Więź zakorzenienia

Środa V tygodnia okresu wielkanocnego, lit. słowa: Dz 15,1–6; J 15,1–8

Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami (J 15,5). Ten obraz jest tak jednoznaczny i wyraźny, że trudno o lepszy. Nie jesteśmy w stanie nic do niego dodać, a nawet jest to niepotrzebne.

Właściwie istnieje tylko jeden problem: poważnie potraktować te słowa i autentycznie starać się zakorzenić w Chrystusa.

Zauważmy, że prawdziwie chcieć być uczniem Chrystusa to przecież inne wyrażenie wymagania Benedykta, jakie stawia nowicjuszom: „Czy prawdziwie szukają Boga?”. U św. Benedykta to wymaganie stoi na początku drogi, a tym samym jest ono fundamentem wszelkiego wysiłku mnicha: modlitwy, medytacji, pracy, nauki… Mistrz ma obserwować i rozpoznawać, czy tak prawdziwie się dzieje, czy nie jest to jedynie pozór w życiu nowicjusza. Jeżeli warunek nie jest spełniony, to życie w klasztorze traci swój sens. Każdy wysiłek nabiera właściwego znaczenia jedynie przy takim nastawieniu serca. Staje się wówczas elementem naszego szukania Boga, a Chrystus, odpowiadając na nie, udziela łaski zakorzenienia – sami bowiem nie jesteśmy w stanie tego zrobić.

W dzisiejszej Ewangelii czytamy: Trwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15,4). Cały tekst mówi o wzajemnym przenikaniu się, o wewnętrznym czerpaniu soków. Nie ma mowy o żadnym pokarmie z zewnątrz. Brak w tym tekście jakiejkolwiek zewnętrzności. Ta logika posiada bardzo daleko idące konsekwencje, jakie widzimy w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich. Problem obrzezania pogan i ich podlegania Prawu, podnoszony przez chrześcijan wywodzących się z faryzeuszy, polegał na przyjęciu zewnętrznych norm i obrzędów. Jak na to wskazuje dalszy tekst Dziejów, tak zwany Sobór Jerozolimski nie nałożył takich warunków na chrześcijan pochodzących z pogan, stawiając na wewnętrzne powiązanie z Chrystusem, na wewnętrzną wolność w wierze.

My natomiast, kiedy myślimy o życiu chrześcijańskim, czyli o byciu uczniem Chrystusa, od razu kojarzymy je z prawem moralnym, z życiem według określonych norm. Oczywiście prawo moralne jest logicznym i konsekwentnym wnioskiem wynikającym z pójścia za Chrystusem, jednak dzisiaj problem zasadniczy polega na tym, że człowiek utracił sens wiary w ogóle, nie spotyka się z Bogiem. Dlatego stawia pytanie: „Po co? W imię czego mam moralnie postępować, kiedy się to nie opłaca?!”.

Ten kryzys dotyczy także nas samych. Trudno widzieć prawdziwą realizację drogi ewangelicznej w życiu. Nasze chrześcijaństwo, także w klasztorach, jest najczęściej formalno- -zewnętrzne. Dlatego wpierw trzeba rozpocząć od zakorzenienia w Chrystusie, trzeba odkryć Chrystusa, doświadczyć słodyczy spotkania Boga.

Tak było i za czasów Pana Jezusa. Odnajdywali Go ludzie prości, także grzesznicy, a dużą trudność mieli faryzeusze i uczeni w Piśmie. Oni bowiem od razu wszystko widzieli w perspektywie praw i moralności, zamykając się na świeżość spotkania, nie otwierając się na osobę, nie dopuszczając do siebie zadziwienia, nie odczuwając misterium.

Zobaczmy, jak w Regule św. Benedykt konsekwentnie i stale jest skierowany na autentyczne spotkanie i rozwój. Na końcu pisze, że jest ona jedynie „maleńką regułą dla początkujących”. Stale jesteśmy u początków, ale zawsze ze świeżą dynamiką.

Wspomniany moralizm, przeskok ponad osobistym spotkaniem z Chrystusem od razu do wymagań moralnych, niesie w sobie jeszcze jedno poważne zagrożenie, mianowicie wydaje się nam, że wiemy, czego Pan Jezus od nas oczekuje oraz jak to ma wyglądać w naszym życiu. Otóż właśnie na tym polegał zasadniczy błąd faryzeuszy, gdyż wydawało się im, że doskonale wiedzą, jaki ma być mesjasz, a ponieważ Pan Jezus nie wypełniał ich wyobrażeń, odrzucili Go, prawdziwego Mesjasza, który przyszedł.

Musimy nieustannie pamiętać, że nasze wyobrażenia są największą przeszkodą na drodze do autentycznego kontaktu z Bogiem. Oczyszczenie serca polega przede wszystkim na oczyszczeniu wyobraźni i związanych z nią pragnień, oczekiwań, pożądań oraz namiętności – i to nie tylko złych ze swej natury, ale i – co bywa czasem najtrudniejsze – pobożnych! Bóg, gdy przychodzi, zawsze zaskakuje, On jest inny. Tak Biblia określa to, co filozofia wyraża słowem „transcendencja”.

Istotne zatem pozostaje dla nas otwarcie serca, myślenie, rozeznawanie tego, co pochodzi od Boga, a co od złego. Trzeba umieć patrzeć i myśleć: „po owocach poznacie”.

Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni (J 15,7).

Jeżeli czerpiemy z głębi Chrystusa, to nasze prośby zawsze będą dobre, będą wyrastały z tego samego ducha, będą posiadały to samo dążenie i pragnienie. Stąd „o cokolwiek prosić będziecie, stanie się”. Ale warunkiem jest trwanie w Chrystusie. Augustynowe: „Kochaj i rób co chcesz” jest wnioskiem z tych słów Chrystusa. Ale czy prawdziwie kochamy, czy prawdziwie trwamy w Chrystusie? Nie po to, by pokazać innym czy nawet samemu sobie, ale w prawdzie wobec własnego sumienia. Czy nie nosimy w sobie jakiegoś uproszczonego, fałszywego wyobrażenia Chrystusa, które w rzeczywistości zasłania nam Jego prawdziwe oblicze? Czy nie uciekamy w gotowe schematy? Czy prawdziwie szukamy Jego, a nie własnego usprawiedliwienia, poczucia, że jesteśmy porządni? To pytanie trzeba sobie często powtarzać. Do niego zobowiązuje nas także św. Benedykt.

Włodzimierz Zatorski OSB

Fragment książki „Rozważania liturgiczne na każdy dzień”, t. 2b, Tyniec 2010. Zapraszamy do zapoznania się z ofertą Wydawnictwa Benedyktynów Tyniec.

 

Zobacz także