Wielkopostna wegetacja

Chciałem się pomodlić Bogu. Wieczorem, a właściwie późno w nocy, czyli jak zwykle w mocno posuniętym stanie nieprzytomności. 

Jest o czym pamiętać. Z dnia na dzień coraz więcej intencji, spośród których większość bezterminowa. Do tego Wielki Post − naznaczony właściwą sobie porą roku, nadającą minorowej tonacji nawet coniedzielnemu Zmartwychwstaniu.

Nosiłem się z modlitwą cały dzień, myślałem o niej, hołubiłem ją, choć − przyznam − być może trochę na siłę. I w momencie gdy ją rozpocząłem − sen. Ani intencji, ani „Ojcze nasz” − choćby wypowiedzianego do połowy.

Czekanie na jeszcze jeden wieczór stało się rodzajem mojej osobistej tradycji, w której zdążyłem już się zakorzenić. A ponieważ pozostaję niezłomnie wierny własnym niedoskonałościom, jestem pewien, że nawet gdybym kiedyś zdążył wyrazić np. dziękczynienie, byłoby ono ubogie i zdawkowe (zresztą, to mało sensowne: wyszeptać dziękczynienie).

W swoich aktach strzelistych rozłożonych na całe doby myślę więc o wszelkich bliskich i znajomych problemach, chorobach, o powierzonych mi trudnościach, niegodziwościach i wszystkim, co podpada pod moją bezradną pamięć. A poprzez sen, który pewnie i dziś najdzie mnie przed spaniem, zanoszę − należącą do fizjologii ducha − prośbę o dzienne światło słońca, o zbawienną fotosyntezę.

 

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.