Woda święcona

Ksiądz po kolędzie. „Pokój temu domowi i jego mieszkańcom”. Jest stół, obrus i świeczka. Krzyż wisi na ścianie, wbrew obyczajom nie ma stołowego ołtarzyka. Duszpasterz to przełknął, choć przez chwilę stanęło w gardle. Ryt kolędy odratowany, lecz w głębi − świadomość hochsztaplerki, mistyfikacji, szopki wypchanej słomą. A wszystko przez wodę „święconą”.

Mieliśmy jej zaledwie na marne przeżegnanie (w ostatniej chwili pożyczona od sąsiadów), więc zawczasu postanowiłem ją uzupełnić. Ta z zeszłego roku, co to ją z Włoch przywieziono z jakiegoś sanktuarium, zepsuła się i zmętniała (czy drobnoustroje są „święcone”, żyjąc w święconej wodzie?). I nawet jeśliby komisja watykańska przekonywała nas, że nie utraciła „właściwości”, nie mieliśmy ochoty być nią pokropieni. Natomiast roztwór z wody pobłogosławionej i zwykłej niby pozostawał obojętny wobec swej sakralnej jakości, jednak stopień jego zeświecczenia nie dawał spokoju („dziś woda, pojutrze niedzielna msza…”). Wprawdzie i tak planowałem dać kranówkę, a łyk święconej wody spadł nam jak z nieba, lecz nie wyzbyłem się nabożnych skrupułów.

I stojąc pośrodku pokoju, ja, wytrawny wyczekiwacz Paruzji, nie wiedziałem, czym wobec mego czynu jest ta woda w misce. Wodą chrzczoną z wody, a nieświęconą z ducha? Nie wiedziałem, co ma rytuał do wody? Co woda do świętości?

Kto jest czym pobłogosławiony?

Co czym rozrzedzane?


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.