Zmartwychwstanie na poobiednim spacerze

W wielkosobotnie popołudnie wybraliśmy się odwiedzić groby bliskich i znajomych. Pospacerować w cmentarnej, szlachetnej ciszy, nie mówić zbyt wiele. Nie znam lepszego miejsca na ćwiczenie się w pełnym nadziei, koniec końców – pogodnym – oczekiwaniu. „Ciało składamy do ziemi jako zasiew nieśmiertelności” – mówił kard. Ratzinger w homilii pogrzebowej Jana Pawła II.

Lubię Wielką Sobotę za tę ciszę. Zamiera liturgiczny puls, a więc wszystko. Samiuteńcy trwamy, sam na sam z czasem, ze światem, z sensem. Tak naprawdę tego dnia jakby nie było, wyjęty poza nawias historii. Trochę stracony i nienazwany, jak godziny spędzone w poczekalni u lekarza. Jedyny dzień w roku, kiedy można poczuć, jak byłoby, gdybyśmy żyli bez Chrystusa. Jak byłoby, gdyby po prostu umarł i zniknął. Puste tabernakula, puste kościoły, ogołocone ołtarze, bezczynni kapłani. Puste serca, ręce i może nawet puste życie. Piszę „może”, bo kto wie, czy jednak nie wypełniłaby go jakaś niezrozumiała, nienazwana tęsknota.
 
No więc lubię Wielką Sobotę za tę jej ciszę, bo mądra doświadczeniem Apostołów wiem, że nie będzie ona trwała wiecznie. Że już za chwilę świat, który zamarł, poruszy się znowu; że wszystko za chwilę z ulgą wykrzyknie: ZMARTWYCHWSTAŁ. Nie odszedł. Żyje. A to oznacza, że nie jesteśmy sami. Wielkosobotnia cisza tę ulgę i radość przygotowuje, bo w niej odnajduję dyskretny, niemal niezauważalny smutek życia bez Chrystusa. Niby niewielka różnica, a jednak rozstrzygająca o całości. Na co dzień niemal niezauważalna, powszedniość aż do znudzenia. Jak rytm oddechu czy bicie serca. Ponoć świadome oddychanie wzbogaca przeżywanie i podnosi jakość życia. W moim przypadku takie działanie ma bezruch Wielkiej Soboty.
 
Umknęliśmy miastu i świątecznym przygotowaniom na cmentarz, by poczuć to całym sobą. By pobyć z tymi, dla których Wielka Sobota tak jakby trwa nieprzerwanie w tym naszym ziemskim czasie. I dopadło nas tam, w blasku słonecznego dnia i świergotaniu ptaków, grzmiące z głośników ALLELUJA, tłum przed kaplicą i płomienne kazanie kapłana, że oto zmartwychwstał.
 
Jakiś żal nas ogarnął, poczucie, że ktoś nam zabrał coś szalenie cennego. Wyrazisty znak dnia bez liturgii okazał się pustym symbolem. Rzeczywistość przybrała znamiona gry.
 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także