ś.p. o. Roman Piętka MIC – wspomnienie

Dzisiaj mija 4. rocznica śmierci mego współbrata o. Romana. Przed chwilą wróciłem z cmentarza, gdzie nawiedziłem jego grób. O o. Romanie pisałem już tutaj na blogu w dniu jego pogrzebu (wpis z 1.04.2011), ale chciałem napisać coś jeszcze. Tak bardziej wspomnieniowo i anegdotycznie.

Dzisiaj mija 4. rocznica śmierci mego współbrata o. Romana. Przed chwilą wróciłem z cmentarza, gdzie nawiedziłem jego grób. O o. Romanie pisałem już tutaj na blogu w dniu jego pogrzebu (wpis z 1.04.2011), ale chciałem napisać coś jeszcze. Tak bardziej wspomnieniowo i anegdotycznie.

Bardzo brakuje ojca Romana, wieloletniego proboszcza neounickich Kostomłot (lata 1969-2007), wykładowcy łaciny w nowicjacie i w seminarium.  To na pewno jedna z najbarwniejszych i najsympatyczniejszych postaci w naszej polskiej prowincji Marianów.

Pierwsze spotkanie z o. Romanem miałem zaraz w pierwszych tygodniach mego nowicjatu w Skórcu k. Siedlec we wrześniu 1985 r., kiedy przyjechał na pierwsze zajęcia z łaciny. We wschodniej sutannie, niski, łysawy, korpulentny, z wydatnym brzuszkiem (Zbyszek, jeden ze współnowicjuszy, mruknął do mnie zezując na jego brzuch: „Też chciałbym mieć taką śmieciarę„, a ja potem przez kilka minut musiałem przygryzać wargi, żeby nie wyeksplodować), zaraz na początku pierwszej lekcji wygłosił swoim dynamicznym tonem mowę pedagogiczną, uzasadniającą dlaczego powinniśmy się uczyć łaciny:

Fratres!!! Jesteście na początku nowicjatu i będą was tutaj uczyć przeróżnych rzeczy, takich tam jak być dobrym człowiekiem, jak być dobrym zakonnikiem i takich tam innych rzeczy będą was tutaj uczyć. Ale za-pa-mię-ta-jcie, fratres, że najbardziej konkretna rzecz, jaką możecie stąd wynieść to jest (tu uniósł palec wskazujący prawej dłoni w górę) ŁA-CIII-NAAAA. Ja w waszym wieku kochałem łacinę, uwielbiałem ją, uczyłem się jej i dlatego potem mogłem sobie na studiach siedemdziesiąt pięć procent czasu – przebąblować!

Do tej przemowy jest potrzebna mała glosa wyjaśniająca. O. Roman sam był dobrym człowiekiem i dobrym zakonnikiem, a poznawszy go byłem gotów uwierzyć we wszystko tylko nie w to, że ten pasjonat i tytan pracy mógł na studiach większość czasu „przebąblować”, myślę że to „bąblowanie” polegało na własnych studiach i rozwijaniu własnych pasji. Ale w każdym razie tę przeuroczą przemowę zapamiętałem i kiedyś po latach, w okresie kiedy mu pomagałem w Kostomłotach, przypomniałem mu to, on zaczął trząść się ze śmiechu, a potem spytał: „A co, nieprawdę wam powiedziałem?

Cztery lata temu ja sam zostałem wykładowcą łaciny w nowicjacie po ojcu Romanie. Nie jestem jak on filologiem klasycznym, ale przekazać nowicjuszom rudimenta chyba jakoś potrafię. Na pierwszej lekcji w każdym kolejnym nowicjacie też po swojemu mówię dlaczego warto uczyć się łaciny, po czym dodaję: „A teraz powtórzę wam to co mawiał mój poprzednik„, mówię krótko kim był ojciec Roman, po czym naśladując jego sposób mówienia i gestykulację (choć bez wschodniej sutanny i nie mając takiej śmieciary) powtarzam powyższą przemowę.

Potem od roku akademickiego 1989/1990 mieliśmy w seminarium wszystkie wykłady na miejscu w naszym lubelskim Domu Zakonnym (wcześniej chodziliśmy na wykłady do seminarium lubelskiego) i o. Roman został też na kilka lat wykładowcą łaciny (może też greki na drugim roku, już nie pamiętam). Na jednej z lekcji ćwiczyliśmy czytanie i tłumaczenie mowy Cycerona przeciw Katylinie. Jeden ze współbraci ugrzązł w pierwszym zdaniu („Quousque tandem abutere, Catilina, patientia nostra?„) na czasowniku „abutere”, nie mogąc go poprawnie zaakcentować. W końcu zniecierpliwiony ojciec Roman pochylił się nad nim i powiedział: „Powtórz za mną: abuTEEEEEEre!„, na co seminarzysta spiął się, cały zebrał się w sobie i desperacko wykrzyknął: „aBUUUUUUtere„, a ojciec Roman, całkowicie rozbrojony, zaczął się trząść ze śmiechu.

W nowicjacie w Skórcu ojciec Roman uczył łaciny tak długo jak zdrowotnie dawał radę, a nawet dłużej. Ostatni raz był we wrześniu 2009 r., już w czasie choroby nowotworowej, po pierwszej chemii. Byliśmy przerażeni widząc, że wybiera się do nowicjatu, ale był tak zdeterminowany, że nikt go nie był w stanie zatrzymać. Natomiast potem sam zorientował się, że przeszarżował i powiedział: „Będę musiał na razie z tego zrezygnować„. „Na razie” okazało się już definitywne.

W czasie swego proboszczowania w Kostomłotach sam sobie gotował. Kiedyś jeden z gości chciał mu powiedzieć komplement o jego zdolnościach kulinarnych i palnął: „Z ojca jest lepszy kucharz niż proboszcz!„. Z upodobaniem powtarzał to potem sam ojciec Roman, krztusząc się przy tym ze śmiechu.

Ojciec Roman był wielbicielem kaszanki. Kiedy zakończył pracę w Kostomotach i zamieszkał w Lublinie, przez parę lat byliśmy mieszkańcami tego samego domu zakonnego. Jeden ze współbraci czasem dostawał od przyjaciół ze wsi zapas swojskich wędlin, ale natychmiast znikała kaszanka. W końcu przełożony wyśledził, że kaszanka znika za sprawą ojca Romana i wziął się na sposób. Od tej pory dzielił zapas kaszanki na dwie części. Jedna część zostawała tam gdzie zwykle i tym już się zajmował o. Roman, a druga część była składana w innym miejscu, o którym wiedzieli wszyscy poza o. Romanem, i to zostawało do wspólnego użytku.

Wzięło mnie na takie dość luźne wspomnienia, ale na koniec wspomnienie troszkę innego rodzaju. O. Roman przez prawie 40 lat mieszkał w Kostomłotach, większość czasu będąc sam. Kiedy po zakończeniu pracy w Kostomłotach zamieszkał u nas w Lublinie, na nowo odkrył wartość wspólnych modlitw porannych i wieczornych. Kiedyś mi powiedział: „Jak ja lubię te wspólne modlitwy w kaplicy! W Kostomłotach tego nie miałem. Ja już nie nauczę się na nowo waszego brewiarza rzymskiego, odmawiam swój cerkiewny i będę odmawiał do końca życia, ale jak ja lubię jak wy przychodzicie razem do kaplicy i słucham waszych modlitw!” Zapamiętałem to i miałem odtąd dodatkową motywację, żeby nie zaniedbywać przychodzenia na nasze wspólne modlitwy. A te słowa o. Romana przytaczałem potem parokrotnie w konferencjach dla seminarzystów.

Takie to mi przyszły sympatyczne wspomnienia o ojcu Romanie w czwartą rocznicę odejścia. Poniżej podaję link do jego własnej autobiograficznej gawędy, najpierw wygłoszonej na życzenie gości podczas przyjęcia z okazji jego 70. urodzin, a potem przez niego napisanej, też na życzenie innych, aby wiele rzeczy ocalić od zapomnienia. Zachęcam do przeczytania, chociaż jest to dość długie. Kawał pięknej i świetnie opowiedzianej historii, ilustrowanej licznymi fotografiami. O. Roman barwnie mówi tam o swoim życiu, o Marianach, o swojej miłości do Wschodu i jak się ona zrodziła, oraz o przygodzie życia, jaką była dla niego praca w Kostomłotach:

http://cyrylimetody.marianie.pl/ankieta.htm

I zapraszam do wspólnej modlitwy za o. Romana:

EKTENIA ZA ZMARŁYCH

– Zmiłuj się nad nami, Boże, według wielkiego miłosierdzia Twego, modlimy się do Ciebie, usłysz nas i zmiłuj się.

Panie zmiłuj się (3x).

– Jeszcze módlmy się za spokój duszy sługi Bożego zmarłego archimandryty Romana, aby mu Bóg przebaczył wszystkie grzechy, dobrowolne i mimowolne.

Panie zmiłuj się (3x).

– Niech Bóg umieści duszę jego tam gdzie sprawiedliwi w pokoju przebywają.

Panie zmiłuj się (3x).

– O miłosierdzie Boże, Królestwo niebieskie i odpuszczenie jego grzechów, Chrystusa, Króla Nieśmiertelnego i Boga naszego prośmy.

Daj nam, o Panie.

– Do Pana módlmy się.

Panie zmiłuj się.

Albowiem Ty jesteś zmartwychwstaniem, życiem i pokojem sługi Twojego archimandryty Romana, Chryste Boże nasz, i Tobie oraz przedwiecznemu Twojemu Ojcu i Przenajświętszemu, dobremu i życiodajnemu Twojemu Duchowi, oddajemy chwałę, teraz i zawsze i na wieki wieków.

Amen.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....