Ze wspomnień ministranta. „Chrystus zmartwychwstał”

Dobrym, serdecznym zwyczajem było składanie sobie życzeń po porannej rezurekcji. Zakrystię licznie nawiedzali wówczas rozpromienieni parafianie, zwłaszcza kobiety − znane z codziennych mszy, najmocniejsze głosy kościoła; te, które mogły konkurować i z organistą, za nic mając siłę mikrofonów.

 

Dobrym, serdecznym zwyczajem było składanie sobie życzeń po porannej rezurekcji. Zakrystię licznie nawiedzali wówczas rozpromienieni parafianie, zwłaszcza kobiety − znane z codziennych mszy, najmocniejsze głosy kościoła; te, które mogły konkurować i z organistą, za nic mając siłę mikrofonów.

 

Wchodziły w momencie, w którym zakrystię ogarniał politurgiczny chaos. Pośród wyplątujących się z komży ministrantów, księży rozdartych między humerałem, napierającym tłumem a drzwiami wyjściowymi, zaczynała panować iście zmartwychwstańcza atmosfera. A wyciszenie, należne miejscu, zachowywała jedynie przeciskająca się z nerwowym uśmiechem i kolejnymi albami siostra zakrystianka.

 

By nabrać wprawy w szybkim usuwaniu się z oblężonej zakrystii, potrzeba było ładnych kilku lat praktyki. Bowiem już sami entuzjaści Wielkanocy pytaniem, „gdzie jest ksiądz”, potrafili zająć nawet kwadrans. Zanim nabyłem tej umiejętności, nieraz brano mnie za gońca lub proszono o drobną przysługę utorowania drogi w głąb pomieszczenia.

 

I nie wiem, jak to się stało, że mimo całego mojego świątecznego doświadczenia tak długo nie znałem najbardziej podstawowego, tradycyjnego wielkanocnego pozdrowienia. Tylu życzeń się nasłuchałem, podobnych kupowanym w kioskach kartkom z pisklakami lub ze sceną zmartwychwstania, a te jedne, najwłaściwsze, jakby mnie omijały.

 

Poznałem je w końcu. Pamiętam. W późnej podstawówce. Stałem wtedy w zakrystii, nieopodal wejścia i miałem już kilkanaście lat.

 

Otóż, jak co roku po gremialnej modlitwie ministrantów, kończącej wszelkie święte obrzędy, natychmiast w drzwiach zaczęła się pojawiać grupka zainteresowanych. Weszli więc pierwsi z nich, a na czele − drżyjcie filary − pani K.! Dziarska i nigdy niczym niezrażona (z wyjątkiem księżowskich przygan). Wkroczyła i trafiając wprost na mnie, triumfalnie, ochoczo zawołała: „Chrystus zmartwychwstał!”

 

W fakt ten nie wątpiłem ani przez chwilę, lecz co z tego, skoro − jak widziałem − oczekiwana była ode mnie odpowiedź. Nie mając zaś na podorędziu żadnego zwrotu, odrzekłem: „Nawzajem!”

 

Zanim obopólna konsternacja zginęła w tłoku, zdążyłem jeszcze zawstydzić się, a pomieszanie ukryłem szybko w zdejmowanej właśnie komży.

 

Owszem, wielokrotnie okazywało się, że umykały mi sprawy rudymentarne i oczywiste jak sama wiara katolicka. Odkrywałem na przykład swoją nieznajomość pieśni Gorzkich żalów − nabożeństwa, którego dla płaczliwej wymowy i kazań pasyjnych unikałem jak ognia; albo przekorę swojej pamięci przy powtarzaniu pięciu przykazań kościelnych; czy choćby długotrwałą niewiedzę o tym, co znaczy „zmówić koronkę”. Itd., itd. Ale ta moja luka i to wielkanocne faux pas potraktowałem wyjątkowo.

 

Często wracałem do niego, powtarzając sobie i odtwarzając ten prosty dialog niby rytuał. I jakbym się przygotowywał na sąd szczegółowy, po dziś dzień w duchu pouczam siebie z tamtego czasu: „Gamoniu, odpowiada się: ‘Prawdziwie zmartwychwstał’!” Ale na nic. Nadal słyszę tylko: „Nawzajem!”, „Nawzajem!” 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.