnym smutkiem spowodowanym współczuciem nad czyjąś biedą, biedą z różnych poziomów ludzkiego istnienia: duchową, intelektualną, psychiczną, fizyczną czy wreszcie materialną. Właściwością pokoju jako owocu prawdziwej miłości jest również gotowość do wyjścia ku czyjejś biedzie, gotowość narażenia siebie dla drugiego człowieka, a więc gotowość znoszenia smutku i trwogi. Mamy tego przykład w Panu Jezusie, który zgodził się odczuwać smutek i trwogę w Ogrodzie Oliwnym.

Choć radość i pokój należą wprost do relacji z samym Panem Bogiem, to jednak – aby mogły być prawdziwe – muszą zawierać w sobie odniesienie do innych ludzi: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” – z rozbrajającą prostotą mówi św. Jan (1 J 4,20).

Miłosierdzie ma tę specyfikę, odróżniającą je pojęciowo od miłości, że jej motywem jest jakiś brak u drugiego człowieka. „Ponieważ smutek lub ból powstaje ze zła, które nas samych dotyka, dlatego o tyle ktoś może smucić się z czyjejś biedy, o ile cudzą biedę uważa za swoją. To dzieje się dwojako. Po pierwsze, na podstawie wspólnoty uczuć, co też dokonuje się przez miłość. Skoro przyjaciel uważa swego przyjaciela za swoje drugie «ja», dlatego jego biedę uznaje jako swoją i boleje nad biedą przyjaciela jak nad swoją. […] Stąd Apostoł mówi: «Weselcie się z tymi, którzy się weselą, płaczcie z tymi, którzy płaczą» (Rz 12,15). Po drugie, cudzą biedę uważa się za swoją w wyniku rzeczywistej wspólnoty, gdy mianowicie czyjeś zło jest blisko nas i może od kogoś na nas przyjść. Filozof bowiem mówi, że ludzie litują się nad tymi, którzy są im bliscy i podobni, ponieważ przez to powstaje w nich myśl, że i ich może to samo spotkać. Dlatego też ludzie starzy i mądrzy, którzy zdają sobie sprawę z możliwości popadnięcia w zło, jak też słabi i lękliwi są bardziej miłosierni. Przeciwnie zaś ci, którzy uważają siebie za szczęśliwych i na tyle mocnych, że nic złego nie może im się przydarzyć – ci nie są tak miłosierni. Tak więc brak zawsze jest motywem miłosierdzia albo ze względu na uznawanie czyjegoś braku za swój na podstawie zjednoczenia miłości, albo ze względu na możliwość cierpienia czegoś podobnego” (ST, 2-2,30,2).

Pycha może człowieka doprowadzić do tego, że nie będzie on zdolny do miłosierdzia, gdyż w swej wyniosłości i w przekonaniu o własnej sprawiedliwości nie będzie potrzebował nikogo, a będzie pogardzał innymi i uważał ich za złych. W związku z tym będzie sobie myślał, że ci, którzy cierpią, słusznie cierpią. Człowiek pyszny do współczucia jest niezdolny. Fałszywa jest taka sprawiedliwość i zakłamana nieskazitelność.

Każdy z nas ma w sobie jakąś biedę, z którą się zmaga. Niektórzy tylko skrzętnie ją maskują nie tylko przed innymi ludźmi, ale i przed Panem Bogiem, i przed samym sobą. Szczere uznanie tego, iż w jakimś wymiarze jestem biedny, jest szansą na wejście w relację z Panem Bogiem i z innym człowiekiem. Bieda drugiego człowieka może nas irytować, ale wówczas trzeba sobie zadać pytanie o to, gdzie upatruję źródło własnego braku biedy, „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to dlaczego się chełpisz tak, jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7), jak też zapytać czy aby bieda, która mnie w kimś irytuje, nie jest czasami moją ukrywaną przed wszystkimi biedą.

Radość i pokój – jako owoce nadprzyrodzonej miłości – są czymś głębszym niż to, co człowiek czuje na poziomie tylko uczuć czy emocji. Jest to sfera duchowa, której nic z zewnątrz nie może naruszyć, ani też żadne nasze zgodne z wolą Bożą zaangażowanie nie może zmącić. Jest wręcz odwrotnie – każde nasze zaangażowanie zgodne z wolą Bożą tę radość i pokój umacnia i pogłębia, gdyż wypływają one z prawdziwej miłości. A o tej św. Jan powiedział: „nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3,18). Dlatego też stałe uzdolnienie do odpowiedzi na biedę drugiego jest pod pewnym względem uzdolnieniem najwyższym: „Najwyższe uzdolnienie może być dwojako rozumiane: samo w sobie albo w relacji do tego, kto to uzdolnienie posiada. Gdy się je ujmuje samo w sobie, trzeba powiedzieć, że miłosierdzie jest uzdolnieniem najwyższym. Miłosierdzie charakteryzuje się dawaniem innym i, co więcej, zmniejszaniem braków u innych – i w tym jest najwznioślejsze. Stąd miłosierdzie przypisuje się Bogu i mówi się, że w nim najbardziej objawia się Jego wszechmoc. Natomiast od strony tego, kto to uzdolnienie posiada, miłosierdzie jest najwyższą cechą u tego tylko, kto jest najwyższy: kto nikogo nie ma ponad sobą, ale wszystkich pod sobą. Dlatego bowiem, kto ma kogoś nad sobą, jest czymś ważniejszym i lepszym zjednoczyć się z istotą wyższą, niż uzupełniać braki niższych. Zatem w przypadku człowieka, który ma Boga ponad sobą, miłość, dzięki której jednoczy się z Bogiem, jest ważniejsza niż miłosierdzie, przez które zaradza potrzebom innych. Jednakże miłosierdzie jest najwyższym uzdolnieniem spośród wszystkich, które odnoszą się do innych ludzi” (ST, 2-2,30,4).

Rekolekcje ze św. Tomaszem zostały wcześniej opublikowane przez Wydawnictwo M.


Inne części rekolekcji ze św. Tomaszem z Akwinu:

Wiara, czyli szczęście

Nadzieja matką głupich

Relacje są najważniejsze

Wewnętrzne owoce miłości

Proście, a będzie wam dane

Nowe prawo wolności

Kochać tak na całość

 

Zobacz także