Amnestie i olśnienia – o „Literach na piasku” ojca Michała Zioły

Czasem zasiadamy uroczyście do stworzenia traktatu, który może napisać tylko życie: to jedna z myśli, które krążą gdzieś przy skroni, żeby nagle stanąć w gardle lub okrążyć okolice serca.

„Litery na piasku” zaczęłam czytać w wiosenny ulewny deszcz. Refleksje o lekturze spisuję dopiero jesienią, akurat w momencie, kiedy promienie słońca zdołały wreszcie przebić się przez imponujące pokłady mgły. Zastanawiam się, czy nie lepiej będzie jednak pójść na spacer? Czasem zasiadamy uroczyście do tworzenia traktatu, który może napisać tylko życie: to jedna z myśli ojca Michała Zioły, które krążą gdzieś pod skronią, żeby nagle stanąć w gardle lub okrążyć okolice serca. Witajcie w świecie „Liter na piasku”, tu akurat w rozdziale „P – jak pocałunek”.

Po zapiski trapisty sięgam, tropiąc powiązania między sztuką i religią. Tak się zapętliłam w owych tropach, że zmieniły się pory roku, tak zwane życie codzienne zdążyło się już kilka razy ułożyć i rozpaść, myśli przybierają niestabilne konfiguracje, a wnioski wciąż nie chcą się nasuwać. Z pomocą przychodzą słowa Katarzyny Jabłońskiej, która w przedmowie do „Liter” nawiązuje do Jezusa piszącego na piasku i do tajemnicy tych zapisów. Z niewiadomą związane są także litery stawiane przez ojca Michała, kreślone czasem z kilkuletnim odstępem – taki alfabet nie po kolei, gdzie po literze „a”, na „b” redaktorzy „Więzi” czekali parę lat. Uważam, że to część dyskretnego uroku tych tekstów, w których poszczególne epizody nie układają się w usypiający czujność i ciekawość, przewidywalny ciąg zdarzeń. Tutaj przerzucamy mosty pomiędzy latami, epokami literackimi, odległymi krainami. Przyznam, że można się pogubić i czasem nieźle zirytować, ale nagrodą są przelotne olśnienia, delikatny puls nieoczywistych, wewnętrznych powiązań.

Są dusze pracowite, które nie popisują się talentem, ale mozolnie przygotowują olśnienia, te momenty, kiedy to: «stargana – jak mówi poeta – jest osnowa świata» i jawi się istota rzeczy, ich sens i cel . A literatura, która nie szkodzi i ocala, to właśnie system olśnień, diament w popiele, źródło przedzierające się przez muł (…). Potrzebujemy olśnień przeciwko znużeniu, przeciwko językowi i kulturze, które już nie potrafią nas wyrazić, bo są zmęczone i tworzą jedynie komentarze do komentarzy.

Nie wiem, co przytoczony w powyższym cytacie Miłosz powiedziałby na osnowę świata dzisiejszego, wydaje się jednak, że nie jest nam obce uczucie rozdarcia. Dopadło nas globalne znużenie i sporo planów nie doszło do skutku, zachwyt jest w deficycie.

W tym roku umknęła mi sprzed oczu czerwona Bolonia, zniknęła też z kalendarza planowana wycieczka do Paryża w ślad za Samuelem Beckettem. Jednak powtarzam sobie, że ogólnie rzecz biorąc niewiele się zmienia – podróże to wciąż przede wszystkim kwestia wyobraźni, a w tym roku nawet bardziej niż zwykle. I choć palec na mapie fizycznej uporczywie wskazuje jedną szerokość geograficzną, przemieszczam się teraz w kierunku Paryża. Za sprawą lektury „Liter” przebywam w towarzystwie ojca Czesława, dla przyjaciół Saszy Rzewuskiego – malarza, grafika i dominikanina, który godzi ze sobą „na mocy jakiejś absolutnej amnestii, jak z wizji Julianny z Norwich – duchy osób o skrajnie przeciwnych poglądach, gustach, zajęciach i moralności”. Snuję całkiem przecież prawdopodobne wyobrażenia o takich amnestiach w krakowskich kawiarniach, najlepiej w towarzystwie serdecznego przyjaciela Saszy, malarza Józefa Czapskiego. Im bardziej mi tęskno za taką kompanią, z tym większym entuzjazmem wracam do litery „C – jak Czesław”.

Tym, co szczególnie mnie ujmuje w zapisach ojca Michała Zioły, jest oddanie książkom, których poznawanie nie wiąże się z oderwaniem od życia, wręcz przeciwnie – uczy wysiłku, by patrzeć głębiej, dostrzegać światłocień.

Książki to kruche i wrażliwe byty – jak to wszystko dookoła, jak fundamenty tutejszego klasztoru, jak każdy dialog, wyciągnięta ku drugiemu ręka.

Opuszczając literę „B – jak biblioteka” i przechodząc do „F – jak fantazje arkadyjskie” przeczytamy, że tak trzeba przemierzać to różnobarwne życie, żeby nie tracić z oczu siebie, a może nawet studiować je ze świadomością, która towarzyszyła świętemu Benedyktowi, że „mieszkając ze sobą” stajemy przed obliczem Stwórcy.

Kiedy tak snuję fantazje i poznaję kolejne rozdziały publikacji dociera do mnie, że pomiędzy wierszami zapisana jest biografia autora. Spotykamy go podróżującego z ojcem w pociągu do Krakowa („no, siadaj sobie tu obok pani, siadaj”). Towarzyszymy oswobodzonemu z „karceru Ryanaira” w drodze do marokańskiego Mideltu, a zaraz potem udajemy się z nim do monastycznej biblioteki („widocznie mam czas – bo siedzę i medytuję”). Te spotkania są epizodyczne, niechronologiczne, a jednak dają świadomość, że „Litery na piasku” zapisał człowiek z krwi i kości, bibliofil, mnich. Wiarygodny towarzysz podróży po rozmaitych czasoprzestrzeniach, a także w wyprawach metafizycznych.

Kończę pisać i jest już ciemno – w sam raz, żeby powiedzieć, że teksty ojca Michała Zioły są zawiłe, paradoksalne, niełatwe. Sama podchodziłam do nich kilka razy, męczyłam się i gubiłam w strumieniach skojarzeń. Doprowadziły mnie do zaułków, do których nie zawsze chce się zachodzić szeleszcząc kartkami w towarzystwie kubka gorącej herbaty i aksamitnego koca. Cóż, lektura ta czasem spowija w niepokojące myśli. Docieramy do traum, do nicości sprzężonej z bezsensem, do nienawiści, której pokój polega na eliminacji innych niż my. Ojciec Michał jest wnikliwym obserwatorem ciemnych miejsc, ale bardzo ostrożnym w szafowaniu truizmami, wyświechtanymi receptami. Pisze za Barańczakiem, że choć czasem gra jest zła, bo stoimy na przegranej pozycji, byłaby jeszcze gorsza, gdybyśmy ustali w poszukiwaniu sensu.

Dziękuję wydawnictwu „Więź” za solidny egzemplarz „Liter na piasku”, który zniósł wielokrotne kartkowanie i wygląda tak przystępnie, że ochoczo wciąż będzie czytany wzdłuż, wszerz i na wyrywki.

O książce

„Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi” – notuje w swojej Ewangelii św. Jan, nic nie mówi jednak o zapisanych tam treściach. Cykl felietonów Litery na piasku nie został zamierzony jako wyjaśnienie tej zagadki. To raczej próba podążania za tajemnicą człowieka i jego losu, a także często trudnej do pojęcia obecności w niej Boga. Achmatowa, Cwietajewa, Gombrowicz, Miłosz, sławny w świecie francuskiej bohemy malarz Sasza Rzewuski (po spektakularnym nawróceniu i wstąpieniu do zakonu dominikanów – o. Czesław)… Z nimi i wieloma innymi osobami aranżuje nam ojciec Michał spotkania na kartach Liter na piasku oraz pozwala odbywać fantastyczne podróże w czasie i do miejsc różnych. Litery na piasku przywracają nadzieję, że bliskie więzi religii i sztuki są możliwe. To ważne, bo właśnie twórczość artystyczna uczy nas uważności w spojrzeniu na świat i konkretnego człowieka, podsuwa też pewne intuicje co do tego, jaką relację chce tworzyć z nim Bóg.

Michał Zioło OCSO, „Litery na piasku”. Wydawca: Biblioteka „Więzi”, 2018, oprawa: miękka, liczba stron: 192, ISBN: 978-83-65424-61-7.

O autorze

Michał Zioło OCSO – urodził się w Tarnobrzegu w 1961 roku. W roku 1980 wstąpił do dominikanów. Jako duszpasterz akademicki w Gdańsku założył Fundację Dom na Skraju działającą na rzecz dzieci z rozbitych rodzin, prowadził Bank Otwartych Serc – akcję pomocy dla najuboższych. W roku 1995 przeszedł do zakonu trapistów. Przebywał w Maroku, Algierze i Kamerunie. Obecnie mieszka w opactwie Notre Dame d’Aiguebelle w południowej Francji.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Teresa Heyst

Teresa Heyst na Liturgia.pl

Książkę, kawę i wino w dobrym towarzystwie bardzo sobie ceni. Przyjmie każdą ilość czekolady. Jak sądzi, jest otoczona wspaniałymi ludźmi. Za swoich literackich mentorów uważa Samuela Becketta i Stanisława Barańczaka. Nie odnalazłaby się w świecie technologii bez Steve’a Jobsa i Michała Wsiołkowskiego.