Życie objawiło się

27 grudnia Świętego Jana, apostoła i ewangelisty, liturgia słowa: 1 J 1, 1–4; J 20, 2–8

Podobnie jak wczoraj przeżywane święto Szczepana pierwszego męczennika i dzisiejsze święto bardziej pasuje do Okresu Wielkanocnego niż do Okresu Narodzenia Pańskiego. Dzisiejsze święto ukazuje jednak właściwy porządek rozpoznawania Bożego objawienia. Fundamentalnym doświadczeniem i punktem wyjścia chrześcijańskiej wiary jest tajemnica zmartwychwstania.

Dopiero od niego rozpoczyna się stopniowo odkrywanie prawdy całego przesłania Pana Jezusa. Ma to potwierdzenie w historii powstawania spisanych ewangelii synoptycznych, czyli Ewangelii według św. Mateusza, Marka i Łukasza. Pierwszą i najważniejszą ich częścią jest relacja o tajemnicy paschy Chrystusa (Ostatnia Wieczerza, sąd, męka i zmartwychwstanie). W następnej kolejności powstawały przekazy o działalności i nauczaniu Pana Jezusa, a jako ostatnie tak zwane „ewangelie dziecięctwa”, czyli pierwsze dwa rozdziały Ewangelii św. Mateusza i Łukasza. Dopiero po doświadczeniu zbawczego dzieła pojawiła się refleksja nad samą osobą: Kim jest ten, który tego dokonał? I w konsekwencji powstało pytanie o Jego narodzenie.

W pierwszym czytaniu św. Jan daje świadectwo:

[To wam oznajmiamy], co było od początku,
cośmy usłyszeli o Słowie życia,
co ujrzeliśmy własnymi oczami,
na co patrzyliśmy
i czego dotykały nasze ręce
– bo życie objawiło się:
myśmy je widzieli,
o nim zaświadczamy
i oznajmiamy wam życie wieczne (1 J 1,1n).

Co oznacza owo widzenie i dotykanie życia? Oczywiście odnosi się do Osoby Jezusa Chrystusa – ale w jakim momencie? Wydaje się, że mówi o tym św. Jan w Ewangelii. Po przybyciu do pustego grobu: wszedł do wnętrza … Ujrzał i uwierzył (J 20,8). Dlaczego dopiero wtedy uwierzył? Co ujrzał i w co uwierzył? Wcześniej św. Jan wierzył, że Jezus jest Mesjaszem, co wyraźnie zadeklarował św. Piotr w imieniu wszystkich uczniów. Jego wiara się jednak zachwiała, kiedy widział tragedię sądu, męki i śmierci na krzyżu. Gdy wszedł do grobu, uwierzył, ale nie na powrót tak, jak poprzednio wierzył, ale uwierzył nowością wiary, której świadectwo daje w swoim Pierwszym Liście, szczególnie w przytoczonym wyżej fragmencie: co ujrzeliśmy… czego dotykały nasze ręce (1 J 1,1).

Co zatem ujrzał św. Jan? Ujrzał: leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu (J 20,7). Otóż układ leżących płócien był tak wymowny, że wzbudził wiarę. Przypuszcza się, że leżały one tak jak wtedy, gdy włożono do grobu ciało w nie zawinięte, tyle że nie było samego ciała. Gdyby np. ktoś chciał ciało z tych płócien wydobyć, to musiałby je odwinąć i płótno złożyć inaczej. Podobnie byłoby, gdyby Pan Jezus obudził się i sam starał się uwolnić z nich. Natomiast one były tak samo zawinięte, jak na ciele, ale brakło samego ciała, jak gdyby ciało wyparowało ze środka. Ten widok był niejako namacalnym znakiem zmartwychwstania dla każdego, kto odrobinę pomyślał. W całej działalności i nauczaniu Pan Jezus zawsze domagał się od słuchaczy wniknięcia myślą w treść nauczania i dawanego znaku. Potrafił go rozpoznać jedynie ten, kto nieco pomyślał, czerpiąc refleksje z całego przekazu biblijnego. Tak np. było w przypadku uzdrowienia niewidomego od urodzenia. On także dopiero po uzdrowieniu potrafił dostrzec w stojącym przed nim Jezusie „Syna Człowieczego”.

Ten moment uwierzenia był dla św. Jana przełomowy. Później, jak wiemy z relacji Ewangelii, on miał najmniej problemów z rozpoznaniem Pana Jezusa, kiedy się ukazał uczniom nad Jeziorem Galilejskim. Jego widzenie zmieniło się w dniu zmartwychwstania w grobie. Odtąd widział i wierzył, o czym daje tak żywe świadectwo jako starzec po dziesiątkach lat od tego momentu. To widzenie pozwoliło mu zobaczyć tajemnicę wcielenia się Słowa, które oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (zob. J 1,9).
Warto jeszcze zwrócić uwagę na dalszy fragment świadectwa św. Jana, który mówi o sensie i celu owego poznania:

Cośmy ujrzeli i usłyszeli, oznajmiamy także wam, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami. A mieć z nami współuczestnictwo, znaczy: mieć je z Ojcem i z Jego Synem Jezusem Chrystusem (1 J 1,3).

Owo współuczestnictwo to kojnonija, czyli komunia. Poznanie życia, o którym pisze św. Jan, prowadzi do komunii z tymi, którzy już takie poznanie osiągnęli, co jest jednoznaczne z komunią z Bogiem Trójjedynym. Nie jest ono zaspokojeniem swojej ciekawości, ambicji, chęci zdobycia wiedzy, ale jest wprowadzeniem w samo życie. Temu powinien służyć cały nasz wysiłek poznawczy – wyraz tego mamy w Eucharystii, która jest komunią z Jezusem Zmartwychwstałym.

Włodzimierz Zatorski OSB

Fragment książki „Rozważania liturgiczne na każdy dzień”, t. 1, Tyniec 2010. Zapraszamy do zapoznania się z ofertą Wydawnictwa Benedyktynów Tyniec.

 

Zobacz także