Ze wspomnień ministranta. Komża (II)

O tym, ile biel może mieć odcieni, kandydat na ministranta miał prawo jeszcze nie wiedzieć. Teologia komży zawierała się w zapisanym u każdego w kajeciku zdaniu: „Biel komży oznacza czystość duszy”. Nikt nigdy nie wysuwał co do tego zastrzeżeń. Myśl była tak oczywista, że nawet gdy społeczność ministrancka ulegała zupełnemu rozprzężeniu, nie trzeba było jej przypominać. Komu też przyszłoby do głowy zaprzeczać świątobliwej maksymie?

O tym, ile biel może mieć odcieni, kandydat na ministranta miał prawo jeszcze nie wiedzieć. Teologia komży zawierała się w zapisanym u każdego w kajeciku zdaniu: „Biel komży oznacza czystość duszy”. Nikt nigdy nie wysuwał co do tego zastrzeżeń. Myśl była tak oczywista, że nawet gdy społeczność ministrancka ulegała zupełnemu rozprzężeniu, nie trzeba było jej przypominać. Komu też przyszłoby do głowy zaprzeczać świątobliwej maksymie?

Komże w naszej parafii nie potrafiły ulec pełnej uniformizacji. Każda z czasem zaczynała stanowić ze swoim właścicielem-użytkownikiem jedność, odwzorowując jego osobowość i kondycję ministrancką. Relacja zachodząca między komżą a jej nosicielem dawała wyraz duchowej wrażliwości, stopnia pieczołowitości w służeniu przy ołtarzu i wyznawaniu wiary, wreszcie − dojrzałości.

Nie było czerwonych sukni, czy też spódnic, do ziemi, jakie niejednokrotnie nosili koledzy po służbie w innych dekanatach. Co jakiś czas pojawiały się pomysły, by je wprowadzić. Na szczęście wtedy jeszcze spełzły na niczym. Chyba wystarczyło problemów z samymi komżami. A organizowanie sutanek zostałoby przyjęte jak zamach na utwierdzone obyczaje, nie mówiąc o impasie liturgicznym, który wobec takiej reformy ogarnąłby życie wspólnoty pewnie na wiele miesięcy. Poza tym, kto by bez dojmującego wstydu ubrał do ołtarza taką kiecę? Przecież to strój dla lalusiów. Tych, co do ołtarza chodzą sztywno jak świeczki, z woskową miną i smukłymi palcami anielsko złożonych rąk. (Widniał taki jeden na okładce naszego kalendarza, czy może poradnika dla ministrantów. Nie wiedzieć, czemu, miał soczyście podbite oko.)

Czasem, przy okazji szumnych wycieczek do diecezjalnej katedry lub innych szacownych kościołów, widywało się zmusztrowaną asystę w rewerendach. Widok mrożący krew w żyłach. Marmurowa atmosfera. Apatyczne oblicza młodzieńców i dumne czoła dandysów kościelnych, świadome swej powagi. Tu komże pobielane, tam smakosze liturgicznej etykiety, których dziś widzę niby członków bractwa jednego z dawniejszych papieży.

Ech, nie trzeba było debat, by wiedzieć, że nikt z dobrej i nieprzymuszonej woli tego nie przyjmie.

Utożsamienie komży z noszącym ją kawalerem narzucało się samo. I ustanawiało zupełnie koślawą, zaciemniającą obraz naszych stosunków społecznych hierarchię, tak iż trudno było orzec po ubiorze, kto należy do szlachty, a kto jest tylko kmieciem czy plebejuszem.

Ten nosił firankowe, przykuse barachło, nie zauważywszy, że od ostatnich trzech lat urósł o łokieć, a komża została w miejscu. Ów tonął w nieco popielatych fałdach komeżek niczyich − od których roiło się w ministranckiej szafie w zakrystii. Jedni w klarownej bieli spod żelazka, drudzy w bieli obojętnej, bladej lub prawie przeźroczystej. Gdzieniegdzie za krótkie rękawy, dziwny krój dekoltu, u młodszych okryty kołnierzem koloru liturgicznego (dla starszych ministrantów, którzy nie awansowali na lektorów, hańbiący anachronizm). Lniane świtki i giezła, kaftany i koszule, opończe i szuby. Ile komży, tyle osobowości.

Dlatego też wielokrotnie podnoszono fatalną kwestię: jaka komża, taka wiara. Ale do siania zgorszenia nikt się nie poczuwał, a do skruchy − nie rwał. Bo skoro zaczynało się od stroju, na stroju się kończyło.

A zabiedzone komże wskazywały nie tyle na jakość indywidualnej wiary, ile raczej na jej żywą obecność we wspólnocie. Stąd świadectwem tej wiary nie była − wedle pobożnych życzeń − wymuskana szata ani też schludne sumienia, ale najzwyczajniej − wola przychodzenia na mszę. Często niejasna, niezrozumiała czy zgoła absurdalna, a ponadto niewygodna i denerwująca, bo na bakier z panującymi regułami. Niemniej uzmysławiająca, że nie stanowimy zmurszałego i na poły już opuszczonego Kościoła; przeciwnie − że ciągle jesteśmy jak świeżo utworzona gmina, jak mieszkańcy Koryntu, pozbawieni tymczasem swojego świętego Pawła.

Do dziś niejeden z kolegów staje mi przed oczyma tylko w swojej komży. Dlatego myślę, że gdybym kiedykolwiek któregoś z nich spotkał, rozpoznałbym niechybnie właśnie po tej nienoszonej od lat szacie. Po tej beżowej bieli, która okazałaby się znakiem szczególnym, dowodem na nich samych; która pomimo zmienionych twarzy i nieklarownych losów o każdym z nas pozwoli kiedyś powiedzieć: no przecież to on, to nasz jest!


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.