Zmusić się na nowo do dyskutowania

Wstyd ogromny, bo blog dyrektora - a obecnie prezesa ;-) fundacji - zamarł na pięć miesięcy. Trzeba choć trochę rozjaśnić powody tego letargu. Nie będzie to publiczna spowiedź ani usprawiedliwianie lenistwa. Jedynie chytry sposób na przełamanie milczenia.

W polskim internecie temat liturgii (choć niszowy) jest żywo dyskutowany. Czego dotyczą dyskusje?  Wystarczy przejrzeć blogi na naszym portalu, by wyrobić sobie na ten temat miarodajną opinię. Jak zazwyczaj, tak i w tym temacie, trudno oddzielić merytoryczną zawartość dyskusji od jej emocjonalnego opakowania. Jednych emocje zagrzewają do polemiki, innych zniechęcają do brania w niej udziału. Gdy ktoś podejmie się "rozpakowania" afektywnej otoczki dyskusji i przebije się przez nią do meritum, okaże się, że dyskusje na temat liturgii mogą być niebezpieczne. O dwóch takich niebezpieczeństwach spróbuję napisać poniżej.

Pierwszym niebezpieczeństwem jest sam fakt dyskutowania o formach liturgicznych. Można – na co zwrócił mi uwagę Piotr Kaznowski – przeoczyć to, o czym się rozmawia. Z jednej strony bowiem powtarzamy za SC, że liturgia jest źródłem i szczytem, a z drugiej nie interesuje nas ani źródło ani szczyt, tylko to czy mamy do czynienia z niklowanym kranikiem, czy też drewnianą platformą widokową. Za KKK czy Jeanem Corbonem powtarzamy zdania o trynitarnym źródle liturgii i jej kosmicznym wymiarze, ale w sumie interesuje nas antropologiczny wymiar kultu czy też kierunek celebracji. Za Michaelem Kunzlerem będziemy opiewać wstępujący i zstępujący porządek liturgii ale w sumie naszą uwagę przykuje ilość stopni prowadząca do ołtarza i o ich liczbę będziemy się spierać. Na koniec dnia orientujemy się, że w sposób przedmiotowy traktujemy to, co podmiotowe. Ważniejsze są formy liturgii niż Liturg.

Wobec tego zdaje się (w nawiązaniu do wpisu ks. Macieja Zachary MIC), że większość dyskusji o liturgii zaprzepaściła zasadnicze osiągnięcie ruchu liturgicznego: odnowienie duchowości liturgicznej. Co więcej, jeśli wolno swobodnie mówić o formach z jednoczesnym oderwaniem ich od fundamentu, wówczas liturgia staje się tworem tej czy innej społeczności, jest zmienna, dowolnie kształtowana, pozbawia się ją stałości i niezmiennego charakteru. To, co wieczne, niezmienne i nieprzemijające umyka, przestaje być dostępne w sferze przeżyciowej. Zaradzić ma temu – takie można odnieść wrażenie – zamrożenie form i rubrycyzm. W tym miejscu zaczyna się popadanie w drugie niebezpieczeństwo.

Drugim niepokojącym syndromem dyskusji liturgicznych jest posługiwanie się w nich kalkami myślowymi rodem z dyskursu społecznego, a czasem wręcz politycznego. Myślę tu przede wszystkim o rozróżnieniu: konserwatyści – liberałowie, czy w wersji bardziej miękkiej: tradycjonaliści – postępowcy. Pomijam fakt napięć, które wciąż powstają pomiędzy tak opisywanymi środowiskami/obozami. Pomijam, bo samo rozróżnienie uważam za błędne i wprowadzające zupełnie niepotrzebne nieporozumienie. Sądzę, że o wiele trafniejsze jest myślenie w kategoriach zaproponowanych przez Richarda Johna Neuhausa: continuity – discontinuity. Na czym polega różnica? Na myśleniu w kategoriach rozwoju form, a nie ustabilizowanego stosunku do nich. Formę ocenia się jako "kościelną", a nie "tradycyjną" czy "modernistyczną". By forma była kościelna, musi wynikać z organicznego rozwoju wiary, tradycji i społeczności Kościoła. Niemniej istotne jest, by nie tylko kontynuowała to, co dla wiary od początku jest zasadnicze, ale i rozwijała jej rozumienie i doświadczenie.

Każda katolicka liturgia jest o tyle dobra o ile rozwija życie Kościoła, wiąże wiernych (religare) z Bogiem i między sobą. Stąd daje życie. By tak było, musi spełniać zasadę ciągłości. Wcale nie jest istotne czy bardziej przypomina szacowne zabytki sztuki, czy stanowi awangardową, nowoczesną architekturę.

Co ciekawe, w obu najpopularniejszych formach rytu rzymskiego są elementy spełniające kryterium ciągłości tradycji katolickiej i takie, które go nie spełniają. Jeśli jakaś forma celebracji pojawiła się 500 lat temu, to wcale nie przesądza spełniania kryterium ciągłości. Mogła pojawić się jako dodana "znikąd" i jako taka trwa. Mogła powstać jako nadużycie, modyfikacja właściwej praktyki, efekt niezrozumienia dawnych zwyczajów. Ciągłość to nie tylko patrzenie wstecz ale i w przód, ocenianie idei przez badanie ich zrealizowanego potencjału. Jeśli forma liturgiczna nie prowadzi dalej, zanika "bezdzietnie", to jest (wybaczcie dalece niedoskonałą analogię) jak paranthropus robustus, który zasiedlał przez lata obszary wysychającej Afryki i choć mamy wspólnych przodków, nie stanowi etapu ewolucji homo sapiens sapiens.

Ciekawe, czy mówienie o niebezpieczeństwach, kogokolwiek przed nimi uchroniło?


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Grabowski OP

Tomasz Grabowski OP na Liturgia.pl

Od początku zaangażowany w działalność Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, w latach 2005-2010 jego dyrektor, a od przekształcenia w Fundację – prezes w latach 2010-2016. Od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu i stały współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.