O trudnościach wychowawczych i doświadczeniach liturgicznych.

Mój starszy syn, piętnastoletni pryszczaty młodzieniec,powiedział mi ostatnio, że on zdecydowanie woli „nową” mszę, albowiem niezrozumiałość łacin utrudnia mu dobre i pobożne uczestnictwo w Eucharystii. Klęska wychowawcza – pomyślałem sobie. Na całej linii!!!

Mogłem domniemywać (może nawet pocieszać się?), że nie o łacinę tu chodzi, a o godzinę, która rzeczywiście rozbija porządek dnia niedzielnego. Istotnie – uczestnictwo w parafialnej mszy o godzinie 11, pozwala zaraz po obiedzie, czyli gdzieś koło 14, oddać się licznym rozrywkom z kolegami: grze w piłce czy rowerowym wycieczkom, teraz latem połączonym z kąpielą, w którymś z pobliskich jezior. Tymczasem „stara” msza o 14 dopiero się zaczyna, na dodatek traci się dużo więcej czasu na dotarcie i powrót do kościoła gdzie jest odprawiana. I jeszcze dodatkowy handicap –  ponieważ jest odprawiana solidnie, to i trwa nieco dłużej.

Mogłem tez pluć sobie w brodę, że zawsze zależało mi na związkach z parafią i dzieliłem włos na czworo, zamiast bezwzględnie ganiać z rodziną na tridentinę do bardziej odległych miast. (Ta wspomniana wyżej to dopiero od roku). Mogłem żałować, że oddałem dziecko do salezjańskiego gimnazjum, gdzie do liturgii stosunek bywa nieco „twórczy”, ale diecezjalne niewiele lepsze, a w jego przypadku to jednak lepsze rozwiązanie niż szkoła państwowa.

Oczywiście próbowałem go wcześniej zapoznać z łacińsko-polskim mszalikiem, skłonić do lepszego przygotowania się do Mszy, może nawet do jakiegoś studium łaciny. Co począć jednak z takim pryszczatym? Biorąc zaś pod uwagę to jakiej muzyki słucha on i koledzy trudno było odwoływać się do wzniosłości gregoriany.

W ostateczności, uwzględniając swoje ostatnie doświadczenia, musiałem także wziąć na serio argument obcości języka. Z powodów zawodowych, spędzam ostatnio sporo czasu w północno-zachodniej Rumunii. Ciekawa okolica. Mniej więcej jedna trzecia okolicznych mieszkańców to Węgrzy, z których większość to katolicy obrządku łacińskiego, ale jest tez sporo kalwinów. Rumuni to oczywiście chrześcijaństwo tradycji bizantyjskiej, w większości prawosławni ale także sporo katolików. W mieście są trzy biskupstwa: katolickie – łacińskie i greckie, oraz prawosławne. Do tego znacząca ilość (niektórzy mówią, ze nawet do 10%) baptystów i zielonoświątkowców z obu narodów. Nie mam wielu okazji do praktykowania, bo w tzw. weekendy zawsze jestem w domu, ale zdarzają się dni, gdy poczuwam się do obowiązku uczestnictwa w liturgii w tutejszych kościołach. Pierwszym takim dniem była Środa Popielcowa. Poszedłem wieczorem do łacińskiej katedry. Oczywiście Msza w formie zwyczajnej, oczywiście po węgiersku. Byłem kiedyś na Litwie. Na ulicy ich język był całkowicie niezrozumiały i z niczym się nie kojarzący, ale w Wilnie było jednak dość kościołów z Mszą po polsku a resztę czasu spędziłem u solemskich benedyktynów, gdzie liturgia jest po łacinie. W innych częściach świata zaś, zawsze uczestniczyłem w liturgiach albo w językach, które lepiej lub gorzej znałem, albo w łacińskich ( w obu formach rytu rzymskiego) albo w językach do tej łaciny zbliżonych, jak np. włoski. We wspomniany Popielec zatem doświadczyłem czegoś nowego. I pomimo pięknej barokowej świątyni, pomimo znajomej muzyki organowej, pomimo, wreszcie, znajomości struktury nabożeństwa, miałem duże trudności. Spróbowałem potem jeszcze raz w zwyczajny dzień powszedni, ale odczucie się nie zmieniło. Kiedy więc nadeszło Boże Ciało, które w lokalnym kościele łacińskim (brać w cudzysłów czy nie?) i tak było przeniesione na niedzielę, zdecydowałem się na Boską Liturgię u grekokatolików.  W każdym razie, pochwalę się, mój wybór liturgii po rumuńsku, był  w owym dniu motywowany nie tylko podobieństwem tegoż języka do łaciny, ale i tym, że już się go co nieco zdążyłem nauczyć. A z lektur i z kilkukrotnego uczestnictwa w liturgiach ukraińskich, struktura Służby Bożej była mi jako tako znana.

Tu musi nastąpić mała dygresja historyczna, nie bez związku jednak z tematem języka w liturgii. Lokalna unia z prawosławnymi powstała na początku XVIII w., kiedy ziemie szeroko rozumianego Siedmiogrodu przeszły w wyniku pokoju z Turcja w Karłowicach (1699) pod panowanie habsburskie. Jednym z jej skutków było top, że lokalne wschodnie duchowieństwo, zaczęło wyjeżdżać na studia do Rzymu, gdzie odkryło, że język jego ludu jest wcale podobny do łaciny. Na poziomie filologicznym zaskutkowała to opracowywaniem gramatyk języka rumuńskiego i oczyszczaniem go z naleciałości słowiańskich (co oczywiście, na poziomie słownictwa nie do końca się udało). Na płaszczyźnie eklezjalnej doprowadziło zaś do zarzucenia stosowania liturgicznych ksiąg starocerkiewnosłowiańskich i zastąpienia ich księgami tłumaczonymi na język rumuński. Ciekawe, nieprawdaż! Tym bardziej gdy się weźmie pod uwagę, że prawosławni dokonali tej zamiany grubo ponad sto lat później, ok. roku 1860, tuż przed zjednoczeniem hospodarstw mołdawskiego i wołoskiego w jedno państwo będące początkiem współczesnej Rumunii.

Ponieważ nijak nie dało się ustalić grafiku liturgii w katedrze, wybrałem się do cerkwi prowadzonej przez, uwaga, franciszkanów konwentualnych obrządku wschodniego. Po wejściu do cerkwi stwierdziłem obecność podstawowego elementu latynizacji, (choć może to bardziej element zeświecczenia), czyli normalnych ławek z klęcznikami. Sama liturgia jednak przebiegała w miarę normalnie, poza odczytywaniem a nie śpiewanie zarówno lekcji jak i ewangelii, aż do momentu Komunii świętej. Oto bowiem okazało się, że chleb jest niekwaszony. De facto użyto do konsekracji zwykłych, łacińskich małych, okrągłych hostii. Konsekrowano je poza tym na jakiejś wcześniejszej liturgii, bo wyjęto je z tabernakulum! Owszem Komunia była sub utraque,  przez zanurzenie, ale wino użyte do konsekracji było białe. A na koniec liturgii, kapłan ustawił na ołtarz, przy otwartych carskich wrotach, monstrancje z odpowiednio większą hostia i mieliśmy trwające dobre 40 minut nabożeństwo adoracyjne. Wcale niezłe Boże Ciało!


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Piotr Chrzanowski

Z wykształcenia inżynier mechanik, od dłuższego czasu z zawodu dyrektor. Mieszka pod Bydgoszczą. Mąż z ponad dwudziestoletnim stażem i ojciec dwóch synów w wieku licealnym.