Ze wspomnień ministranta. Dżelozo

Jednym z najbardziej osobliwych sprzętów liturgicznych, jaki poznałem, było − używane tylko od wielkiego dzwonu − tzw. dżelozo.

Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa. Przez niewłaściwe odczytanie nazwy firmy produkcyjnej? Niestety, posługujący się żargonem kościelnym ministranci raczej nie byli skłonni pytać o etymologię nowo zasłyszanych słówek, dlatego przeważnie bez żadnych skrupułów przełykali ich chybotliwe znaczenia.

Jednym z najbardziej osobliwych sprzętów liturgicznych, jaki poznałem, było − używane tylko od wielkiego dzwonu − tzw. dżelozo.

Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa. Przez niewłaściwe odczytanie nazwy firmy produkcyjnej? Niestety, posługujący się żargonem kościelnym ministranci raczej nie byli skłonni pytać o etymologię nowo zasłyszanych słówek, dlatego przeważnie bez żadnych skrupułów przełykali ich chybotliwe znaczenia.

Dżelozem określano więc stary, lecz niezastąpiony sprzęt nagłaśniający. Przy ustalaniu asysty na każde obchodzone procesyjnie święto, na hasło „dżelozo” chowały się roześmiane oblicza wielu, by uniknąć wątpliwej radości noszenia zacnego ustrojstwa. Ten zaś, kogo „do dżeloza” wyznaczono, uważany był za ofiarę: zarówno w znaczeniu człowieka skrzywdzonego, jaki i − frajera.

Istniał tylko jeden sposób noszenia dżeloza: poprzez trzymanie go na rękach w pozycji pionowej. Jego waga przywodziła na myśl znane już tylko z opowieści praktyki pokutne. Wybraniec musiał też znosić męki w postaci nagłych zmian częstotliwości, potężnych grzmotów, trzasków i sprzężeń, których pisk rezonował w głowie jeszcze długo po uroczystościach.

Pomimo upokorzenia, jakie ściągało dżelozo na swoich tragarzy, mimo licznych a nagłych zerwań emisji głosu w najżarliwszych momentach modlitw, pomimo efektu zepsutego radia i dogorywających − w złośliwych głośnikach − proboszczowych pieśni, jedno było niepodważalne: bez dżeloza podniosłość świątecznej procesji spaliłaby na panewce.

 

*

W mojej pamięci, gdzie czasem kipi złoto i splendor tamtych rozlicznych uroczystości, mocno rozpanoszyło się owo dżelozo. Przyćmiło nawet niejedną postać, nie mówiąc o takich przyborach liturgicznych, jak monstrancja czy choćby trybularz, którym tylekroć okadzałem w modlitewnym zapamiętaniu całe Msze. Dlatego gdy w chwilach rozproszenia słyszę w duszy elektryzujący głos dżeloza, zastanawiam się − czy w życiu duchowym jest miejsce na to, co kuriozalne?

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.