Triumf nadziei

Jezus „okazywał jakoby miał iść dalej”. Dalej niż mogli pójść za nim jego uczniowie, dalej niż pozwalała im na to ich wiara, dalej niż sądzili, że mają siły iść. Czyż nie powiedział kiedyś do Piotra: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz”?

To później staje się dla każdego wierzącego źródłem niewyczerpanej nadziei, z której rozmiarów zdajemy sobie sprawę dopiero wobec Zmartwychwstania. Grzech wprowadził nieskończoną przepaść między człowiekiem a Bogiem, której żaden ze śmiertelnych pokonać nie może. Codziennie stajemy wobec własnej niemocy, ograniczoności, małoduszności. Wiara wydaje się niezwykle krucha, a miłość zdaje się przygasać. Ale Jeden Żyjący, Życie Prawdziwe, Odwieczny Syn Boga przybywa do człowieka, aby zabrać go ze sobą do Domu Ojca. Obiecał to w czasie Ostatniej Wieczerzy: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. Wypełnia się to w czasie Paschy Chrystusa. Baranek zabity zstępuje do Otchłani, aby, skruszywszy bramy śmierci, wyprowadzić odkupionych swoją krwią i przywrócić ich Ojcu.

Okres Wielkanocny jest niekończącym się świętowaniem tej centralnej Tajemnicy naszej wiary. Wciąż na nowo odczytujemy ewangelie o ukazaniu się Zmartwychwstałego uczniom. Nie chcemy przestać kontemplować poranka naszego Wyzwolenia. Ta radość wyraża się w liturgii, kiedy „zwłaszcza w tym czasie uroczyściej” głosimy chwałę Boga, który rodzi nas do wiecznego życia.

Zostaliśmy nazwani „synami światłości”. Ta światłość przypomina nam moment Chrztu, którego pamięć odnawialiśmy w sobie w czasie Wigilii Paschalnej. I tu warto wspomnieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, podobnie jak płomień naszych świec pochodził z Paschału, tak i nasza światłość nie jest tak naprawdę nasza, ale jest darem Chrystusa. Po drugie, liturgia światła rozpoczęła się w całkowitych ciemnościach, płomień Paschału wydawał się nikły i słaby wobec ciemności, które go otaczały. A jednak ta mała iskra zdołała rozświetlić ogarniający ją mrok. Podobnie Zmartwychwstały przychodzi wobec największych ciemności słabości i grzechu, aby napełnić nas swoim światłem. Jest to znowu źródłem nadziei dla nas. Bez względu na to, jak krucha wydawałaby się nam nasza wiara, jak słaba byłaby wola wobec pokus, jak chłodna byłaby miłość, Chrystus może nas uleczyć i wprowadzić w bramy nieba, które dzisiaj „otwierają się dla wierzących”.

Ta radosna wieść zostaje objawiona zalęknionym uczniom zdążającym do Emaus. Chrystus objawia im to, czego już dokonał. Podobnie w każdej Eucharystii wchodzimy w Wydarzenie, które historycznie już miało miejsce, ale w liturgii jest ono niekończącym się Dzisiaj. To odkrycie, odsłonięcie się Jezusa, wprowadza rewolucję w życie tych dwóch mężczyzn. Genialnie ukazał to Caravaggio. Jeden z uczniów podnosi się z krzesła, wstaje. Wobec tajemnicy Zmartwychwstania nie można pozostać obojętnym. Trzeba radykalnie zmienić swoje życie, „zawrócić do Jerozolimy”. On jest już gotowy do działania. Drugi z uczniów rozkłada ręce w znak krzyża. To jego credo. Ale to credo nie jest dla niego suchym zbiorem formuł. W gruncie rzeczy należy patrzeć na obu uczniów łącznie. Wyznanie wiary ukazuje się w działaniu, a działaniem tym dla młodego Kościoła było bardzo często męczeństwo. Ci, którzy kilka dni wcześniej uciekli od Jezusa, teraz są gotowi pójść za Nim i zapłacić za to cenę życia. Spełniają się tu słowa Jezusa do Piotra: „później pójdziesz”. To później stało się możliwe dzięki Zmartwychwstaniu. Jest to dla nas jeszcze raz źródło niewyczerpanej nadziei i radości, którą dzielimy z chórami Aniołów i zastępami Świętych w triumfalnym Sanctus.

Zobacz także

Dominik Jarczewski OP

Dominik Jarczewski OP na Liturgia.pl

Polski dominikanin. We wrześniu 2014 wyruszył do Francji, aby kontynuować studia filozoficzne. Mieszka w konwencie św. Jakuba w Paryżu. Prowadzi blog „Na marginesie”.