Z powrotem do człowieka czyli o Wcieleniu i ascezie

Rozmawialiśmy kiedyś z przyjacielem na temat tego, co wyróżnia chrześcijaństwo spośród innych religii świata. Szczerze mówiąc wcześniej niespecjalnie się nad tym zastanawiałem, pomimo tego, że było już wtedy za mną kilka lat studiów religioznawczych. Zaszczepił on we mnie wtedy swoje własne przekonanie, że tą cechą, która konstytuuje rdzeń chrześcijaństwa i decyduje o jego absolutnej niepowtarzalności jest Wcielenie.

Co ma Wcielenie do ascezy? Paradoksalnie, jeśli popatrzymy na tę ostatnią wyłącznie jako na praktykę religijną, uznamy ją za pobożną metodę pokuty za grzechy (co często wiąże się z przekonaniem, że jest to rodzaj kary, jaką sami sobie wymierzamy), to mało prawdopodobne, aby te dwie rzeczy ze sobą skojarzyć. Tymczasem ich związek jest – moim zdaniem – organiczny na poziomie antropologicznym.

Wcielenie jest centralnym faktem soteriologicznym, warunkującym wszelkie pozostałe. Syn Boży "musiał" stać się człowiekiem. Ani mniej, ani więcej. Przedmiotem zbawienia jest "tylko" człowieczeństwo i dotyczy nas ono na tyle, na ile jesteśmy ludźmi. To ostatnie sformułowanie może się wydawać absurdalne – przecież nie można być mniej lub bardziej człowiekiem. Owszem, w sensie absolutnym, ontycznym, nie można, istnieje jednak możliwość, że nasze własne człowieczeństwo dla nas samych ulegnie zamazaniu, a z czasem może i zatracie. Na poziomie naszej świadomości stracimy kontakt z prawdą o nas samych. W poupadkowej rzeczywistości jest to dla nas nieledwie stan permanentny.

Znana jest opowieść o Sokratesie przechadzającym się po ateńskim targu, który zapytany co tam robi, miał odpowiedzieć coś w rodzaju: "Patrzę, jak wielu rzeczy nie potrzebuję". Ta anegdota niezwykle trafnie, choć nie wprost, stawia problem relacji pomiędzy człowiekiem a jego potrzebami. To, że człowiek ma potrzeby, których zaspokojenie jest konieczne dla jego istnienia jest oczywiste. Problem jednak zaczyna się na poziomie tego, co robimy z własnymi potrzebami. Na ile determinują one naszą tożsamość, na ile "mamy" potrzeby, a na ile "jesteśmy" własnymi potrzebami.

W szerszym zobrazowaniu tej kwestii bardzo pomagają niektóre ustalenia ewolucjonistycznie nastawionych antropologów kultury i religii. (Od razu zaznaczam, że tej dziedziny wiedzy jestem raczej amatorem niż znawcą – chodzi mi tylko o pewien obraz.) Otóż można z nich wyczytać czy wyinterpretować, iż u podstaw kultury rozumianej jako zasadniczy ludzki sposób bytowania, leży zdolność do autodeprywacji, panowania nad własną małpią naturą, które w obrębie systemów kulturowych jest wzmacniane i niejako ubrane w instytucje (np. bolesne rytuały inicjacji). Innymi słowy, zdolność autodeprywacji jest jedną z głównych, jeśli nie najważniejszą, z cech odróżniających nas od zwierząt.

W soteriologicznej perspektywie Wcielenia, zdolność ta nabiera kluczowego znaczenia i pozwala spojrzeć na praktyki ascetyczne nie jako na coś rozgrywającego się wyłącznie na poziomie moralnym (pokuta za grzech), ale na coś, co, mówiąc lapidarnie, pozwala nam pozostać ludźmi. Mało tego, odkrywa w nas pokłady człowieczeństwa, które w "normalnym" układzie są przysłonięte masą multiplikujących się i puchnących potrzeb. Bernard McGinn, we wspomnianej przeze mnie kilka wpisów temu książce, przywołuje fragment Żywotu Antoniego św. Atanazego opowiadający o tym, jak to "ojciec mnichów" wyszedłszy po 20 latach spędzonych w opuszczonym domostwie na pustyni na ascezie i walce z demonami, wyglądał jak człowiek utrzymujący idealną równowagę pomiędzy swoim ciałem i duchem (tzn. nie był ani utuczony, ani też wychudły czy wyniszczony) i podsumowuje go następująco: "Język mistycznej inicjacji posiada tutaj specyficznie chrześcijański wydźwięk, przede wszystkim poprzez przywołanie apatheia oraz przedstawianie Antoniego jako nowego Adama, odnowionego człowieka, który dzięki mocy Chrystusa odzyskał to wszystko, co Adam stracił. Antoni osiągnął panowanie nas sobą, panowanie nad światem, a przede wszystkim władzę nad demonami, tak przerażającymi dla umysłowości późnoantycznej" (podkr. – T.D.). Radykalną ascezę Ojców Pustyni można więc postrzegać jako docieranie do własnego człowieczeństwa.

Jesteśmy przyzwyczajeni do moralizowania, a chrześcijaństwo nie jest religią moralności, lecz zbawienia. Przykazania, które stanowią nakaz postawienia tamy naszym rozbuchanym potrzebom nie są po to, żebyśmy stali się przyzwoitymi ludźmi czy dobrymi obywatelami. Człowiek ma wiele potrzeb, więcej niż zwierzęta. Ale wszystkie one mogą w pewnym momencie zacząć nim sterować tak, jak programy instynktowe sterują zwierzętami. A wtedy człowiek co prawda wygląda jak człowiek, ale w rzeczywistości osuwa się w małpę. Czy jest wtedy w stanie przyjąć zbawienie? 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.