Ze wspomnień ministranta. Księża

Lata ministranckie pozwoliły mi na sferę kapłańską patrzeć z bliska, bez ciśnienia zbędnych roszczeń i projekcji.

Oswojony z koturnem, jaki właściwy jest stanowi kapłańskiemu, nie oceniałem kolejnych księży wedle wyssanych z palca sióstr-katechetek ideałów, by potem wyciągać z tego konsekwencje natury metafizycznej, porzucając wiarę, jak czyniło wielu moich rówieśników. Chyba na swój sposób wiedziałem, że o ile ja pozostaję światłem łacno mieszczącym się pod korcem, o tyle księża musieli stać się miastami, które nie ukryją się na górze. Wiedziałem też, że szacunek wobec nich jest pełen napięcia, ambiwalencji i w jego imię oni pierwsi zostaliby rzuceni lwu na pożarcie, gdyby w naszej gminno-parafialnej wspólnocie zaszła taka potrzeba.

Nikogo innego tak nie weryfikowano pod kątem dokonanego wyboru życiowego oraz posiadanych cech jak księdza. Może dlatego do nielicznych należeli ci, którzy nie mieli na ten temat nic do dorzucenia od siebie. Główny problem tkwił jednak w  kryteriach oceny, te bowiem były dosyć histerycznie rozchwiane i generalnie znosiły same siebie. Jeżeli więc ksiądz okazywał się być „ludzki”, właściwość ta uznawana była powszechnie za rzecz wręcz nadnaturalną, natomiast żadnego chłopaka, który poszedł do seminarium, nie traktowano już „tak po ludzku”, tj. zwyczajnie. I na tym też polegał fenomen księżej odmienności. Ksiądz był po prostu kimś innym. Ksiądz − to był ksiądz.

Wiele postaci księży, których znałem, budziło rozmaite świeckie wątpliwości. Jednak dla grona tych, dla których zakrystia i plebania nie stanowiły miejsc onieśmielających, było jasne, że każdy ksiądz nosi w sobie zarówno swoją osobowość, jak i kapłaństwo. Zaś te, można rzec, mają się do siebie tak jak nabożeństwo do mszy. Ani się nie wykluczają, ani nie są ze sobą tożsame. W naszych oczach prezbiterium nie czyniło księdza wiarygodnym, ale też uszanowania czcigodnej funkcji nie podważała własna jego osoba.

Gdy przychodzili do parafii kolejni wikarzy, najpierw przyglądaliśmy się, jaka relacja zachodzi pomiędzy kapłaństwem a tym, który kapłanem został. I przykładowo, jeżeli ksiądz chciał w miejsce osobowości wstawić kapłaństwo, zaczynał obdarzać swoich laickich rozmówców protekcjonalnym miłosierdziem i niby patrząc na wszystkich sub specie aeternitatis, zamieniał się w przybytek kancelarii parafialnej. A skoro tylko kapłaństwo wpisywał do inwentarza osobowości, wiadomo było, że będzie mistrzem tyranizującym swoją mądrością, prorokiem jednej ambony, niespełnionym apostołem. Przez niektórych z kolei te sfery były traktowane wymiennie albo też na siłę od siebie izolowane. U innych obydwie żyły własnym życiem. Etc., etc.

 

 

*

 

Ale otóż i ksiądz J. Młody wikary. Świeżo po święceniach. Od początku wiedział, że do przydzielonego mu zadania sprawowania opieki nad ministrantami zupełnie się nie nadaje. I dzięki tej wiedzy opiekunem był pierwszorzędnym. Nie przekładało się to na statystyki, bowiem za jego kilkuletniej obecności przyjętych zostało trzech, może czterech ministrantów, niemniej z nikim innym nie można było porozumieć się w sposób tak jasny i pozbawiony celebry. Stanowił zupełne przeciwieństwo takiego np. księdza S., który − gdy pięcioletnia dziewczynka przywitała go w zakrystii, mówiąc „Dzień dobry!” − zaczerwienił się i stłumiwszy okrzyk zgorszenia zaczął wyjaśniać jak na dziecięcym kazaniu, że on przecież nie jest żaden „pan”, tylko „ksiądz”. A jak się do księdza mówi? Pochwalooooo…

Ksiądz J. stanowił też przeciwieństwo swojego następcy. Sam będąc chętnym kompanem w wędrówkach, pielgrzymem i pielgrzymkowiczem, został wysłany w inne parafie, a na jego miejsce przyszedł opiekun, który ciągle zdawał się być bliski płaczu. Co gorsza − płaczu nad sobą. Ksiądz G. To śmieszne, ale najlepiej pamiętam jego frotową, granatową skarpetkę. W jeden z sobotnich poranków umówieni hurmem przyjechaliśmy rowerami pod dom wikarych. Jeździmy, kręcimy się, dzwonimy i nic. Czekanie. Na opóźniającego się naszego księdza. W końcu wydelegowany najstarszy kolega poszedł na poszukiwania zapodzianego przewodnika wycieczki. I wrócił, wieszcząc trudności. Jakoż ksiądz G., wywołany ponownie ze swego mieszkania, ściszonym głosem zaanonsował, iż wszystko wskazuje na to, że nie pojedzie. Nie pojedzie − bo go boli stopa. Tak jakoś mocniej niż zwykle. Płaskostopie. Na dowód zaś delikatnie uniósł ozutą w klapki, winną słabości stopę, odzianą w wiekopomną skarpetkę, która stała się dla mnie symbolem generalnej niedyspozycji.

Ksiądz J. miał ten dar, że chyba wiedział, dlaczego został księdzem. Nigdy go o to nie pytałem. Ale nie dało się ukryć. Bez żadnej dziwnej maniery, ogrywania siebie biretem, bez katolickiego bicia piany ani zbędnego entuzjazmu. A kto inny jak nie on podczas zbiórek robił szerokie i rzeczowe wprowadzenia na temat bliskich świąt czy świętych? Prócz niego tylko ksiądz A., zwany − dla swojej postury i wzrostu − Bocianem. Tak, poczciwy ksiądz Bocian. Starający się nadać życiu ministranckiemu utraconą rangę w dobie jego największej degrengolady. Mający dobre intuicje i szczere chęci, ale też nieznający konsekwencji w działaniu. Jego paliatywna opieka nad wspólnotą nie miała przyszłości, tak jak prowadzona przezeń grupa młodzieży katolickiej, która kończąc liceum, zostawiła za sobą pustą salkę i pieśni organisty w miejsce domorosłej gry na gitarze.

Liturgistą był ksiądz G.G. Msza była jego dewizą. „Baranku Boży” wbrew zwyczajom i na przekór zdezorientowanym ludziom śpiewał nie trzy, ale siedem czy osiem razy, wedle swej gotowości do dalszych obrządków. Przemagał śpiew Kościoła i z zimną pasją ciągnął dalej „Zmiłuj się nad nami”. Poza tym modlitwę eucharystyczną czytał po łacinie. Nikt nie wiedział czemu, ale kto by księdzu nie puścił płazem takiej nieszkodliwej fanaberii? Raz tylko słyszałem, jak małe dziecko zdziwione zawołało spod ołtarza do mamy: „On nie umie po polsku?”. Ksiądz G. był uparty i skory do obrażania się. Z ludźmi rozmawiał albo przesadnie rozpromieniony, albo naburmuszony. Jako jedyny wszedł w otwarty konflikt z parafialnymi babciami, bezpardonowo urywając im w połowie zwrotki śpiewane pieśni lub czyniąc wyjątkowo krótkie komentarze liturgiczne od ołtarza, wzywające do zamilknięcia i docelowo − nieprzeszkadzania w świętych obrzędach śpiewaczym zawodzeniem.

Wspomnieć też muszę na księdza Dzięcioła, jak go nazywano ze względu na szczególne walory fizjonomii i charakteru. Gdy chodziłem z pateną, wiele razy przerywał rozdawanie Komunii, by zrobić mi awanturę, iż źle ją trzymam. „Czego uczyli cię na kursie?!”, „Nie wiesz, jak to się trzyma?!”, „I to ministrant w nadziei na lektora!” − słyszałem w takich wypadkach. Ksiądz Dzięcioł miał też to do siebie, że msze zaczynał przed czasem. To był jego konik. „Wychodzimy!” − wołał. „Ale proszę księdza, jest za pięć”. „Kto miał przyjść, ten już przyszedł” − odpowiadał już spod drzwi zakrystii, sadząc do wyjścia nieprzystawalnie wielkimi do jego postury krokami. Potem, po powrocie, zadowolony zacierał ręce, mówiąc: „Ale nam się udało. Która to? Dwanaście po. I już msza odprawiona. Świetnie!”.

Ale ksiądz J.B.! Ten, który przygotowywał mnie do ministrantury! Z piękną, pełną prostoty powagą traktujący naszą przyszłą posługę ministranta. Wlewający w aspirantów nie ideały, a naturalne poszanowanie liturgicznej służby, wobec której każdy potem już czuł respekt, bez względu na to, co z tym poczuciem później zrobił. Jego osobowość odpowiadała twarzy i postawie, te zaś z czasem stały się dla mnie wyobraźniowym modelem angielskiego dżentelmena. Swoją stateczność przekuwał ksiądz J.B. na nabożność. Gdybym nadal dążenie do świętości uznawał za szlachetną rzemieślniczą pracę, którą trzeba solidnie wykonać, mógłbym z dumą powiedzieć, że u księdza J.B. byłem terminatorem.

Ksiądz K.− groźny tak z wyglądu, jak i z kazań. Jedyny krzyczący i rozliczający z ambony, ale bez zacięcia retorów, którymi byli już tylko starsi księża. Raczej uderzający w tony wędrownych kaznodziejów-moralizatorów, ostry, cierpki, bezkompromisowy. Choć jeśli księdza K. znało się nie tylko z kazań, w końcu stawało się jasne, że pod jego stałym poirytowaniem kryje się usposobienie znacznie łagodniejsze, niemające przesadnych wymagań wobec ludzi i świata. Jego wybuchowe kazania okazały się właściwie parabolicznym językiem, w którym przytłoczony, zmęczony człowiek opowiadał o swoim samopoczuciu, z mocą choleryka wyłuskując swój prawdziwy stan duszy i − jak się później okazało − zdrowia.

Przypomnę i księdza Z. Ten ci był bowiem od mszy dziecięcych. Miał do nich smykałkę. Za to wprost nie trawił młodzieży. Zdaje się, że w ogóle młodość traktował jako nonszalancką prowokację względem religii. Dlatego zżymał się na kandydatów do bierzmowania, na licealistów, nie dbając o powody. Raz w czasie kolędy zdarzyło się, że z moim bratem i z księdzem Z. weszliśmy do mieszkania, w którym młodzi lokatorzy urządzili sobie uroczystszą kolację. W przeddzień, przy zapowiedzi kolędy, nikogo tam nie zastaliśmy, więc jakież było ich zdziwienie… Zastawiony stół, włączony telewizor. Aż trudno uwierzyć, ale wyglądało bezalkoholowo. Zaraz zaczęli uprzątać, wyjaśniać, zapraszać. Spolegliwi jak niemłodzież. Ksiądz Z. jednak okazał się nieprzejednany. Chwilę zbierał się w sobie, po czym jawnie wpadł we wściekłość. Łajał zawstydzonych mieszkańców, a prośby o wybaczenie przyjmował niby bezczelne propozycje zgniłego kompromisu. „To co ja mam… do keczupu się modlić, do szynki?!” − wykrzykiwał z furią. Po czym zawracając, rzucił definitywne i miażdżące „Szczęść Boże!”. I w ten sposób opuścił mieszkanie. A niepotrzebnie.

Charyzmatyczną postacią był ksiądz K.K. Zaskarbiał sobie zarówno staruszków, jak najmłodszych. Tylko on umiał przekonać księdza proboszcza, by ministrantami zostawały pięciolatki. I tylko on potrafił rozpalić entuzjazm w ich rodzicach i w samych dzieciach. Ba, nawet miejscowa policja puszczała mu płazem częste przekroczenia prędkości w jeździe samochodem. Wspominam o tym, bowiem był miłośnikiem motoryzacji. Co rusz przyjeżdżał pod plebanię innym srebrnym wehikułem, obwieszczając swoje przybycie piskiem opon. A o tym, skąd te samochody brał, jak je załatwiał, krążyły rozmaite historie. Po prostu był nimi zafascynowany i już.

Osobne słowo należy się tzw. księżom-rodakom − wywodzącym się z naszej parafii. Kojarzę ich czterech. Jeden − po studiach w Rzymie, tyleż pobożny, co grzeczny. Drugi − krasomówca zasłuchany w dźwięk swojego głosu. Trzeci − stylista: od dobrych perfum, płaszczy i butów w połyskliwy szpic, zaskakująco długo modlący się na osobności przed mszą, niezależny, nieskory do rozmowy i dlatego dający się lubić. Pamiętam tylko, że raz się ożywił, wtrącając w jakąś rozmowę o albach uwagę, iż − jak to się mówi − prawdziwy mężczyzna zaczyna się od metra osiemdziesięciu (sam się więc kwalifikował). I czwarty − zakonnik, pracujący na Wschodzie. Jak rzadko który ksiądz, wchodząc do zakrystii, nie dawał do zrozumienia, że oto teraz chodzi o niego; z zakłopotaniem przyjmujący wszelkie względy i publiczne laudacje księdza proboszcza, sprawiający wrażenie śniącego na jawie sen o absurdalnym powrocie dzieciństwa.

Wiele by mówić o księdzu proboszczu. Jego stałym repertuarze kazań okolicznościowych, o opowieściach, którymi nas raczył podczas długich przedmszalnych pobytów w zakrystii, jego plebańskiej wyrozumiałości i famie „jedynego proboszcza w mieście, z którym można się dogadać”.

Przy ołtarzu stawał się nieosiągalny i jakby zagubiony. Zaprzepaszczał się w cicho wypowiadanych modlitwach, niecierpliwił ogromnie, gdy ministranci opóźniali się choćby chwilę z jakąkolwiek czynnością. Ale w zakrystii, po zdjęciu szat, te same osoby witał z zawadiackim błyskiem w oku. A rozsiadłszy się na dużym krześle tworzył jednoosobową lożę szyderców, wprowadzając poganianych przez siostrę zakrystiankę chłopaków w konfuzję.

Był inny od pozostałych księży. Należał do starszego pokolenia. Prowadził na tyle ascetyczny tryb życia, że nikt by go o to nie podejrzewał. Do utartych obserwacji należało to, że płaszcz i kraciasty ciemny szalik są u niego na służbie od lat i że na kolędę jedzie się z nim taksówką lub idzie pieszo. Plebania za jego epoki chyba nie przechodziła poważnych przeobrażeń ani modernizacji. Lekki kurz pożółkłych łacińskich formularzy, ksiąg chrzcielnych unosił się w kancelarii i w całym, źle zelektryfikowanym budynku pachniało przedsoborowo. Ta swoista prostota, czy też surowość, z pewnością była zasługą charakteru księdza proboszcza oraz wieloletnich przyzwyczajeń, ale jakże nie uznać ich za cnoty właściwe świętym!

 

 

*

 

W parafialnym obejściu ministrantom przypadała rola szczególna: pośredników między księżmi a ludem Bożym. Wyjątkowość tej funkcji polegała na tym, że w istocie żadnego pośrednictwa nie trzeba było, jednak mało kto z wiernych i niewiernych przyjmował to do wiadomości. Dlatego w cieniu ornatów wszyscy chyba musieliśmy choć na chwilę poczuć się Boskimi wybrańcami, a potem z ust postronnych nasłuchać rozmaitych kpin i ordynarnych żali na Kościół powszechny. Ale co z tego, że ci lub owi mówili o Kościele jak o przybytku kleru − tych wydrwigroszy, przebierańców czy wszeteczników. Co z tego, że utożsamiano go z ciemnogrodem, pałacem-plebanią czy władzą satrapy. O, zazdrośni i powierzchowni! Plebańskie obejście było stolicą naszej młodości, poematem Kościoła katolickiego, którego uczyliśmy się na pamięć, w sposób niewymuszony, wiedząc, że mamy w nim swoją strofę i swój udział.

Specyficzna obyczajowość, każąca traktować księży iście po kapłańsku, honorowo i ekscentrycznie, sprawiała, że także ci nieżyczliwi wymagali od nich baśniowej nieskazitelności lub przeciwnie − wzorowej pychy, potwierdzającej najgłupsze z obiegowych mniemań. Szanowano ich czołobitnie, nie szanowano − za plecami, a obśmiewano i złorzeczono im raczej anonimowo.

Ministrant miał szansę zobaczyć rzecz inaczej, bez niepotrzebnych rzutów reflektorem w mrok i podejrzeń. W świetle dziennym. Kapłaństwo okazywało się wtedy zamieszane w losy ludzi nie mniej niż inne dziedziny życia. A powszednie obcowanie z nim przekonywało, iż kapłański blask świętości to nic innego jak rytm wyznaczany przez poranne i wieczorne msze.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.