O tym jak anafora św. Bazylego mogła stać się modlitwą rzymską – o. Botte

C.d. wspomnień o. Bernarda Botte'a OSB nt. prac nad nowymi Modlitwami eucharystycznymi w ramach grupy studyjnej nr 10 (Coetus X). Główny wątek to sprawa ewentualnego włączenia do Mszału Rzymskiego anafory św. Bazylego.

 

Bernard Botte, Il movimento liturgico. Testimonianza e ricordi, Cantalupa 2009, s. 209-214.

 

Bernard Botte, Il movimento liturgico. Testimonianza e ricordi, Cantalupa 2009, s. 209-214.

„Jakiś czas później [lato 1966 r. – MZ], gdy znajdowałem się akurat w Trewirze ze swoją grupą roboczą, któregoś wieczora Mons. Wagner zaprosił mnie na kolację wraz z prof. Vogelem. Gdy smakowaliśmy znakomite wino Mosella, Wagner powierzył nam sekret: został niedawno wezwany przez Pawła VI, który upoważnił go do zredagowania trzech nowych Modlitw eucharystycznych do stosowania oprócz Kanonu Rzymskiego. Aby to przygotować, Wagner myślał o zebraniu razem wszystkich starożytnych Modlitw eucharystycznych, który to projekt jest u początków zbioru Prex eucharistica, opublikowanego później przez Mons. Hänggi i pannę Pahl. Ta inicjatywa papieża była nieoczekiwana i zastanawialiśmy się, kto mu ją zasugerował. Mons. Wagner myślał o o. Bouyer, który kilka dni wcześniej został przyjęty na prywatnej audiencji, ale to mi się wydawało mało prawdopodobne, ponieważ było nie do wiary, żeby papież podjął taką inicjatywę bez długiej refleksji. Prawdopodobnie był inny powód, ale szukać go należy gdzie indziej.

Holendrzy, zniecierpliwieni oczekiwaniem na reformę, która nie nadchodziła, zaczęli iść na skróty i tworzyć Modlitwy eucharystyczne na skalę przemysłową. W obliczu takiej anarchii kardynał Alfrink przejął inicjatywę. Przygotował zbiór, zawierający niderlandzki przekład Kanonu Rzymskiego i sześć nowych Modlitw eucharystycznych. Poddał ten zbiór pod ocenę Stolicy Apostolskiej i zadeklarował, że opanuje istniejącą anarchię jeśli choć trzy z tych sześciu Modlitw zostaną zatwierdzone. Powołano wówczas specjalną komisję kardynałów z dwoma konsultorami, którymi byli Vagaggini i ja. Wśród nowych tekstów na pierwszym miejscu był kanon ojca Oosterhuisa, cieszący się wielką popularnością w Holandii i we Flandrii. Jego niepodważalny poziom literacki nie równoważył treściowych braków jego teologii. Jezus był nazwany „człowiekiem niezapomnianym”. Nie mówiono że był tylko tym i nie negowano Jego boskości. Nie negowano dogmatów, ale doszło do faktycznego umieszczenia ich w nawiasie i ciężko było dostrzec w tej Modlitwie wyraz prawdziwej wiary. Na tym właśnie tekście skupiła się moja krytyka. Wysłałem swój raport do Rzymu i na tym skończyła się moja rola. Kardynał Alfrink nie dostał zatwierdzenia o które prosił, ale w międzyczasie zmieniła się ogólna sytuacja.

Przedstawiłem fakty w takim porządku w jakim je poznałem, co nie oznacza że taka była faktyczna kolejność. Nie wiedziałem o inicjatywie kardynała Alfrinka przed zwierzeniami Wagnera, ale możliwe że była ona wcześniejsza. Oto jak mogły potoczyć się sprawy. Paweł VI otrzymuje prośbę kardynała Alfrinka. Zastanawia się nad tym, prosi o radę i w końcu postanawia powołać specjalną komisję. Wszystko to wymaga czasu. W końcu papież pyta sam siebie czy inicjatywa dla Holandii nie byłaby stosowna dla całego Kościoła i woła mons. Wagnera. Zatem to propozycja kard. Alfrinka pobudziłaby inicjatywę Pawła VI.

Wróćmy teraz do prac Consilium. Jak już powiedziałem, mons. Wagner zareagował na powierzoną mu nową misję pomysłem zgromadzenia całej dokumentacji. Ten sposób działania był sam w sobie dobry, ale nie do zastosowania w istniejących okolicznościach. Redakcja zbioru, o którym on myślał, zajęłaby lata, podczas gdy z niecierpliwością oczekiwano na konkretne rozwiązania. Z drugiej strony dokumentacja nie była przecież niedostępna specjalistom. Wyjaśniłem więc Wagnerowi, że sprawa jest dość pilna i że należałoby w niedługim czasie przedstawić konkretny projekt. Ja nie byłem w jego grupie studyjnej, ale mons. Wagner pewnego dnia przyjechał do Lowanium, aby zaprosić mnie osobiście. Zaprosił także o. Bouyera. Spotkanie miało się odbyć w Locarno i trwać cały tydzień [24-30 stycznia 1967 r. – MZ]. Powiedziałem, że we wtorek i środę mam wykłady w Paryżu. On jednak bardzo nalegał i w końcu  zgodziłem się przyjechać pod koniec tygodnia. Normalnie więc przeprowadziłem wykłady w Paryżu i w środę na dworcu Gare de Lyon wsiadłem do nocnego pociągu. Przyjechałem do celu w czwartek rano i udałem się pod wskazany adres. Był to dość komfortowy hotel usytuowany poza miastem, na zboczu wzgórza, z cudownym widokiem na jezioro. Zastałem tam liczne towarzystwo, coś koło piętnastu osób. Wśród nich mons. Wagner, prof. Fischer, mons. Schnitzler, o. Jungmann, o. Bouyer, o. Gy, o. Vagaggini. Wydawali mi się zmęczeni i mogłem sobie łatwo wyobrazić powód. Nic tak nie męczy jak praca w grupie, a im grupa jest liczniejsza, tym wszystko staje się trudniejsze.

Doszli do punktu redagowania trzech Modlitw eucharystycznych, według uzgodnionych kryteriów. Co logiczne, miały być one wg różnych typów. Pierwsza inspirowałaby się anaforą Hipolita z Traditio Apostolica, druga byłaby typu galijskiego i trzecia typu wschodniego. Poza tym zadecydowano, że podkreśli się rolę Ducha Świętego w Eucharystii, ponieważ jedna z krytyk podnoszonych wobec Kanonu Rzymskiego dotyczyła właśnie tej kwestii.

Z anaforą Hipolita były związane dwa problemy. Przede wszystkim nie posiadała Sanctus, które nie jest pierwotnym elementem Modlitwy eucharystycznej. Czy należało zachować ją w jej archaicznym kształcie czy też powinno się ją dostosować do innych Modlitw eucharystycznych? Postanowiono włączyć Sanctus. Drugi problem dotyczył przywołania Ducha Świętego. Pierwotny tekst zawiera takie przywołanie – epiklezę – po słowach ustanowienia, ale ono ma na celu uświęcenie wiernych a nie konsekrację chleba i wina. Zapadła decyzja, by włączyć krótką inwokację konsekracyjną, uznając jednak za słuszne umieszczenie jej przed słowami ustanowienia. Było to zatem podwojenie epiklezy. To samo rozwiązanie przyjęto dla anafory typu galijskiego. Gdy zaś podjęto kwestię Modlitwy typu wschodniego, natychmiast zderzono się z problemem. Rozwiązaniem najbardziej logicznym było po prostu wziąć autentyczną anaforę wschodnią i przełożyć ją na łacinę. To było właśnie to co ja zaproponowałem, sugerując anaforę św. Bazylego w wersji aleksandryjskiej. Ten wybór przyszedł mi na skutek refleksji jednego mojego studenta z Paryża. Podczas egzaminu dotyczącego anafor wschodnich, spytałem go którą z nich on sam woli i bez wahania mi odpowiedział: „Aleksandryjską anaforę św. Bazylego”. Gdy spytałem dlaczego, odpowiedział że jest najlepsza z duszpasterskiego punktu widzenia. Istotnie, jest to anafora, która z największą jasnością i prostotą ukazuje całą ekonomię zbawienia. Zrobiłem łaciński przekład, z uwzględnieniem rzymskich klauzul, i posłałem ją mons. Wagnerowi. Tekst spotkał się z dobrym przyjęciem ze strony większości konsultorów grupy, ale wzbudził silną opozycję ze strony jednego teologa, o. Vagagginiego.

Od VIII wieku istniała kontrowersja między Łacinnikami a Wschodem co do momentu konsekracji. Dla Łacinników konsekracja zachodziła poprzez słowa Jezusa, dla Wschodu przez wezwanie Ducha Świętego. Ta kontrowersja teologiczna nigdy nie przeszkadzała Rzymowi respektować tradycję wschodnią. Wschodniacy, którzy przyjęli unię z Kościołem rzymskim zachowywali zawsze epiklezę w miejscu tradycyjnym: po słowach ustanowienia. Aleksandryjska anafora św. Bazylego była codziennie używana przez chrześcijan koptyjskich. Skoro Rzym akceptował tę anaforę po grecku i koptyjsku, nie widać było powodu, dla którego nie miałby jej zaakceptować po łacinie. Jednakże o. Vagaggini stwierdził, że ta anafora będzie trudna dla łacińskich katolików. Przyzwyczajeni do tego, że konsekracja dokonuje się poprzez słowa Chrystusa nie zrozumieliby późniejszego przywołania Ducha Świętego, a z drugiej strony nie można było przenieść epiklezy. To co można zrobić w nowych kompozycjach, nie jest możliwe w autentycznej anaforze wschodniej. Większość wypowiedziała się za anaforą św. Bazylego, ale o. Vagaggini lojalnie nas ostrzegł, że wypowie się przeciw tej propozycji wobec całego Consilium. Gdyby zrezygnowano z przyjęcia anafory autentycznej, pozostawałoby tylko jedno rozwiązanie: ułożyć tekst, który będzie zachowywał strukturę anafor wschodnich z wyjątkiem usytuowania epiklezy. O. Vagaggini ułożył jeden taki projekt, inspirując się różnymi anaforami.

Rzeczywiście wobec biskupów z Consilium wywiązała się dyskusja między o. Bouyer, który bronił anafory św. Bazylego a o. Vagagginim, który ją odrzucał. W głosowaniu było piętnaście głosów „za” i czternaście „przeciw”. Jednak przewodniczący – w tym przypadku był nim kardynał Confalonieri – uznał, że taka większość nie wystarczy i postanowił zreferować sprawę papieżowi. W tej sytuacji należało przygotować plan awaryjny i wzięto tekst Vagagginiego, który dziś znajduje się w Mszale Rzymskim [IV Modlitwa eucharystyczna – MZ].

Noszę aż dotąd żal z powodu tego odrzucenia anafory autentycznej, która miałaby duże znaczenie z ekumenicznego punktu widzenia. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że opozycja nie pochodziła z ducha polemicznego. Pewien biskup, który wcześniej był profesorem uniwersyteckim, powiedział: „Gdybym był nadal profesorem, zagłosowałbym za, ale jako biskup nie chcę tworzyć trudności”. Zwróciłem uwagę na to, że przecież podczas tygodni ekumenicznych zaprasza się wschodnich księży aby celebrowali w łacińskich kościołach według swoich rytów. O. Vagaggini odparł na to, że odbywa się to w obcych językach, których ludzie nie rozumieją, więc to nikomu nie stwarza trudności. To bardzo dyskusyjny punkt widzenia, ale nie miałem już odwagi przeciągać dyskusji w tym gremium”.

 

* * * 

Tyle o. Botte. Uważam, że pomysł wzięcia anafory św. Bazylego był fatalny i ostry sprzeciw Vagagginiego był opatrznościowy. Właśnie z ekumenicznego punktu widzenia inicjatywa była conajmniej bardzo wątpliwa. Czy tradycyjna wschodnia anafora stałaby się automatycznie rzymska przez sam fakt przełożenia jej na łacinę i umieszczenia w Mszale Rzymskim? To byłoby przeniesienie jej w zupełnie nienaturalny dla niej kontekst obrzędowy. Że użyję obrazowego porównania, jeśli złapiemy tygrysa bengalskiego i przewieziemy go do Polski, czy on stanie się przez to zwierzęciem występującym w Polsce? Puściłem wodze fantazji i wyobraziłem sobie sytuację odwrotną. Przyjmijmy, że zbiera się Sobór Wszechprawosławny (mówiło się kiedyś o takiej inicjatywie) i że w ramach jego obrad postanawiają dokonać ekumenicznego otwarcia na Zachód. Jako jeden ze znaków tego otwarcia decydują się do tradycyjnych anafor św. Jana Chryzostoma i św. Bazylego dodać Kanon Rzymski i tłumaczą go na grekę oraz na wszystkie inne języki w których sprawuje się liturgię w Kościołach prawosławnych. Czy Kanon stałby się wtedy anaforą wschodnią? Gdybym uslyszal o takiej inicjatywie, zareagowalbym tylko w jeden sposób: postukałbym się w czoło i powiedziałbym, że pogłupieli. Naprawdę zaskakuje mnie że ktoś tej miary co Botte, który w wielu innych kwestiach naprawdę wykazywał wyczucie tradycji, tu go nie miał zupełnie. Jak pisał swego czasu o. Taft, Zachód nie musi nostalgicznie oglądać się na Wschód by tam szukać rozwiązań dla swoich problemów, wystarczy żeby sięgał do źródeł swojej własnej tradycji.

Jeszcze jeden szczegół. Tam gdzie jest mowa o „Modlitwie eucharystycznej typu galijskiego”, chodzi o projekt, z którego powstała III Modlitwa eucharystyczna. Z tym „typem galijskim” to jest stereotyp, który Botte powtarza chyba bezrefleksyjnie za innymi, bo widocznie sam tym się nie interesował. W III ME nie ma nic „typu galijskiego” z wyjątkiem pierwszych słów modlitwy post-Sanctus: „Zaprawdę święty jesteś Boże” – to jest rzeczywiście typowe sformułowanie z anafor galijsko-hiszpańskich, ale więcej nie ma nic. Więcej jednak jest zapożyczeń z Kanonu Rzymskiego (zwł. w anamnezie i prośbie o przyjęcie Ofiary; poza tym jak w Kanonie brak stałej prefacji), dlatego słusznie ks. Vincenzo Raffa w swojej monumentalnej „Liturgia eucaristica” nazywa III ME „Modlitwą neo-rzymską”.

Za jakiś czas zamieszczę jeszcze jeden cytat ze wspomnień Botte’a, tym razem w kwestii bierzmowania. Znów będzie starcie Botte’a z Vagagginim, ale tym razem Botte będzie, przynajmniej w moim przekonaniu, bohaterem pozytywnym.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także