Ze wspomnień ministranta. Ewangelia

Pomiędzy jedną a drugą czynnością przy ołtarzu swoje miejsce miała także Ewangelia.

Ponieważ nazwa ta dotyczyła zarówno części mszy, jak i fragmentów książki po odczytaniu chowanej za ucałowaniem pod pulpit ambonki oraz katechetycznego dzieła czterech ewangelistów, których dzieło kontynuował na kazaniach nasz ksiądz proboszcz, po prawdzie, nie wiem, czy ktoś z ministrantów umiałby powiedzieć, czym ona właściwie była. Jakkolwiek każdy odsłuchiwał kilka razy w tygodniu czytania mszalne i raczej wiedział, co znaczy komenda „wyjdziesz po ewangelii” (np. z kadzidłem), za znajomość Ewangelii wśród kolegów nie dałbym złamanej pateny. Trzeba jednak przyznać, że sytuacje ewangeliczne stanowiły część ministranckiego doświadczenia, znane były nie tylko ze słyszenia, ale i z autopsji.  

*

Oto ministranci, będący ze świata, ale do niego nienależący, w kościele i około plebanii stanowili niewątpliwie osobny półświatek, tyleż odpychający, co i wciągający, o czym przekonywał się każdy kolejny kandydat na ministranta przy pierwszej zbiórce lub podczas przedmszalnego pobytu w zakrystii.

Jakim ratunkiem dla mnie była ta ministrantura! Zmiana, która pojawiła się na pierwszym rozdrożu, między kościołem a czymkolwiek innym. Kiedy każde wychodzenie z ławki do Komunii opłacone było licznymi uwagami starszych kobiet: „Wstyd! Tak się zachowuje, a do Komunii idzie!”.

Już pierwsze zbiórki, gdy uczono mnie o patronach ministrantów, do których miałem zanosić westchnienia we własnej sprawie, a którzy zawsze już byli niewyraźnymi świętymi od teorii ministrantury; już pierwsze zbiórki przekonały mnie do uczestnictwa w tychże zbiórkach i we wszystkim, co ministranckie.

Pamiętam cwaniaczka, który kazał mi-kandydatowi po wejściu do zakrystii mówić „dzień dobry!”, a potem naigrawał się ze mnie przed innymi. O, nigdy już nie dałem się wystawić na próbę byle chojrakowi; a mój ministrancki żywot okazał się znacznie dłuższy niż jego.

A Daniel? Ten, na którego wpadłem ileś lat później, gdy z kolegami nudził się wyzywająco na rogu ulicy. Ubiegłem wtedy jego reakcję, ratując się przed niepotrzebnym dialogiem o pieniądzach. Entuzjastycznie zagaiłem: „Ty byłeś chyba kiedyś ministrantem!”. Na co ten stropiony i nieco zafrasowany odpowiedział: „Niestety”. Moja uwaga okazała się właściwa, bowiem puszczono mi płazem to, że przechodziłem obok. A skoro zawiódł zbójca, zbędny był też miłosierny samarytanin.

A cóż powiedzieć o Szczepanie, który miał prawo nigdy nie spotkać się ze słowem „ministrant” i niedocieczonym pozostaje, jak też mógł się nim stać. Przez pewien czas wydawał się nawet całkiem rozsądny. Służył do mszy, przykładnie brał udział w ministranckich imprezach. Niedługo potem słyszałem, że do szkoły przyjechała po niego policja. Z niejakim Łazarzem włamał się do hurtowni papierosów.

Kiedyś narobił mi wstydu, bo zobaczył mnie z autobusu. Zza szyby widziałem tylko frenetyczny wybuch radości, a z ruchu warg wyczytałem słowa bardzo specyficznego powitania, po którym z okna autobusu zaczęli mi się przyglądać znudzeni pasażerowie.

Jakże nie przywołać Antona. Ten ci pojawiał się od święta, gdyż przyjeżdżał z jakiejś dalszej mieściny czy wsi. I natychmiast przejmował rolę „proboszcza”. Przez mikrofon musztrował i pouczał ludzi, oburzając się na przeciągane zbyt długo pieśni. Gospodarzył się pełną gębą, a w śpiewie wydawał głos, jakby połknął dżelozo − niczym dziarscy księża-rezydenci lub niezłomni, tędzy dziekani.

Później dał się poznać i od innej strony. Gdy w którąś Wielką Sobotę poszedłem − pełen ascetycznych ideałów − na czuwanie przy Grobie Pańskim, w zakrystii zebrało się wesołe grono gawędziarzy. W soczyście nieprzyzwoitych dowcipach Antonowi nie było równych. Z jaką pasją je opowiadał. Jak czerwienił się z zachwytu. Zza okularów dalekowidza łypał wielkimi oczyma, a ponieważ jego mimika sprowadzała się prawie wyłącznie do oczu, budził we mnie prawdziwe zgorszenie.

A gdzież podział się L.? Ech, ten ciepły sługus, który po wstąpieniu do seminarium zniewieściał do reszty i gdy któregoś razu w zakrystii stał pełen powagi i łagodności, w nienagannej czerni płaszcza i rękawiczek, zapytany, jak mu idzie, wspomniał cicho na liczne trudy, po czym westchnął w zamyśleniu, iż tak pewnie musi być, bacząc przy tym, by głosu swego nie urazić o powietrze.

Przypowieść o pewnym lektorze: chłopcem będąc, zachwycał wiernych słowiczym głosem. Duma parafii na chwałę Pana i ludzi. Później namaszczony przez księży na spadkobiercę ich funkcji i plebańskich włości, zaprzepaścił otwartą drogę do powołania, zaskakując wszystkich wieścią o swoim potomku. Proboszcz chory. Atmosfera żałoby. A tak wiele mu wcześniej darowano, bo i większe defraudacje litośnie okryto sutanną. Któregoś roku czytał w Niedzielę Palmową Mękę Pańską. Młody był, więc dano mu rolę faryzeuszy, Piłata i ludu. Kto wie, może się tym wtedy zasugerował. Kto dziś rozezna wpływ i siłę słowa?

Dziś mogę rzec − nie sądź, byś nie był sądzony. A to sądzenie ma u mnie ładną tradycję, gdyż należałem do sądu koleżeńskiego ministrantów. Jako jego najmłodszy sędzia przyczyniłem się do zawieszenia w prawach ministranta, a potem wydalenia ze wspólnoty bodaj kilku zakapiorów. Nie zapomnę tego smaku: nie władzy, ale sprawiedliwości, która przeze mnie przemawiała; niepodważalnej nigdy gorliwości, która czyni świętym! Te debaty, kto najbardziej bezcześci nasze gniazdo; te głosowania za zamkniętymi drzwiami i oskarżony oczekujący na zewnątrz. I wyrok − czysty i niepodważalny. Dobrze było oglądać konsternację i bezsilność kogoś tak ugruntowanego w swojej nonszalancji, zarazem tak doskonale łączącego bycie ministrantem i obwiesiem. Ach, byłem nieprzejednany.

Byli i tacy, co zostawali ministrantami z powołania, zapisywali się czasem nawet wbrew woli rodziców, znajdując oparcie w Kościele. Proste i dobre to były chłopaki. Choć niewątpliwie część z nich wraz z mutacją głosu zmieniała swoje ideały. Ci jakiś czas jeszcze pobuczeli przez mikrofon, czytając chropowato fragmenty listów św. Pawła, i szli, każdy do swojego Damaszku.

Np. taki Kaczka. Ten, co kiedyś po żmudnej próbie asysty na Triduum Paschalne, na pytanie księdza, czy są jeszcze jakieś pytania, niczym panna nieroztropna rzucił, wskazując świece na ołtarzu: − A dlaczego te świece nigdy się nie wypalają?

(A siostra zakrystianka, dla której czas liturgiczny płynął inaczej, tyle razy przecież wymieniała wkłady sztucznych świec w połowie mszy!)

Albo taki Piotrek − sowizdrzał. Trudno było uchwycić zakres jego nieustannych wygłupów i niejeden ksiądz mógł zadawać sobie pytanie, czy ciągłe trwanie we wspólnocie nie jest kolejną jego hecą. Zanim zrezygnował na dobre, wiele mszy zabarwił swoją obecnością.

Inni z kolei doczekiwali dorosłości i w pokoju ducha przestawali chodzić z komżą. Bez żadnych już roszczeń ze strony co rusz to nowych wikarych. Może tylko proboszcz wzdychał wtedy z utęsknieniem, czekając ciągle na liczne powołania z parafii i podczas okolicznościowych kazań licząc, ile to już lat, odkąd do seminarium wstąpił nasz parafialny rodak…

*

Tak, mam przekonanie, że było to pierwsze poznane przeze mnie grono postaci z Ewangelii. Ewangelia okazała się opowieścią z kluczem, a zarazem sztuką, którą − chcąc nie chcąc − cały czas na różne sposoby odgrywaliśmy.

Każdy miał w niej swój epizod i własne odniesienie do jej głównego bohatera. I przez to, w perspektywie lat, każdy na swój dziwaczny sposób okazywał się niezastąpiony, przekonujący, a może nawet – ocalony.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.