Wspomnienia z Moissac, odcinek VI i ostatni

Jarosław, centrum Europy!

Pora pożegnać się z Moissac. Na zakończenie wspomnień – krótkie podsumowanie kolokwium, które wypełniło ostatnie dwa dni „Diagonales d’été”, a było poświęcone nietypowym inicjatywom kulturalnym. Hasło spotkania: „Czym może być centrum kultury i spotkania przyszłości?” z trudem da się przetłumaczyć. W tytułach wystąpień przewijało się słowo „utopia”, rozmaicie komentowane przez mówców. Takimi utopiami są niezwykłe ośrodki kulturalne, utopią jest też według Pérèsa płyta, jako że zawiera najlepsze momenty zarejestrowane podczas sesji nagraniowej.

Alain Pacquier, niestrudzony organizator życia muzycznego, opowiedział o dwudziestu pięciu latach przygody z muzyką dawną Ameryki Łacińskiej. Odkrywanie latynoskiego dziedzictwa zostało udokumentowane mnóstwem płyt wydawnictwa K617 oraz dwiema książkami Pacquiera. Warto wspomnieć, że jego córka, Judith, wraz z mężem, Etienne’em Meyerem, prowadzą zespół Les Traversées Baroques, który pokazuje światu wczesnobarokową muzykę z Polski i Czech, zestawiając ją z włoskimi wzorami. Pierwszą płytę zespół poświęcił Marcinowi Mielczewskiemu. Francuscy muzycy nie tylko propagują muzykę z naszej części Europy, ale i prowadzą warsztaty w Warszawie i Pradze.
 
Pascal Riou, poeta i wykładowca, mówił o fenomenie Sénanque z lat 1969-1988, kiedy to dawne cysterskie opactwo (obecnie znów zamieszkane przez mnichów), podniesione z ruiny dzięki Paulowi Berlietowi, przemieniło się w żywy ośrodek kultury, pod kierunkiem poety Emmanuela Muheima. To była pasjonująca opowieść o miejscu głębokiej refleksji, kultury i międzyreligijnego dialogu, o wyraźnym chrześcijańskim charakterze. To tam odbyły się pierwsze koncerty Organum, to tam prowadziły dyskusje takie sławy jak historyk Georges Duby i teolog Claude Geffré OP. We wspomnieniu o Sénanque nie zabrakło barwnych szczegółów. Ponoć wszyscy, którzy tam się zatrzymywali, zapamiętali poranne wędrówki po górach. O kolejnej siedzibie Organum, dawnym opactwie w Royaumont, opowiedział dyrektor tamtejszego centrum kultury, Francis Maréchal. Nie mam niestety przy sobie streszczenia bardzo ciekawej wypowiedzi Toniego Casalongi, scenografa prowadzącego Casa Musicale – miejsce muzycznych spotkań – w korsykańskiej wiosce Pigna. Casalonga opowiadał między innymi o początkach wspólnej przygody z Marcelem Pérèsem. Od ich spotkania zaczęła się obecność Korsykanów w składzie Organum.
 
Jak wspomniałem na początku tych wspomnień, moim zadaniem było reprezentowanie festiwalu w Jarosławiu, w związku z usprawiedliwioną nieobecnością jego założyciela Marcina Bornus-Szczycińskiego oraz obecnego dyrektora Macieja Kazińskiego. Zadany temat brzmiał: „Jarosław, centrum Europy?”. Zacząłem od podania w wątpliwość znaku zapytania w tytule, po czym wytłumaczyłem sens poszczególnych słów składających się na to zjawisko, którym jest festiwal w Jarosławiu „Pieśń naszych korzeni”. Trzeba przyznać, że opowieść o festiwalu spotkała się z wielkim zainteresowaniem. Nic dziwnego, bo to rzeczywiście niezwykła impreza. Oto telegraficzny skrót wystąpienia:
 
Jarosław – dawniej miasto o 3000 mieszkańców, w dniach targowych (trzy razy do roku) zwiększające populację dziesięciokrotnie. Niegdyś przybywali tam kupcy z czterech stron świata, obecnie są to muzycy.
 
Festiwal, czyli święto. Tu następował opis festiwalowego dnia, ze szczególnym podkreśleniem biesiad, piątkowych czuwań (dawnego typu) i spotkań z muzykami. Marcel Pérès zwrócił uwagę na wyjątkowość festiwalu, na którym artyści nie mijają się w hotelu na śniadaniu, ale pozostają dłużej i chętnie powracają. Benjamin Bagby przyrównał kiedyś taką koncepcję festiwalu do średniowiecznego dworu skupiającego artystów przybywających ze wszech stron. Nie zabrakło obrazków z biesiad: jak to członkowie bractwa z Sardynii po swoim koncercie podzielili się swoimi specjałami, jak Gruzini i Rosjanie śpiewali przy stole bodaj piękniej niż na koncercie. Do tańca i do różańca – to było hasło mające pokazać, że w Jarosławiu muzyka służy swojemu przeznaczeniu, w liturgii i zabawie.
 
Pieśń – w Jarosławiu akcent stawia się na muzykę wokalną. „Wspólna pieśń ludzkości” – oto pojęcie, które rozwinął Dominique Vellard na drugiej edycji festiwalu. Chodzi nie tyle o poszukiwanie wspólnych właściwości wielu światowych tradycji (choć i to ma znaczenie), ale bardziej o odnalezienie głębokiego sensu wypowiadania się przez śpiew, a raczej – wypowiadania siebie i tego, co najważniejsze.
 
Korzenie – nieprzypadkowo refleksja Benjamina Bagby’ego na ich temat pojawiła się w odpowiedzi na tytuł festiwalu. I nieprzypadkowo jego pasjonujący tekst, dostępny po angielsku na stronie Sequentii, ujrzał światło dziennie w polskiej wersji.
 
Korzenie – Jarosław to miejsce spotkania muzyków tradycyjnych oraz artystów o nastawieniu historycznym (co oznacza dwa sposoby docierania do korzeni). Pieśń naszych korzeni to przede wszystkim chorał, śpiewany w liturgii i porównywany z żywymi tradycjami muzyki, zwłaszcza liturgicznej (śpiew bizantyjski, bractwa z Korsyki, Sardynii i Kampanii, kantorzy z Gruzji, pieśni polskie), śpiewem Bliskiego Wschodu (Iran i kraje arabskie) oraz „Wschodu bliższego” (Rosja i Ukraina). Kontekstem śpiewu gregoriańskiego jest też średniowieczna muzyka późniejsza niż chorał, popularna i uczona, kościelna i świecka. Charakterystyczne przykłady jarosławskich spotkań: połączony koncert zespołów Micrologus oraz Jarzębina; dzieje dziewczęcego zespołu Voci Unite, który pod wpływem festiwalu zaczął śpiewać chorał oraz muzykę ze swego regionu; typowo jarosławski koncert: prezentacja muzyki kaplicy królewskiej z Palermo – śpiewy bizantyjskie, łacińskie i arabskie w wykonaniu belgijskiego Graindelavoix poszerzonego o kantorów bizantyjskich i arabskich. Nawiasem mówiąc, dołączenie do czysto belgijskiego zespołu Estończyka Mariusa Petersona to także owoc festiwalu.
 
Kończąc wspomnienia z Moissac trzeba jeszcze dopełnić obrazu świętowania: nie zabrakło przyjęcia z urodzinowym tortem i okolicznościowymi występami. Wśród nich piosenka w stylu Manhattan Transfer z refrenem „Machaut must go on” (w wykonaniu, rzecz jasna, śpiewaków Organum). Można też było przyjrzeć się „ukrytemu obliczu Organum” na tak właśnie zatytułowanym dowcipnym montażu zdjęć i filmów z koncertów, podróży, prób i nagrań zespołu. Rzecz przygotował jeden ze śpiewaków, Jean-Christophe Candau.
 
Wiele jeszcze pozostaje do opowiedzenia. Nie wspomniałem o nader licznych platanach, tworzących zaciszne alejki i zrzucających w tym czasie korę. Nie było mowy o Kanale Dwóch Mórz. Ktoś taki jak Andrzej Bobkowski potrafiłby to pięknie opisać. Te obrazki z Moissac niech pozostaną nieopowiedziane. Cieszę się, że mogłem podzielić się wspomnieniem bardzo szczęśliwych dni. Być może nawet takie sprawozdanie będzie dla kogoś inspiracją, jak dla mną był pobyt w Moissac.
 
Na koniec: pointa mojego wystąpienia o jarosławskim festiwalu. To właśnie za sprawą warsztatów Sacred Harp w Jarosławiu w roku 2008 znalazłem się w zeszłym roku w gościnnym domu Davida i Kathy Lee. Po sutej wieczerzy w gronie czteropokoleniowej rodziny posłuchaliśmy zachwycających śpiewów, bardzo wolnych i bardzo zdobnych, wyrażających wiarę i wzajemną miłość tych ludzi. Nigdy nie zapomnę słów Davida: „Jest wiele sposobów, którymi mogę powiedzieć tatusiowi, że go kocham. Wspólne śpiewanie to sposób najlepszy”. Oto pieśń naszych korzeni.

Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Błażej Matusiak OP

Błażej Matusiak OP na Liturgia.pl

Obecnie w dominikańskim klasztorze w Pradze. Publikacje: Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki (Kraków 2003); recenzje płytowe w Canorze, cykl audycji „Musica in Ecclesia” w Radiu Józef.