Polski chorał dominikański

Jak rewolucyjnym pomysłem był projekt kardynała Stefana Wyszyńskiego, aby przetłumaczyć Mszał Rzymski na język polski, świadczy fakt, iż według świadectwa późniejszego arcybiskupa Józefa Michalika, obecnego na posiedzeniu Konferencji Episkopatu Polski, wszyscy biskupi byli temu przeciwni.

Nie – argumentowano – bo to zniszczy chorał gregoriański. Kardynał wyjął z teczki plik przygotowanych polskich prefacji i zaproponował, aby zaśpiewać je wspólnie, unisono. Doświadczenie było tak pozytywne, że wszyscy biskupi zmienili zdanie i byli „za”. Dziś po z górą czterdziestu latach widzimy, że mamy w Polsce dzięki temu, można śmiało powiedzieć najlepszy Mszał Rzymski na świecie.
Że dzięki niemu ocalał tradycyjny śpiew kapłański,
a być może nawet w ogóle śpiew gregoriański.

Ciekawe, że sami autorzy tej adaptacji, wtedy
w większości młodzi muzykolodzy i lingwiści, którzy na wyraźną prośbę Kardynała przygotowali prefacje, a później cały Mszał Rzymski, odnosili się krytycznie do swojego dzieła. Niektórzy przez lata nawet nie wspominali o tym własnym dokonaniu. Bo przecież wiadomo było powszechnie, że chorał gregoriański jest in saecula saeculorum związany
z łaciną i przetłumaczyć go po pierwsze nie
wypada, a po drugie się nie da. Nie da się, ponieważ według ówczesnych większościowych poglądów sądzono, że chorał gregoriański został w czasach karolińskich skomponowany do tekstów łacińskich. Że muzyka jedynie opisywała wolny, nigdy przedtem nieśpiewany tekst. Dziś wiemy, m.in. dzięki antropologii, że historycznie było zupełnie inaczej.


Że teksty liturgiczne były wyłącznie śpiewane, a nie recytowane, że muzyka była pierwotna w stosunku
do tekstu, że istniała od niepamiętnych czasów
– od stuleci, czy tysiącleci, i była nośnikiem świętych tekstów wielu religii, kultur, języków. Wiemy, że nawet w obrębie tradycji łacińskiej ta sama muzyka służyła rozmaitym tekstom, czasem bardzo różniącym się od siebie pod względem treści i emocji, a posiadającym jedynie podobną budowę formalną. I, o dziwo,
do każdego z tych tekstów muzyka pasowała doskonale. Dlaczego? To jedna z tajemnic dawnej retoryki, do dziś nierozwiązana. Ale ta muzyka działała. Korzystali z tych możliwości tradycji muzycznych Kościoła św. św. Cyryl i Metody, gdy ponad 1000 lat temu ewangelizowali Europę. Tłumaczyli z greki teksty liturgiczne na wszystkie języki lokalne. Okazuje się, że to muzyka jest bardziej nośnikiem tradycji niż język. Zmiana języka na zrozumiały, to uznana przez Sobór Watykański II konieczność. A zarzucenie chorałowego śpiewu,
to zachwianie podstawami tradycji Kościoła.

Śp. ojciec Kalikst Suszyło OP, przez lata
przełożony dominikańskiego nowicjatu, zaraz po Soborze rozpoczął tłumaczenie chorałowych śpiewów dominikańskich na język polski. Posiadał wyjątkową znajomość praktycznych reguł łacińskich rządzących śpiewem i potrafił je zastosować do tekstów
polskich z żelazną konsekwencją. Jego umiejętności retoryczne śpiewania tekstów Pisma Świętego nie miały sobie równych. Choć powszechnie
był uważany za autorytet zarówno w dziedzinie śpiewu chorałowego jak i znajomości łaciny,
to jednak jego działania zostały wtedy odrzucone przez środowisko dominikańskie. Uważano je za niepotrzebne dziwactwo. Śpiewany przecież był wciąż łaciński chorał gregoriański, a jednocześnie odnowiona liturgia zdawała się pożądać zupełnie nowych kompozycji polskich. W ciągu następnych
 40 lat chorał gregoriański został u dominikanów 
z liturgii mszalnej wyparty całkowicie. W regularnej postaci zachował się tylko w nieszporach w jednym klasztorze w Polsce.

Dziś widać, że to ojciec Kalikst miał rację. Staramy się podjąć jego dzieło. To właśnie chorał dominikański nadaje się do tego wyjątkowo dobrze i moim zdaniem jest kluczowy dla całego procesu, z kilku powodów. Po pierwsze, mimo kryzysów jest on wciąż śpiewany, czyli istnieje w praktyce, a nie jedynie w umysłach teoretyków. Po drugie, jest używany przez 750 lat nieprzerwanie – tylko dominikanie nie mieli w swojej praktyce żadnej przerwy pokoleniowej i nigdy nie musieli chorału rekonstruować. Po trzecie, zachował przez tradycję swoją specyfikę, a więc swą tożsamość: to wciąż śpiew mocny, dynamiczny, znacznie bardziej rytmiczny, niż gdzie indziej. 
Po czwarte, korzysta od połowy XIII wieku
z przejrzystej i precyzyjnej notacji, do której zachowała się unikalna „instrukcja obsługi”
w postaci paryskiego traktatu Hieronima z Moraw z końca XIII wieku – dominikanie coś pewnego o tym śpiewie wiedzą, podczas gdy inni częściej gubią się
w rekonstrukcyjnych domysłach i wątpliwościach. Po piąte, doskonale zachowały się dominikańskie źródła muzyczne począwszy od Prototypu – 1000 stron kompletu śpiewów dominikańskich z 1256 r. i znacznej ilości precyzyjnych odpisów „bez zmiany nuty i pauzy”, aż po współczesne wydania chorałowe. Po szóste, dominikanie mają najdokładniejszy opis swoich śpiewów w postaci XIX–wiecznego Regulae cantus – zbiór łacińskich reguł nadających się, jak już pokazała praktyka, także do śpiewów w języku polskim. Po siódme, dominikanie mają w swoim środowisku szerokie grono muzykologów, lingwistów i śpiewaków przygotowanych do tej pracy.

Jak to robimy? Tak samo jak śpiewacy średniowieczni, którym przyszło zaśpiewać nowy tekst na nowe święto. Szukali już istniejącego śpiewu o najbardziej podobnej budowie formalnej do nowego i śpiewali nowy tekst ze starą melodią. Niektóre nuty lub neumy dodawali, inne ujmowali, neumy dzielili lub scalali, opatrywali tekstem melizmaty lub melodię z tekstem zamieniali na nowy melizmat. Zawsze prowadzili skomplikowaną grę akcentów
i nie mniej skomplikowaną, oddechów. Wystarczy np. przestudiować sposoby podłożenia tekstu we wszystkich wersach Alleluja w jednym, danym tonie gregoriańskim, żeby móc podłożyć nowy tekst łaciński o podobnej budowie do Alleluja
w tym tonie. W naszym, konkretnym przypadku tak się składa, że tym kolejnym tekstem podłożonym jest akurat tekst polski. Ale procedura postępowania pozostaje dokładnie ta sama. Reguły śpiewu dominikańskiego w zakresie, rytmu, retorycznych formuł, gry akcentów, mierzonego czasu, są wyjątkowo precyzyjne, przez co nakładają na polonizatorów szczególnie trudne ograniczenia. Ale jednocześnie dają pewność, że nie znajdujemy się na fałszywej drodze. Jeśli chorał dominikański da się spolonizować, to znaczy, że na pewno cały pozostały chorał gregoriański tym bardziej można i trzeba spolonizować. I wtedy trzeba będzie zmodyfikować ponad 100-letnią definicję chorału gregoriańskiego, usuwając z niej warunek, aby był to śpiew wyłącznie łaciński.

Tekst pochodzi z folderu XX Festiwalu Muzyki Dawnej „Pieśń Naszych Korzeni” w Jarosławiu.

[slickr-flickr search=”sets” set=”72157631211082784″ type=”gallery” size=”large”

 

Articoli correlati