Festiwal Slavangard. Po co religijna twórczość amatorska? Jaka ma być?

Dominikański Festiwal Filmowy Slavangard kolejny już rok odbył się w Krakowie. W ramach wydarzeń festiwalowych uczestnicy z całej Polski mogli brać udział w darmowych warsztatach artystycznych, uczestniczyć w pokazach filmowych i innych wydarzeniach towarzyszących, a przede wszystkim rywalizować w ogólnopolskim konkursie filmów krótkometrażowych. Tegoroczna edycja odbyła się pod hasłem „Oto Człowiek”.

Gdy w 2007 roku odbywała się pierwsza edycja Dominikańskiego Festiwalu Filmowego Slavangard (wówczas jeszcze Słavangard – od Sławy Śląskiej, gdzie odbyła się gala), filmy konkursowe były puszczane pod gołym niebem, a cały galowy entourage był tylko kpiną z pompatyczności wielkich festiwali. Od X edycji Slavangard odbywa się w największej sali kinowej Krakowa, a uroczysty charakter gali jest traktowany zupełnie poważnie.

Myśląc o krakowskim festiwalu, warto postawić pytanie o sens religijnej twórczości amatorskiej. Łatwo bowiem zauważyć, że istnieje pewna tradycja narzekania na kicz w sztuce religijnej jako takiej, zwłaszcza zaś w sztukach wizualnych. Ostrze tej krytyki obraca się często (choć nie tylko) właśnie przeciwko amatorom, niesłusznie umniejszając znaczenie ich dzieł względem sztuki wysokiej. Tymczasem tak jak zbilansowana dieta wymaga różnych rodzajów posiłku, a dobrze zorganizowany trening różnych rodzajów wysiłku, tak obcowanie z kulturą domaga się uczestnictwa w różnych – zarówno tych wyższych, jak i niższych – jej przejawach. Artyści nieprofesjonalni mają tu do odegrania absolutnie istotną rolę – jednak aby dotrzeć ze swoimi treściami do szerszej publiczności, muszą mierzyć się dzisiaj ze specyficznymi wyzwaniami.

Ich głównym źródłem są media społecznościowe, które w twórczości amatorskiej dokonały dwóch zasadniczych zmian. Po pierwsze, jej odbiór ze wspólnotowego i spontanicznego stał się w dużej części indywidualny i zaplanowany. Najbardziej typowe dotychczas miejsca kontaktu z kulturą amatorską tj. spotkania towarzyskie oraz twórczość uliczna obecnie straciły na znaczeniu, ustępując platformom internetowym. Odbieranie sztuki za pośrednictwem sieci służy przede wszystkim takim kwestiom jak odpoczynek, ciekawość lub zachcianki estetyczne, ograniczając ją do funkcji zaspokajania doraźnych, schematycznych potrzeb. Tymczasem kultura żywa ma o wiele większe możliwości. Łatwiej jest jej bowiem wyrwać widza z jego uprzednio przyjętych założeń, nawiązać nieoczekiwany kontakt, zaskoczyć, więcej w niej bezinteresownej radości. Odbierana spontanicznie twórczość jest bardziej autonomiczna względem codziennego życia i potrafi wnieść do niego zupełnie nową jakość.

Po drugie: dzięki komunikacji internetowej twórcy mają duże możliwości rozwoju swojej sztuki, a także rozpowszechniania jej dzieł. Jedno z drugim jest zresztą powiązane: im więcej wysiłku włożonego w pracę nad talentem, tym większa chęć, żeby pochwalić się nim przed szeroką publicznością. Problem jednak polega na tym, że udostępniając prace w sieci łatwo narazić się na powierzchowny lub instrumentalny ich odbiór. Czasem udaje się zbudować społeczność fanów albo dojść do poziomu profesjonalnego, ale jest to droga nielicznych.

Powyższe zjawiska podmywają szczególne własności twórczości amatorskiej: to, co sprawia, że jest ona warta uwagi – pomimo tego, że obiektywnie prezentuje zazwyczaj niższy poziom niż dzieła zawodowców. Ponadto mają negatywny wpływ na kształtowanie się pewnego estetycznego zmysłu odbiorców. Bez umiejętności zatrzymania się nad małymi dziełami łatwo popaść w snobizm albo zniechęcenie w kontakcie z tymi wielkimi. Zwłaszcza w formacji duchowej może to mieć niepożądane skutki.

Joseph Ratzinger w „Raporcie o stanie wiary” przytacza opinię, że „teolog nie kochający sztuki, poezji, muzyki, natury może być niebezpieczny. Ta bowiem ślepota i głuchota na piękno nie jest sprawą drugorzędną, lecz może wycisnąć piętno także na jego teologii”. To stwierdzenie da się najprawdopodobniej przedłużyć z dziedziny uprawiania teologii na obszar codziennego życia wiarą.

Cofnięcie zmian technologicznych nie jest ani możliwe, ani pożądane. To one przecież umożliwiają rozwój talentów z niespotykaną wcześniej łatwością. Dobrze by było jednak zbudować coś dla zrównoważenia form odbioru sztuki amatorskiej. Na przykład festiwal. Jak pisał Johan Huizinga w klasycznej pracy Homo Ludens: „Wyłączenie z życia powszedniego, (…) radosny ton akcji, ograniczenie czasowe i przestrzenne, połączenie precyzyjnej określoności z prawdziwą swobodą, oto wspólne cechy zabawy i święta”.

Festiwal zaś jest rodzajem święta. A jeśli filmy – stanowiące najważniejszy element festiwalu – pobudzają wyobraźnię, bawią, poruszają, odkrywają nowe punkty widzenia, to festiwal jest tym, czym być powinien. Zabawa, przekonuje Huizinga, może być traktowana zupełnie poważnie, nie tracąc przy tym swoich istotnych cech. Przekonać się zaś o takim właśnie, ożywczym charakterze tego wydarzenia można tylko w jeden sposób: trzeba wziąć w nim udział.

Tekst autorstwa DDA Beczka ukazał się na stronie dominikanie.pl, fot. Maciek Maziarka

mw

 

Zobacz także