Liturgia na Atos (część I)

Skoro już wiesz gdzie, to czas opowiedzieć Ci jak greccy mnisi sprawują liturgię. Celebrują ją w ten sam sposób, w który kroją pomidory na sałatkę... Bez zbędnego pośpiechu, ceregieli i udawania.

W skicie większym świętej Anny, w noc poprzedzającą święto patronki odprawiana jest agrypnija, czyli nocna liturgia. Do cerkwi, całkiem sporej jak na standardy Góry, przybywa dobrze ponad dwustu pielgrzymów, wśród nich blisko sześćdziesięciu mnichów. Podobnie, jak w innych kościołach, także i tutaj jedynie blask kilku świec rozświetla pokryte freskami wnętrze świątyni. Na posadzce rozsypano liście (nie wiem, jakiej rośliny), które wydają miły zapach, szczególnie wówczas, gdy ktoś na nie stąpa i uwalnia olejkowy sok. My jednak, czyli ja i mój przewodnik, mnich Spirydon Mikragiannanitis, spóźniliśmy się na rozpoczęcie. Nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Jeszcze w trakcie drogi, zbliżając się do skitu, Spirydon witał się z wieloma przyjaciółmi, którzy szli w tym samym kierunku. Żyje na Górze od lat i w każdym jej zakątku jest znany, lubiany i szanowany. Najpierw nieśpiesznie zadbał o muły, na których przyjechaliśmy, a dokładnie jechał na nich on i bagaże, a ja szedłem przodem. 

Chwilę później weszliśmy do domu gości, w którym wraz z przedstawicielami gospodarzy wypiliśmy ouzo – grecką wódkę i przegryźliśmy ją słodkim ciastkiem. Następnie zaprowadził mnie do refektarza, w którym w zasadzie sprzątano już po kolacji. Mnich jednak błyskawicznie dostał porcje dla siebie i swojego gościa. Jedliśmy spokojnie, choć w cerkwi – jak mi się zdawało – liturgia już całkiem dobrze się rozpędziła. Mnisi śpiewali pieśń nieszporną na dwa chóry. Posiłku nam jednak nie zakłócali. Wyjście z refektarza (nota bene kunsztownie ilustrowanego freskami) opóźniały rozmowy z kolejnymi znajomymi Spirydona. Gdyśmy już się od nich uwolnili – to tylko moja opinia, mnich nie sprawiał wrażenia, by ktoś mu cokolwiek przerywał – odczytał dla mnie imiona świętych przedstawionych na freskach i wymieniał ich tytuły do świętości. Wielu z nich jadło w tym samym miejscu posiłki podobne do tego, któryśmy właśnie skończyli. Chwilę zatrzymaliśmy się, by podziwiać, jak za morzem zachodzi słońce.

W końcu weszliśmy do cerkwi, zatłoczonej i dusznej. Spirydon z właściwą sobie swadą i poczuciem własnej pozycji, wytrwale torował nam drogę do biskupa, by się z nim przywitać i mnie przedstawić – jak się okazało później – swojemu staremu przyjacielowi, który po opuszczeniu Góry piastuje katedrę na Krecie. Musieliśmy jednak poczekać, ponieważ każdy, kto wchodził do kościoła, pierwsze swoje kroki kierował do biskupa, by ucałować go w rękę i zamienić kilka słów. W końcu i z nami życzliwie porozmawiał. Postępując za mnichem, ucałowałem jak i on lewą stopę świętej Anny. Relikwia trafiła tu z Jerozolimy, o ile dobrze pamiętam w XVII wieku. Od tego czasu leży w srebrnej szkatule, na wyściółce z aksamitu. Nie przykrywa jej żadna szybka czy cokolwiek. Całuje się kości lewej stopy i tak właśnie postąpiliśmy. Spirydon w wypadku świętych, których obdarza szczególnym kultem, nie skrywa swojego wzruszenia i czci – bije pokłony, pada na kolana, głową dotyka ziemi. Tu jednak był o wiele bardziej powściągliwy. Ograniczył się jedynie do trzech pokłonów i pełnego skupienia pocałunku. Może nie chciał karmić próżności, która bierze się z uczynków pobożnych wykonywanych na pokaz. Anna doskonale wie, że przełożony jej mniejszego skitu na świętej Górze kocha ją szczerze i z oddaniem. Od relikwiarza przeszliśmy do głównej nawy, by ucałować święte ikony Chrystusa, Maryi i Anny. Prowadzony przez mnicha, który jakby nie zauważał śpiewających wytrwale dwóch chórów, witałem się z jego przyjaciółmi, przełożonymi skitów, kelionów, pielgrzymami, którzy rozpoznawali swojego gospodarza sprzed lat. W końcu zaprowadził mnie na wolne miejsce w transepcie, zaraz obok chórzystów. Sam udał się do starca, którego dojrzał kątem oka. Zniknął na dobre pół godziny. Po jakimś czasie usłyszałem jego charakterystyczny głos w przeciwległym chórze. Gdy kantor "mojego" chóru zorientował się, że Spirydon dołączył się do śpiewu jedynie jako chórzysta, szybko go odszukał i przyprowadził za rękę do swojego chóru, by mnich prowadził kolejną część modlitw w bardziej zaszczytnej funkcji, niż ta, którą sobie sam wybrał. Od tego momentu, mnich pojawiał się na jakiś czas, a potem wychodził z cerkwi lub siadał na jednym z nielicznych krzeseł. Co jakiś czas zaglądał do mnie i pytał, czy wszystko dobrze.

Po kilku godzinach, gdy rozpoczynały się uroczyste ektenie, prośby za świat, kościół i zebranych, chwycił mnie za rękę i z uśmiechem powtarzał: "kafe", charakterystycznie akcentując ostatnią sylabę. Minęliśmy – trochę niezgrabnie jak na mój zachodni gust – formującą się procesję. Ektenie zanoszone są w kruchcie kościoła. Nie mogłem jednak tego widzieć, wyszliśmy bowiem w mrok na zewnątrz, gdzie duża część pielgrzymów korzystając z gościnności gospodarzy piła kawę i pochłaniała słodycze. Część z nich leżała pokotem wokół kościoła i dalej, gdzie tylko znaleźli płaską powierzchnię. Po kawie obmyłem twarz i wróciłem do cerkwi. I tak do samego rana. Co kilka godzin wychodziłem ze Spirydonem lub sam, gdy akurat nie wiedziałem, gdzie się zapodział, a po jakimś czasie nieco odświeżony wracałem. Chóry, kantorzy, diakoni, biskup zdawało się, że bez wytchnienia odprawiali kolejne modlitwy.

Około siódmej rano rozpoczęła się liturgia mszy, na którą obudzili się, dotychczas wylegujący się wokół kościoła pielgrzymi. Spirydon z nowym entuzjazmem i zapałem, pełnym głosem przewodniczył jednemu z chórów. Cerkiew zmieniła się dzięki światłu dnia, a w miejscu, w którym stałem zapach kadzidła palonego przez całą noc mieszał się z dochodzącym z kuchni zapachem smażonej ryby. Po dwunastu godzinach ruszyliśmy w procesji –  wspólnie z biskupem w uroczystej kapie, asystą, diakonami z kadzielnicami i z wciąż śpiewającymi chórzystami – do refektarza, gdzie w końcu zobaczyłem i zjadłem rybę, której smak mogłem wyobrażać sobie podczas mszy.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Grabowski OP

Tomasz Grabowski OP na Liturgia.pl

Od początku zaangażowany w działalność Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, w latach 2005-2010 jego dyrektor, a od przekształcenia w Fundację – prezes w latach 2010-2016. Od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu i stały współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.