Ze wspomnień ministranta. Rekreacje

Pomimo szarej rzeczywistości zbiórek, rozliczeń, drobnych szachrajstw i słusznych bur służba ministrancka pełna była blasku i godności. Od czasu do czasu przypominano sobie o tym, ksiądz opiekun odkurzał zapoznane od miesięcy ideały i na nowo można było poczuć smak naszego poświęcenia.

Niby Boskim orderem odznaczano nas słowami zasługi, uczono i wykazywano, jakiej radości doświadczamy, jakie zaszczyty są naszym udziałem…

Nie było w tym ni krztyny przesady! Wstępowanie po kolejnych stopniach na wyżyny prezbiterium i wykonywanie czynności, do których popychała nas sama liturgia, nie tylko dawało zwykłe, rzemieślnicze zadowolenie na myśl o wykonywaniu dobrej roboty, ale w końcu pozwalało doznać, iż sami jesteśmy odświętni.

Przypominanie zasług i wzniosłości nie było martwym obyczajem. Na same pochwały można by tylko machnąć ręką. Nie o gadanie chodziło, lecz o znalezienie sposobu na uczczenie ministranckiego życia. Sprawdzonych sposobów było kilka: wycieczki, wyjazdy, mecze. Głównymi obchodami były jednak spotkania gromadzące wszystkich ministrantów, a ściślej mówiąc ‒ wspólnotowa balanga.

Gdy padły już pierwsze napomknienia dotyczące spotkania, sprawa organizacji toczyła się niezwykle szybko. Ogłoszenie daty, wyznaczenie funkcyjnych, uszczuplenie wspólnotowego trzosa. Tydzień lub dwa i po przemeblowaniu ław w salce już rozkładano pełne misy. Pośpiesznie, zanim ogłada gromadzących się jednostek przemieniła się całkowicie w nieokrzesaną ciżbę. Ostatecznie wpuszczano zajadle szturmujących drzwi chłopaków do wnętrza. Świętowanie stopniowo nabierało tempa i stawało się procesem nieodwracalnym.

Począwszy od mocnej, jednogłośnej modlitwy na wstępie, kiedy biesiadnikom towarzyszył jeszcze ksiądz, przestrzeń naszego wieczernika zaczynała się zagęszczać, pęcznieć, buzować. Bo wszak należało natychmiast ukarać tych, którzy ze złożonymi rękoma dopuścili się zjedzenia ciastka z zakazanego jeszcze stołu lub wykazywali brak gorliwości, strojąc miny nie licujące z wypowiadanymi słowami.

Konkursy i programy duszpastersko-artystyczne były tylko zwyczajową próbą uniknięcia dalszych konsekwencji spotkania. W rezultacie zaś − ich chwilowym odroczeniem. Bo i cóż robić po sutym popasie, gdy talerze nadal są pełne wypieków, a możliwość ruchu ograniczona rozmiarem blatów i obecnością kolegów?

Niekiedy zdarzało się niebacznie szturchnąć łokciem szklankę soku i wylać na sąsiada. Nikt jednak nie czekał na takie przypadki. Konflikty wynikały przecież z czystej bezinteresowności. Wystarczyło sięgnąć po paletkę do ping-ponga. Leżało ich kilka na boku. W końcu mistrzostwa w tenisie stołowym odbywały się na okrągło. Ale nie teraz, kiedy rakietką można było pacnąć kogoś w ciemię lub zadek albo przeciągnąć jej ogumioną powierzchnią po czuprynie. Proste radości. A jak skutecznie stawiające na nogi. Nawet kilku najpoczciwszych kolegów, takich co to po dwóch latach stażu nadal do ampułek szli onieśmieleni, garbiąc się ze wstydu i pesząc przy podawaniu naczynia księdzu ‒ nawet ich można było zobaczyć, jak zaciekle, ze łzami w oczach gnają za kimś, by wyrównać rachunki krzywd. Dołem, górą, przez stoły, po głowach. „Już nie żyjesz!”, „Który to?!”, „Dawaj go, dawaj go!” Istna uroczystość!

Tumult, potyczki i bitwy na ciastka i pięści dopełniały wieczoru i dla każdego były jasnym świadectwem jego świetności. Ale poza tymi uniwersalnymi sposobami świętowania mieliśmy jeszcze swój lokalny obyczaj, który skądinąd stanowił nasz gwóźdź programu. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie, było nim − gilgotanie Masy.

Masa należał do ministrantów potężnych, najpotężniejszych. Na ogół spokojny, rzeczowy, nawet nieco chmurny i drażliwy, gdy zaczynał się śmiać, na naszych oczach przemieniał się w giganta, w górę wesołości. Od tego śmiechu padłby plackiem i tuzin zacnych biskupów, to pewne. Mocarny dyszkant, głos cherubów, zastępów! Katedralne dzwony!

Zasadzić się na Masę nie było łatwo. Najpierw więc po salce roznosiła się cicha wiadomość. Patrzono po sobie wymownie. Niby gadano, jedzono, a krąg wokół Masy niepostrzeżenie się zacieśniał. Wtedy nagle ktoś rzucał hasło: „Na Masę!”. Czerń rzucała się na wielkiego kolegę, aż w końcu wszystkich dobiegał i przenikał charyzmatyczny rechot. Wraz z Masą pokładali się i turlali wszyscy. Wszyscy.

Żadne tam szkolne imprezy, dyskoteki czy inne instytucjonalne obchody czegokolwiek nie miały w tamtych czasach tyle siły wyrazu. Pobożność podsycała brawurę, a brawura odświeżała sumienia. Ile ruchu i napięcia było w tym poddaniu się nudnemu na pozór rytmowi nabożeństw! Kto zaznawał w nim zblazowania, nie potrafił już także biesiadować.

By powrócić do porządku ministranckiej posługi, nie wystarczało zwyczajne posprzątanie miejsca uczty. Wiele spraw domagało się wyjaśnienia. Należało ustalić w zarysie, kto co zrobił itd. Trwało to zawsze jakiś czas, zeznania były sprzeczne, fakty do siebie nie pasowały, aż w końcu winni zniszczeń przechodzili do legend, a niespełnione pogróżki i kary zamieniały się w anegdotę. W ten sposób z podziwu godną prawidłowością puszczano w niepamięć każdorazowe konsekwencje bib i rekreacji.

Tu jednak należy przypomnieć postać sprawiedliwego: Micia. Któż jak nie on troszczył się w łonie Służby Liturgicznej o jakość tejże służby, w aspektach zdawałoby się drugorzędnych! Jedyny spośród ministrantów, któremu powierzono wątpliwą godność chodzenia z koszykiem na składkę, który zgadzał się na wzięcie krzyża na procesję, gdy inni kategorycznie tego odmówili lub uchylali od odpowiedzialności, chowając się po kątach zakrystii. Ten ci był pierwszy, gdy należało być pierwszym, choćby przed poranną rezurekcją po wielkosobotnim czuwaniu do północy. Poza tym trzeba powiedzieć, iż Micia cechowała swojska, nieco dojmująca, lecz nade wszystko niezawiniona prostota.

To właśnie w nim doroczne uczty miały wroga i oskarżyciela. Gdy na zbiórce z nową, wiosenną świeżością pojawiał się temat organizacji świętowania, w Micia wstępował polemiczny duch. Wstawał i wygłaszał zaraz swoje non possumus, retorycznie przypominając haniebną przeszłość świątecznych inicjatyw, a trzeba podkreślić, że przez wzgląd na swoje zaangażowanie w Kościół i wczesną a nieogoloną brodę brano go za sędziwego już ministranta.

Pamiętam zwłaszcza jedną jego tyradę, niesamowitą. Rozgorzał cały na twarzy i na przekór wszystkim zaczął wylewać nagromadzoną z dawna gorycz, jako ten, który zawsze poczuwał się do odpowiedzialności za straty i totalny bałagan. Mówił zwięźle, plastycznie, dosadnie. Kto by go podejrzewał o takie umiejętności mówcy! „I znowu będą potłuczone szklanki, ciastka na ścianach! Poprzedni ksiądz już mówił, że nie będzie żadnych takich spotkań!” ‒ argumentował.

Ale najmocniejsze słowa, rzucone w toku urywanych zdań, będące skargą i oskarżeniem jednocześnie, powtórzone kilkakrotnie, Miciu prawie wykrzyczał: „Co się działo?! Pączek pływał w kompocie! Mówię: pączek pływał w kompocie!”.

Wołanie na puszczy, profetyczna wizja męża opatrznościowego Micia, który naraz stał się prorokiem. Na próżno.

Już w czasie jego wystąpienia zrobiło się zamieszanie. Zakłopotany obnażeniem faktów ksiądz jął głośno uciszać wszystkich zgromadzonych, chciano odwołać, zatuszować niewygodny głos Micia, śmiało się wielu. Ale też nikt Miciowi nie przeczył. Jego zarzuty były zbyt trafne, doskonale prawdziwe. Zaogniały apetyt, wskrzeszały wspomnienia. Tak przecież było, jak mówił. Tak było zawsze! Szykujmy spotkanie!

Jak roztropny i zapobiegliwy był Kościół, gdy ochrzcił nasz na poły pogański żywioł, hulaszczy ryt, który na kilka godzin zamieniał salkę katechetyczną w jaskinię zbójców! To jasne, że nasza uczta, wyrzucona z kalendarza, zdziczałaby i popadła w chaos, z wyciem wdzierając się do życia codziennego.

Oracja Micia zginęła w tłumie, a jej przesłanie staranowano i odrzucono precz. Ale wbrew pozorom nie odniosła ona klęski. Sugestywny obraz pączka w kompocie przetrwał.

Tak, przetrwał. Przekazywany z ust do ust, powtarzany wielokroć, zdołał się utrwalić i oczyścić z przypadkowości. Z biegiem czasu nabrał jakby mocy prawa, głębi symbolu. Obrósł komentarzami, tradycją śmiechu i poważania.

A dla mnie stał się wreszcie przypowieścią o zbliżającej się, uszykowanej dla nas wieczności. Pieśnią o uczcie, którą ma nam zgotować Bóg i której następstw nikt nigdy nie był w stanie przewidzieć.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.